Samobójcza polityka Unii Europejskiej
Poniedziałek, 3 stycznia 2022 (21:03)Z Markiem Astem, członkiem Komitetu Politycznego Prawa i Sprawiedliwości oraz przewodniczącym sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Dobiega końca realizacja gazociągu Baltic Pipe, przymierzamy się także do budowy elektrowni atomowej, jest nawet wyznaczona lokalizacja – Choczewo w północnej Polsce. I choć Bruksela wydaje się nam kibicować i zapowiada wsparcie finansowe projektów dotyczących elektrowni gazowych czy atomowych, to Niemcy protestują…
– To jest kolejny przykład braku solidarności Niemiec z Polską w kwestiach energetycznych. Tym samym Niemcy pokazują, że wyłącznie patrzą przez pryzmat swojego interesu i korzyści, jakie ewentualnie będą czerpać w perspektywie kolejnych lat z gazociągu Nord Stream i z zakupu oraz handlu rosyjskim gazem na terenie Unii Europejskiej. Zapewne realizacja projektów aktualnie przeprowadzanych przez Polskę – Baltic Pipe plus elektrownia atomowa – zaburzają plany i psują ten interes Niemcom. I to jest chyba główny powód oprotestowania naszych inicjatyw. Aczkolwiek nie ma powodów, bo skoro Niemcy mogą rozprowadzać gaz na terytorium Unii Europejskiej, to znaczy, że energia pozyskiwana z tego źródła jest uznawana za czystą i ekologiczną. Natomiast Niemcy, którzy zamykają swoje elektrownie atomowe, widocznie uważają, że wszyscy powinni pójść w ich ślady. Co ciekawe, ta energia była uznawana przez Berlin za czystą, co więcej – również na Polskę była wywierana presja, aby odchodząc od energetyki opartej na węglu, nasz kraj skorzystał z innych możliwości pozyskiwania energii – właśnie z elektrowni jądrowych. W momencie kiedy próbujemy to realizować, są nam przez Niemcy rzucane kłody pod nogi – pomimo wstępnej zgody Komisji Europejskiej i raczej pozytywnego przyjęcia naszego wniosku. To pokazuje, że nasze dobre sąsiedztwo od strony Niemiec wygląda dość słabo.
To już kolejna presja Berlina, który mając na podorędziu Nord Stream, chce zarabiać na rosyjskim gazie. Co więcej – Niemcy, stając się hubem gazowym, chcą uzależnić Europę od rosyjskiego gazu?
– Obecny kryzys na rynku energetycznym, na rynku paliw oraz podwyżki cen energii są m.in. rezultatem polityki uzależnienia Europy od dostaw rosyjskiego gazu. Dzisiaj Europa jest zdana na łaskę i niełaskę Władimira Putina oraz jego kaprysów. Jednak tak naprawdę jest to efekt świadomej polityki Rosji, która ma cały czas jeden cel – destabilizację sytuacji politycznej i gospodarczej w Europie. Niestety, do tego w znaczący sposób przyłożyli rękę Niemcy. Kurtyna zatem opada. Widać, że Niemcy nawet nie zachowują pozorów, bo jeśli nasza inicjatywa, która jest w interesie energetycznego bezpieczeństwa Polski, jest przychylnie przyjmowana przez Komisję Europejską, a jest próba jej blokady ze strony Niemiec – to jest to kolejny dowód na to, że Berlin również chce nas uzależnić od siebie energetycznie, a przez to także gospodarczo.
Tymczasem ceny energii szybują. Dlaczego unijni przywódcy nie reagowali na zacieśnianie planów Berlina i budowania wspólnie z Rosją gazowego monopolu?
– Powody są różne – z całą pewnością każdy z graczy chciał coś ugrać dla siebie. Głównym graczem w Unii Europejskiej są oczywiście Niemcy, więc w wyniku krótkowzrocznej polityki państw członkowskich wyrażano zgodę czy przymykano oczy na realizację tej rosyjsko-niemieckiej inwestycji. Robiono to w zamian za inne ustępstwa ze strony Niemiec. Efekt jest taki, że ta krótkowzroczna polityka uzyskiwania małych korzyści i załatwiania małych interesów doprowadziła do tego, że dzisiaj wszędzie w zastraszającym tempie rosną koszty energii i dopiero teraz te państwa zaczynają się budzić. Stąd z jednej strony mamy wsparcie dla naszych planów energetycznych – inicjatyw dotyczących elektrowni gazowych czy atomowych – chociażby ze strony Francji, czy przyzwolenie ze strony Komisji Europejskiej. Natomiast z drugiej strony jest niezadowolenie, czy wręcz zdecydowany sprzeciw ze strony Niemiec. Jest więc pytanie, czy i na ile Komisja Europejska ugnie się w przypadku tego sprzeciwu Berlina. Niestety, w ubiegłym roku kuriozalne postanowienie sędzi Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej Rosiarii Silvy de Lapuerty w sprawie kar finansowych za niewstrzymanie działalności wydobywczej w Kopalni Węgla Brunatnego w „Turowie”, a tym samym zatrzymanie produkcji energii w Elektrowni „Turów” pokazują, że decyzje mogą być tutaj różne. Niewątpliwie to, o czym wspomniałem, to działania przeciwko bezpieczeństwu energetycznemu Polski – działania nie do końca będące we właściwości Unii Europejskiej. Chodzi o to, że kwestie bezpieczeństwa powinny być głównie w gestii kraju członkowskiego. Tak czy inaczej, z zadowoleniem przyjmuję stanowisko Komisji Europejskiej, która akceptuje nasze plany budowy elektrowni atomowej, natomiast z dużym zdziwieniem patrzę na stanowisko Niemiec, które próbują tę polską inicjatywę zablokować.
Wspomniał Pan, że niektóre kraje, patrząc na przybierający na sile kryzys energetyczny, zaczynają się budzić, ale na polskim gruncie budzi się też Donald Tusk, który za podwyżki cen energii wini rząd. Czy jako szef Rady Europejskiej nie mógł przeciwdziałać tym osaczającym planom Berlina i Moskwy?
– Uważam, że Donald Tusk nie tylko że nie przeciwstawił się tej polityce niemiecko-rosyjskiej, ale wręcz przyklaskiwał tym planom. Nie było z jego strony jakiegokolwiek słowa czy gestu sprzeciwu, a nawet refleksji. Ze strony Polski od samego początku płynęły zastrzeżenia. Zwracaliśmy uwagę na zagrożenia wynikające z uzależnienia Europy od dostaw rosyjskiego gazu i na to, że z całą pewnością będzie to element nacisku wpływający na ceny tego surowca na rynku. Wówczas Donald Tusk przyklaskiwał i kibicował tej niemiecko-rosyjskiej inicjatywie i planom ówczesnej kanclerz Angeli Merkel dotyczącym budowy rurociągu Nord Stream 2. Dzisiaj wydaje mu się, że Polacy mają amnezję, i próbuje obciążać rząd Zjednoczonej Prawicy za wzrost kosztów energii, choć dokładnie wie, że te koszty rosną wszędzie, i że jednym – nie jedynym, ale jednym z czynników jest właśnie uzależnienie od dostaw rosyjskiego gazu jako konsekwencja działań Berlina i Moskwy. I tutaj wydaje się, że rację mają ci, którzy obciążają odpowiedzialnością za wzrosty cenowe na rynku energetycznym właśnie Donalda Tuska. Te kłopoty, które dzisiaj przeżywają Polska i polscy konsumenci, to wina Donalda Tuska – nie tylko jako przewodniczącego Rady Europejskiej, ale również jako wcześniejszego premiera Polski. Za jego rządów także były różne zawinione działania – łącznie z niekorzystnym kontraktem na zakup gazu z Rosji.
Na rosnące ceny gazu wpływają też inne kwestie. Zatem – jak proponuje Solidarna Polska – nie powinniśmy odrzucić unijnego pakietu klimatycznego „Fit for 55”. Czy taka opcja jest w ogóle rozważana?
– To jest opcja atomowa, która jest ostateczna, a którą jednak trzeba mieć w zanadrzu. Myślę, że rządy poszczególnych państw członkowskich Unii Europejskiej zdają sobie sprawę z zagrożeń płynących z bezkrytycznego realizowania wytycznych „Europejskiego zielonego ładu”, czy też jego wersji w postaci pakietu klimatycznego „Fit for 55”, który jest szczególnie niebezpieczny dla państw północnej Europy. Rozumiem, że jeżeli chodzi o ciepłownictwo, to dla południa Europy, które tak dużo tej energii nie potrzebuje, nie jest to projekt tak bardzo szkodliwy. Co więcej – z uwagi na klimat i położenie południe może korzystać z energii odnawialnej, czy też z farm wiatrowych, farm fotowoltaicznych. Jednak w przypadku Polski czy państw bałtyckich, które mają ostrzejszy klimat, te rozwiązania są zupełnie nieadekwatne. Zresztą główna słabość „Zielonego ładu” polega na tym, że nie bierze pod uwagę specyfiki państw – jeśli chodzi o kwestie klimatyczne czy etapy rozwoju gospodarczego, w jakim poszczególne kraje się znajdują. Na innym etapie znajduje się Polska i państwa, które wchodziły w skład RWPG, a inna jest sytuacja państw tzw. Starej Unii. Stąd ewentualne weto w kwestii unijnego pakietu klimatycznego „Fit for 55” jest ostatecznością, ale też nikt odpowiedzialny nie powie, że takiego kroku nie można wykluczyć. Jeżeli realizacja tego programu miałaby w istotny sposób zagrażać bezpieczeństwu energetycznemu Polski, to wówczas trzeba podjąć działania i rozmowy w tym kierunku, aby uciążliwości związane z realizacją tego programu w mniejszym stopniu dotykały Polski. Ostatecznie jako opcję należy też brać pod uwagę weto.
Kto rządzi dzisiaj Unią Europejską, skoro handel emisjami CO2 zamiast służyć zrównoważonej i sprawiedliwej polityce klimatycznej, jest narzędziem spekulacji. Dzieje się tak za zgodą i wsparciem Komisji Europejskiej. Ursula von der Leyen nie uważa, że jest to błąd, z którego trzeba się wycofać, ale przeciwnie – mówi, że rosnące ceny certyfikatów mają być silnym bodźcem ekonomicznym dla firm, aby stały się bardziej wydajne i przestawiły się na produkcję czystej energii. Ideologia wygrywa z rozsądkiem?
– To jest absolutnie cyniczna postawa i przejaw polityki w interesie najbardziej rozwiniętych państw Unii Europejskiej, a właściwie całego tego ponadnarodowego biznesu ekologicznego, który dzisiaj postawił na odnawialne źródła energii. To jest dzisiaj olbrzymi biznes, wielkie pieniądze są w to zaangażowane. Niestety, nie ma refleksji, nie mówiąc już o solidarności polegającej na tym, że każde państwo ma swój etap rozwoju. Jednocześnie wprowadzono rozwiązanie bardzo szkodliwe, które stało się polem do spekulacji – czyli handel emisjami CO2. Przypomnę tylko, że kiedyś – nie tak dawno – cena prawa do emisji tony CO2 wynosiła dziewięć euro, a dzisiaj jest to koszt rzędu blisko 90 euro. To zabija jakąkolwiek słabszą, mniej rozwiniętą gospodarkę, która musi ponieść olbrzymie ciężary i w konsekwencji staje się niekonkurencyjna. Dlatego spekulacyjny charakter tego rozwiązania powinien zostać absolutnie ukrócony, tym bardziej że efekty, jakie uzyskujemy w skali globalnej są, oględnie mówiąc, średnie. Są bowiem państwa, które w ogóle nie przyjmują do wiadomości jakiejkolwiek polityki proekologicznej. Weźmy chociażby taką gospodarkę jak chińska, która m.in. przez to, że nie stosuje się do tych wydumanych w Europie rozwiązań, jest zdecydowanie bardziej konkurencyjna na światowym rynku od gospodarki europejskiej, która coraz bardziej pogrąża się w ideologicznym chaosie.
Jeśli chodzi o emisję gazów cieplarnianych, to blisko osiem procent generuje Europa, a pozostałą część kumuluje reszta świata, a Pekin, który najbardziej zatruwa klimat, wcale się tym nie przejmuje…
– Dokładnie. Dlatego polityka, którą w tym względzie prowadzi Unia Europejska, jest zabójcza. Takie działania duszą europejską gospodarkę, a jednocześnie raczej średnio przyczyniają się do ochrony środowiska.
Dziękuję za rozmowę.
Mariusz Kamieniecki