• Piątek, 15 maja 2026

    imieniny: Zofii, Izydora, Berty

Papierowa dyplomacja nie powstrzyma Putina

Czwartek, 20 stycznia 2022 (18:05)

Z gen. dyw. Romanem Polką, byłym dowódcą jednostki GROM, w latach 2006-2008 zastępcą szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Prezydent Joe Biden mówi, że jeśli Rosjanie zaatakują Ukrainę, to Stany Zjednoczone zwiększą liczebność wojsk amerykańskich w Polsce i Rumunii. Czy ta deklaracja może powstrzymać Putina, który coraz bardziej okrąża Ukrainę?

– Uważam, że to za mało, że Stany Zjednoczone powinny być bardziej zdecydowane – tym bardziej, że oczy całego świata są zwrócone na Waszyngton. Poniekąd jest sprawą oczywistą, że w momencie rosyjskiej agresji na Ukrainę jakakolwiek inna reakcja niż zwiększenie obecności militarnej na wschodniej flance NATO w istocie oznaczałaby złamanie solidarności, a tym samym rozpad Sojuszu Północnoatlantyckiego. W sytuacji zagrożenia jest jasne, że należy wzmocnić możliwości obronne, a na zagrożone kierunki przekierować inne siły, które mogą powstrzymać agresora przed potencjalną agresją. Tak czy inaczej, jest to absolutne minimum.

Polska słowami ministra Mariusza Błaszczaka mówi jasno, że nie należy przyzwalać na rosyjską agresję. Tylko czy nie jesteśmy w tym stanowisku osamotnieni? Co z solidarnością NATO?

– To jest właśnie problem – mianowicie, że nie można stopniować agresji. Pełzająca wojna począwszy od aneksji Krymu w 2014 roku, poprzez destabilizację Donbasu, a teraz rosyjski szantaż militarny pokazują, że Putin krok po kroku realizuje swój plan i nie zatrzyma się, chyba że dojdzie do ściany. Dlatego porażające jest mówienie przez prezydenta Bidena o wojnie na mniejszą skalę, o mniejszej agresji. Agresja rosyjska na Ukrainę już się dokonała i jest realizowana gospodarczo, w cyberprzestrzeni, zagarniane są poszczególne obszary. To, że ta wojna jest prowadzona w sposób hybrydowy, że nie jest to jak na razie potężne uderzenie i zmasowane dywizje rosyjskie nie wjeżdżają na Ukrainę, nie zmienia faktu, że ta agresja się dokonuje. Te działania prowadzą do upadku Ukrainy, a więc cel jest taki sam jak w przypadku tradycyjnej wojny, czyli upadek państwa ukraińskiego. Putinowi nie musi chodzić o włączenie Ukrainy do Rosji, ale dajmy na to utworzenie w Kijowie marionetkowego rządu posłusznego czy podległego Kremlowi. I to jest sprawa oczywista, zresztą nawet sam Putin nie kryje się, że taki jest jego cel. Stąd uważam, że Zachód – mając świadomość celów Putina – powinien bardziej stanowczo przeciwdziałać i stąd reakcja powinna być mocna, zdecydowana, a nie czekanie, co się wydarzy dalej, że może Putin się cofnie. Nic bardziej mylnego. Jeśli Zachód będzie bezczynny, to kwestią czasu jest, kiedy Ukraina podzieli los Białorusi i będzie państwem całkowicie podporządkowanym Rosji. Nie oznacza to, że Putin się na tym zatrzyma. Zachęcony bezczynnością Zachodu z całą pewnością podejmie kolejne kierunki ataku.

Putina z pewnością trudno traktować jak przewidywalnego partnera. Czy Zachód nie popełnia błędu siadając z rosyjskim przywódcą do stołu?    

– Dokładnie. Przecież wiemy, że Putin łamie wszelkie postanowienia, że za nic ma traktaty, a do tego w bezczelny sposób kłamie, chociażby wtedy, kiedy mówi o agresji Krymu, twierdząc, że to nie wojska rosyjskie tylko „zielone ludziki” dokonały aneksji, czy jak w przypadku Donbasu, że to separatyści. Tymczasem powszechnie wiadomo, że to rosyjskie siły specjalne w jednym jak i drugim przypadku występowały w rolach głównych. Również kiedy Putin łamie Memorandum Budapesztańskie, które w 1994 roku podpisały Stany Zjednoczone, Rosja i Wielka Brytania, na podstawie którego Ukraina – jako trzecie na świecie państwo pod względem posiadania arsenału jądrowego – pozbyła się broni jądrowej w zamian za deklaracje bezpieczeństwa. Sygnatariusze tego porozumienia zobowiązali się do respektowania suwerenności i integralności terytorialnej Ukrainy oraz niestosowania wobec niej przymusów ekonomicznych. Niestety te postanowienia w 2014 roku złamała Rosja, dokonując aneksji Krymu i destabilizacji Donbasu. Jak widać, to wszystko dla Putina jest nieważne, za nic ma umowy, porozumienia. Przerażające jest także to, że Zachód, niektóre kraje, jak Niemcy chowają głowę w piasek, udając, że nie widzą, co robi Putin, któremu coraz skuteczniej udaje się rozbijać solidarność, głównie europejską. To Europa powinna zadbać o swoje bezpieczeństwo, tymczasem takie państwa jak Niemcy nie chcą sprzedawać broni Ukrainie, co więcej – robią interesy gazowe z Putinem. Podobnie Węgrzy, którzy w innych sferach wchodzą w układy z Rosją – jakoś nie przeszkadza im, że robią interesy z państwem, w którym rządzi dyktator, który jest nieprzewidywalny, a zyski z tych interesów przeznacza na zbrojenia.

Wspomniał Pan bardzo zachowawczą, skupioną na interesach i de facto prorosyjską postawę Niemców. Wczoraj amerykański sekretarz stanu Antony Blinken gościł w Kijowie, dzisiaj gości w Berlinie. Czego możemy się spodziewać? Czy uda mu się przekonać Niemców do zmiany postawy?

– Nie sądzę, żeby te rozmowy przyniosły jakieś wymierne efekty. Dlatego trudno jest mówić o jakimkolwiek postępie. Natomiast cały czas jest prowadzona przewidywalna dla Putina papierowa dyplomacja, której on wcale się nie boi. Takie czy podobne groźby już wcześniej padały pod jego adresem i sankcje, które nawet były wprowadzane, za jakiś czas były ograniczane i wcale nie były tak dotkliwe, jak zapowiadano. Nic zatem dziwnego, że nie tylko nie zahamowały eskalacji konfliktów, lecz także zachęciły Putina do podejmowania nowej ofensywy.

Na piątek zaplanowano rozmowy amerykańskiego sekretarza stanu z szefem rosyjskiego MSZ. Czy biorąc pod uwagę niestabilność prezydenta Bidena, Stany Zjednoczone zgodzą się na zamknięcie drzwi NATO przed Ukrainą i Gruzją oraz wycofanie swoich wojsk ze wschodniej flanki?

– Odnoszę wrażenie, że Joe Biden może nawet ugiąłby się pod presją Putina i zgodziłby się na jego żądania, ale społeczeństwo amerykańskie nie wybaczyłoby swojemu prezydentowi takiej słabości. Amerykanie chcą mieć silnego, stanowczego prezydenta – przywódcę, natomiast Joe Biden już w sprawie wycofania wojsk amerykańskich z Afganistanu pokazał swoją słabość. Kolejna przegrana oznaczałaby poważne kłopoty Joe Bidena, bo siła i wiarygodność prezydenta to cechy, które są bardzo istotne dla Amerykanów. Dlatego Biden pewnie będzie się starał sprostać tym wewnętrznym standardom, co nie zmienia faktu, że jest słabym prezydentem i być może będzie lawirował. Nie może się zgodzić na żądania Rosji, bo jest to w istocie szantaż, ale może kluczyć i starać się przeciągać, przedłużać rozmowy, czy pozostawiać kolejne znaki zapytania, tak, żeby mówiąc kolokwialnie, zjeść ciastko i mieć ciastko. Inaczej mówiąc, będzie działał tak, żeby nie drażnić rosyjskiego niedźwiedzia, co niestety wciąż pokutuje u niektórych zachodnich polityków, a z drugiej strony jednak pozwoli Putinowi na kolejne kroki, ale w ukryty, zawoalowany sposób – tak, żeby świat tego nie widział.

W Wiśle odbywają się rozmowy prezydentów Polski – Andrzeja Dudy i Ukrainy – Wołodymyra Zełenskiego. Tymczasem słyszymy, że Ukraina przerywa ogniwa międzynarodowego łańcucha dostaw tranzytu, w tym przewozów na nowym Jedwabnym Szlaku prowadzącym przez Ukrainę do Polski. Jak wytłumaczyć fakt, że jesteśmy rzecznikiem Ukrainy, a tymczasem polityka Kijowa w stosunku do Polski jest szkodliwa?

– Dobrze, że takie konsultacje się odbywają. Natomiast problemy, które czasem się pojawiają we wzajemnych polsko-ukraińskich relacjach, ale także między Polską a Litwą, były, są i pewnie będą, tak jak w tej chwili między Polską i Czechami. Myślę jednak, że w tym momencie jest to drugorzędna sprawa, powiedziałbym nawet, że to kłótnia w rodzinie. Natomiast w kluczowych, istotnych, priorytetowych sprawach, jak bezpieczeństwo, musi być między nami solidarność, jedność i pełne wsparcie. Myślę, że jeśli chodzi o agresję rosyjską i działania Moskwy, ta jedność między naszymi państwami jest i będzie. Natomiast kwestie, o których pan redaktor wspomniał, nie są w tym momencie tak bardzo istotne. Mam też nadzieję, że w toku dwustronnych rozmów zostaną wyjaśnione.

Ale są też i inne sprawy niepokojące w naszych wzajemnych relacjach, jak np. ukraińskie embargo na polskie wyroby, m.in. na nabiał, czy brak zgody dla zespołu prof. Krzysztofa Szwagrzyka na ekshumacje ofiar ukraińskich zbrodni dokonanych na Polakach przez OUN-UPA. Czy Ukraina nie gra nam na nosie?

– Na pewno są kwestie – ważne dla nas Polaków – które dzielą nas i Ukraińców, i zawsze można szukać tego, co dzieli, a nie łączy. Różne środowiska po obu stronach różnie do tego podchodzą. Wiemy też, że na Ukrainie są grupy wręcz wrogo nastawione do Polski, co budzi uzasadnione pretensje po naszej stronie, ale tu i teraz są istotniejsze rzeczy. Wspólne bezpieczeństwo leży w naszym obopólnym interesie – w interesie Polski i Ukrainy. Wolna i niepodległa, suwerenna Ukraina jest w naszym dobrze pojętym interesie, bo to daje nam większe bezpieczeństwo niż bezpośrednie graniczenie z Federacją Rosyjską, jak to miało miejsce za czasów imperium sowieckiego. I co do tego nie mam żadnych wątpliwości. Również Stany Zjednoczone czy w Europie Niemcy powinni zrozumieć, że to, z czym mamy obecnie do czynienia, to nie jest walka tylko o suwerenną Ukrainę, ale to jest walka, aby na rubieży Ukrainy jednak powstrzymać Putina, a nie pozwalać mu rozgrywać i swobodnie rozwijać ofensywne działania. Do tego potrzeba solidarności całego Zachodu, której niestety nie ma. Brakuje też bardziej strategicznego myślenia. Nie można myśleć w kategoriach korzyści, że zrobimy dobry interes gospodarczy z Putinem, czy tak jak były kanclerz Niemiec Gerhard Schröder znaleźć sobie dobrze płatną pracę w jednej z rosyjskich spółek gazowych, które po ewentualnej inwazji rosyjskiej wejdą też na Ukrainę.           

         Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki