Misja niemiecka Tuska
Środa, 12 stycznia 2022 (14:41)Z Bogdanem Rzońcą, posłem do Parlamentu Europejskiego z Prawa i Sprawiedliwości, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Jakie są tak naprawdę relacje polsko-niemieckie – pytam o to w kontekście nacisków ze strony Berlina i Brukseli?
– Odpowiedź jest dość skomplikowana, bo jeśli weźmiemy polsko-niemieckie relacje ekonomiczne i wymianę handlową, to są to kwestie dla nas bardzo ważne i należy to uznać. Jednocześnie wiemy, że ze strony niemieckiej – historycznie rzecz ujmując – ciągle mieliśmy zagrożenie, czy byliśmy dla Berlina niewygodnym sąsiadem, który był napadany, rabowany. Dzisiaj polityka niemiecka działa podobnie, choć oczywiście działania te są przygotowywane i prowadzone w bardziej subtelny, zawoalowany sposób. Niezależnie od tego, czy w Niemczech rządzi prawica czy lewica, to Polska jest dla Berlina kością w gardle, a szczególnie wtedy, kiedy próbujemy podnosić kwestię reparacji wojennych i mówić głośno o ogromnym barbarzyństwie, jakie nas, Polaków, spotkało ze strony Niemiec; kiedy staramy się wybić na niepodległość w sensie gospodarczym; kiedy mówimy, że nasza gospodarka jest równie ważna jak niemiecka czy każda inna i robimy wszystko, żeby wspierać polski przemysł. Wiadomo, że środki ze sprzedaży polskich produktów trafiają do naszego budżetu, którym możemy dysponować i przeznaczać np. na modernizację naszej armii, ochronę granic czy na pomoc społeczną, i wtedy te próby wybijania się na niepodległość są kontestowane. Nie możemy jednak stracić odwagi, dać się zastraszyć czy zakrzyczeć, stąd musimy mówić jasno i wprost, że relacje polsko-niemieckie są, owszem, ważne, ale dla nas, Polaków, najważniejsza jest polska racja stanu. Polega ona na tym, że chcemy być samodzielni, suwerenni, niepodlegli, a to oznacza, że nie będziemy słuchać dyktatu silnych Niemiec, które co innego mówią, a co innego robią.
Przykładem tego jest chociażby współpraca Berlina z Moskwą…
– Dokładnie. Niemcy współpracują blisko z Putinem m.in. w kwestii Nord Stream 2 i uzależnienia Europy od rosyjskiego gazu. Ponadto tworzą system energetyczny za pomocą węgla, którego wydobycie w Niemczech stale wzrasta, a nam nakazują zamykanie kopalni węglowych i usiłują przypiąć nam łatę największego truciciela w Unii Europejskiej, co wcale nie jest prawdą. Tak czy inaczej polsko-niemieckie relacje są skomplikowane, ze strony niemieckiej nie zawsze dobrze, a przede wszystkim sprawiedliwie i obiektywnie oceniane. Dlatego powinniśmy w sposób jasny i zdecydowany artykułować oraz dbać o swoje interesy i współpracować w tym, co jest dla nas korzystne. Wydaje mi się, że tylko jasność, klarowność celów, które stoją przed niepodległym państwem polskim w relacjach z Niemcami, może być dla nas opłacalne na dłuższą metę. Każde kunktatorstwo, wszelkie ciche układy, działanie pod stołem zakończy się dla Polski niedobrze. Dlatego jawność we wzajemnych relacjach jest pierwszą sprawą, o którą jako państwo polskie, także parlament RP powinniśmy dbać i nauczyć się korzystać z tego sąsiedztwa. Te korzyści muszą być obustronne, a nie tylko korzystne dla Niemiec.
Tylko czy rozwijająca się Polska nie przeszkadza Niemcom w budowie superpaństwa europejskiego, podobnie jak przeszkadzała Wielka Brytania, i czy nie ma zagrożenia, że podobnie jak Londyn także Warszawę trzeba będzie wypchnąć z Unii Europejskiej?
– Rzeczywiście wiele może wskazywać na to, że jako silne, coraz silniejsze gospodarczo państwo, jesteśmy niewygodnym partnerem politycznym. Tylko że 38 milionów obywateli Polski to nie jest Cypr czy Malta, ponadto jesteśmy państwem położonym w centrum Europy. Od Polski bardzo dużo zależy. Stąd też próby zwasalizowania naszego kraju przez Niemcy, które zawsze miały tego typu skłonności, muszą się spotykać ze sprzeciwem, ale trzeba to robić mądrze i umiejętnie. Oczywiście nie chodzi tu o wchodzenie na ścieżkę wojenną, ale o budowanie właściwych relacji na zasadach partnerskich. Nie możemy sobie pozwolić na wytykanie nas palcem jako największych trucicieli, czy tych, którzy powinni zrezygnować z produkcji we własnym kraju, a wszystko kupować m.in. od Niemiec. Ta próba wypchnięcia Polski z Unii Europejskiej – ta narracja – jest obecna w Europie. Na razie jest ona prezentowana przy różnego rodzaju okazjach jako temat zastępczy, bo nie ulega wątpliwości, że 70-80 procent Polaków jest za członkostwem Polski w Unii Europejskiej i obywatele naszego kraju chcą korzystać ze wspólnego unijnego rynku.
Są jednak politycy, którzy wskazują, że powinniśmy być ulegli, a zyskamy więcej w formie subwencji, a także gospodarczo…
– Najważniejszą rzeczą w tej chwili jest to, aby wybijając się na niepodległość gospodarczą, pamiętać – na zawsze – że to właśnie dzięki naszej, polskiej gospodarce możemy przetrwać jako silni. Natomiast jeśli uzależnimy się od subwencji, od grantów, od dotacji z Unii Europejskiej, to będzie to ogromny błąd. My nie możemy czekać aż coś nam spadnie z tego wielkopańskiego stołu. Jeśli przypilnujemy rozwoju polskiej energetyki, będziemy rozwijać polską przedsiębiorczość, jeśli potrafimy się włączyć w europejski krwioobieg z naszą produkcją, m.in. zespołów, podzespołów, mebli, jeśli dalej będziemy umiejętnie handlować dobrą, polską żywnością, wreszcie jeśli będziemy konkurować na europejskich rynkach, to wtedy Unia nie będzie miała innego wyjścia, jak tylko uznać naszą pozycję w Europie Środkowej. I generalnie przestaną nas wówczas w Unii Europejskiej sekować – jak to dzisiaj ma miejsce przy różnych okazjach. Tylko ta droga – droga wzmocnienia państwa polskiego, umacniania naszego bezpieczeństwa, dobrych sojuszy z wiarygodnymi sojusznikami – takimi chociażby jak NATO – pozwoli nam budować i wzmacniać naszą niepodległość.
Środki unijne nie są ważne?
– Są ważne, ale nie najważniejsze. Pamiętajmy też, że rzeczą kluczową jest pomoc polskim przedsiębiorcom – tym, którzy tworzą w naszym kraju miejsca pracy. Wszystkie subwencje czy dotacje unijne są ważne, ale warto też przypomnieć, że jako Polska solidnie płacimy naszą składkę do Unii Europejskiej. W 2021 roku zapłaciliśmy ponad sześć miliardów euro składki, a otrzymaliśmy dużo więcej tych pieniędzy, co sprawia, że jeszcze się nam to opłaca. Nie zmienia to faktu, że musimy być bardzo skrupulatni w tych rachunkach i mieć świadomość, że głównie tylko polski przemysł, polska gospodarka pozwolą przetrwać naszemu państwu, które będzie miało pieniądze na bezpieczeństwo, na obronę granic, na wyposażenie armii, na pomoc społeczną, na wypłaty dla nauczycieli, na kulturę i utrzymywanie tożsamości narodowej. To wszystko zależy od państwa polskiego, a to, co napływa z Unii Europejskiej, to są dodatki, które są ważne, pomocne, ale któregoś dnia mogą się skończyć i wtedy – jeśli nie będziemy na to przygotowani – możemy się znaleźć w bardzo trudnej sytuacji gospodarczej.
Jaką rolę w tym berlińskim scenariuszu odrywania nas od Unii odgrywa Donald Tusk, który wraz z Jean-Claudem Junckerem wypchnął Brytyjczyków z Unii, a przynajmniej nie zrobił nic, żeby ich zatrzymać we Wspólnocie?
– Przede wszystkim Wielka Brytania nie pozwoliła sobie, aby być pomiataną przez brukselskie elity. Zanim Brytyjczycy opuścili Unię Europejską, pracowałem już przez dwa, trzy miesiące jako polski poseł w europarlamencie i słuchałem tego, co mówią. Narracja była jasna i zdecydowana – mianowicie, że nie chcą być dłużej w sowieckim sojuszu – tak mówili o Unii Europejskiej. Mocno wybrzmiewało także to, że są Zjednoczonym Królestwem i Wspólnotą Brytyjską, która nie pozwoli sobie na to, żeby inni im rozkazywali. Ten honor brytyjski został bardzo mocno zarysowany i pokazany jako sprawa kluczowa w relacjach z Unią Europejską. Próba ogrywania ich i nastawania na honor zakończyły się wyjściem Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Zobaczymy, jakie będą losy Brytyjczyków poza Unią. Co by nie powiedzieć, Polska ma pecha, ponieważ liderem Europejskiej Partii Ludowej – największej partii europejskiej – jest Donald Tusk, któremu bliżej jest do Niemiec. Tusk zawsze – całe jego życie polityczne, kiedy był jeszcze w Kongresie Liberalno-Demokratycznym – uzależnione było od wsparcia niemieckiego. Również przy wsparciu niemieckim – kanclerz Angeli Merkel – został przewodniczącym Rady Europejskiej i cała Europa wie, że Donald Tusk bez Niemców na arenie europejskiej nie znaczy nic. Dzisiaj wprawdzie jest szefem EPL, ale widzimy, że nic nie może – ani w sprawie pomocy Polsce w obliczu kryzysu energetycznego, ani w żadnej innej. Na dobrą sprawę, nie możemy podać ani jednego przykładu, gdzie choćby w najmniejszym stopniu pomógł Polsce. Zresztą sam zainteresowany ma problem ze wskazaniem, co dobrego zrobił dla Polski.
Powrót Tuska do Polski, do polskiej polityki akurat teraz to nie przypadek?
– Absolutnie nie jest to przypadek, to jest – rzec można – misja niemiecka Tuska. Ma on za zadanie rozbić Zjednoczoną Prawicę. Co więcej, zniszczyć Lewicę, która chciałaby funkcjonować na polskiej scenie politycznej jak partia opozycyjna. Zresztą Tusk wcale tego nie ukrywa, że chciałby zdominować polską scenę polityczną, żeby później dalej móc trwonić majątek narodowy, mówić, że tylko Unia Europejska jest ważna, że nie liczy się niepodległość Polski. Zresztą wszyscy pamiętają dawne wypowiedzi Donalda Tuska, że polskość to nienormalność. I te słowa Tuska pochodzące z jego tekstu dla miesięcznika „Znak” z 1987 roku są esencją trzech dekad jego polityki.
Dzisiaj Tusk tej wersji wciąż się trzyma?
– Owszem, a przy tym jest dobrze sytuowany finansowo. Do Polski przybył z misją de facto rozmontowania polskiej państwowości przy pomocy swoich kolegów z Koalicji Obywatelskiej, którzy np. w Parlamencie Europejskim piszą rezolucje przeciwko Polsce. Myślę tu zarówno o pośle Andrzeju Halickim, jak i o przedstawicielach lewicy, takich jak Marek Belka, który niepochlebnie wypowiada się o Polsce, czy Włodzimierz Cimoszewicz, nie wspominając o innych jak Magdalena Adamowicz czy Róża Thun, która twierdzi, że wstyd ją ogarnia, kiedy słyszy, jak ktoś mówi po polsku. To są pomocnicy Donalda Tuska, który jako emisariusz przybył do Polski i ciągle jest personą, mającą pomóc Niemcom w zbudowaniu superpaństwa europejskiego z bardzo małą, nieznaczącą rolą Narodu Polskiego, który ma być – jak wyraził się Janusz Lewandowski – grupą narodową pracującą, a nie żyjącą z własności. To znaczy, że Polska nie powinna nic mieć, tylko pracować, słuchać, wykonywać rozkazy. To jest cała sentencja działalności Donalda Tuska – nic, co polskie, nie jest dobre, natomiast dobre jest wszystko to, co pochodzi z zewnątrz. Nic więc dziwnego, że promuje to, co niemieckie i co antypolskie.