• Sobota, 16 maja 2026

    imieniny: Andrzeja, Szymonety

Dziś w „Naszym Dzienniku”

Fałszywi obrońcy wolności mediów

Czwartek, 23 grudnia 2021 (02:01)

ROZMOWA / z prof. dr. hab. inż. Januszem Kaweckim, członkiem Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji

 

Przyjęta przez Sejm nowelizacja ustawy medialnej stała się okazją do atakowania rządu i wyprowadzania ludzi na ulice. Czy jest jakaś podstawa takiego postępowania?

– Rząd w sprawę tej ustawy nie był i nie jest włączony jako inicjujący. Po pierwsze, trzeba zauważyć, że projekt ustawy uchwalonej 11 sierpnia 2021 r. zgłosiła grupa posłów, a nie rząd. Po drugie, każdy, kto tylko uważnie i ze zrozumieniem zechce przeczytać tekst tejże ustawy, z łatwością zauważy, że jej zasadnicza część – pomijam tu „wrzutkę” wprowadzoną podczas prac komisji sejmowej opisującą nowy sposób wybierania składu KRRiT – może być traktowana jako pomoc pewnej grupie nadawców, może być czymś w rodzaju „koła ratunkowego” dla tych nadawców, którzy dotychczas omijali obowiązujące w Polsce prawo zapisane w ustawie o radiofonii i telewizji (urt). Warto dodać, że omijali oni wymagania, które zapisane zostały w ustawie jeszcze w 2004 r.

TVN utrzymuje, że nowelizacja ustawy to atak PiS na prywatną stację, i nazywa nową ustawę mianem „lex TVN”…

– Narrację wprowadzoną w obieg publiczny przez TVN SA i wspierające ją podmioty przy okazji uchwalania ustawy z sierpnia br. muszę traktować jako chybioną. Podobnie nie ma uzasadnienia twierdzenie, iż nowelizacja przyjęta w sierpniu br. jest „atakiem PiS na prywatną stację”. Można – rozpatrując tekst tej nowelizacji – wykazać wręcz coś przeciwnego. Pomaga bowiem ona nadawcom, którzy od pewnego czasu przestali spełniać wymagania zapisane już w 2004 r. w urt, powrócić do stanu spełniania tych wymagań. Daje bowiem im czas na takie dostosowanie się. Czy taką pomoc można traktować jako atak na owych nadawców?

Skąd zatem ta cała histeria po stronie TVN-u i polityków opozycyjnych?

– Wydaje mi się, że narracja przyjęta przez TVN, a za nią przez posłów przeciwstawiających się przyjęciu ustawy z sierpnia 2021 r., została wymyślona, ponieważ nadawca ten chce wymusić dalsze omijanie przez siebie obowiązującego prawa w tym zakresie. Zdecydowanie łatwiej uzyskać wsparcie publiczne dla takiego wymuszenia, wprowadzając hasła odnoszące się do obrony wartości podstawowych, takich jak wolność mediów. Łatwiej jest bowiem operować wobec odbiorców takimi hasłami niż podawać do publicznej wiadomości informacje o niezgodności obecnej struktury własnościowej z wymaganiami zapisanymi w urt, i to od 2004 r. Przypomnę, że w lutym br. zainicjowano protest niektórych mediów również pod hasłem obrony wolności słowa w mediach, walcząc w rzeczywistości z zamiarem wprowadzenia podatku od przychodów z reklamy w mediach.

Nie podawano, że organizowany jest protest przeciwko podzieleniu się z budżetem państwa olbrzymimi przychodami z reklam uzyskiwanymi przez właścicieli mediów…

– No właśnie. Podawano, iż nadawcy wyłączają emisję swoich programów w obronie wolności słowa. Tak oto tworzy się narrację, która z prawdą niewiele może mieć wspólnego. Wrócę jeszcze do pytania o przyjętą narrację, wręcz histeryczną wobec ustawy z sierpnia br. Otóż hasła o obronie wolności słowa w mediach są bardziej zrozumiałe i chętnie przyjmowane przez osoby i instytucje, które dokumentu nie znają. Protestujący nie sięgają po dokument, nie sprawdzają, o co chodzi w podanych tam zapisach, tylko ślepo zawierzają wykrzykującym hasła i włączają się w protest. Tych ludzi może nawet jeszcze potrafię zrozumieć, ale zupełnie nie rozumiem podobnej postawy prezentowanej przez wielu parlamentarzystów z opozycji. Przecież oni powinni byli przeczytać i zrozumieć tekst, aby roztropnie podjąć decyzję o ewentualnym odrzuceniu projektu ustawy. I przyznam, że z zażenowaniem słuchałem wypowiedzi na posiedzeniu komisji sejmowej tych posłów, którzy mówili o potrzebie obrony wolności mediów, wolności słowa w mediach, odbiegając od zasadniczego tematu. Na pewno obywatele uczestniczący w protestach nie chcieliby, aby prawo stanowione w Polsce było bezkarnie omijane. Dopuszczenie przez państwo omijania prawa świadczy tylko o jego słabości, o tym, że nie potrafi wyegzekwować wymagań zapisanych w ustawach. Czyżby obywatele uczestniczący w takich protestach przeciw ustawie z sierpnia br. chcieli żyć w państwie, które pozwala na naruszanie wymagań zapisanych w ustawach?

O co więc chodzi w nowelizacji ustawy medialnej?

– Najogólniej i w skrócie przedstawiając sprawę, muszę najpierw przypomnieć, o jakie wymaganie stawiane nadawcom mediów elektronicznych i zapisane w urt tutaj chodzi. To wymaganie dotyczy ograniczenia udziału podmiotów spoza Europejskiego Obszaru Gospodarczego (EOG) w strukturze kapitałowej nadawców mediów w Polsce. Ten nieprzekraczalny poziom, który podany jest w ustawie od 2004 r., wynosi 49 proc. Nie był on wpisany do ustawy bez szczegółowego badania i uzasadnienia przedstawionego wówczas przez rząd i dyskutowanego przez parlamentarzystów. Z uwagą zapoznawałem się na posiedzeniach KRRiT z argumentami przyjętymi w 2004 r. za wprowadzeniem takiego ograniczenia. Przyjęcie 49 proc. było uznane za „racjonalne i możliwe do przyjęcia – ze względu zarówno na cele WTO, jak i na interes polskiego rynku” – czytałem w stenogramie z przebiegu wówczas prowadzonej dyskusji w Sejmie. Wielu parlamentarzystów krytykowało tę liczbę podawaną przez przedstawiciela ówczesnego rządu, uznając ją za zbyt wysoką, dopuszczającą zbyt daleko idącą liberalizację runku mediów. Wcześniej ta progowa, nieprzekraczalna wartość kapitału zagranicznego w strukturze nadawcy wynosiła 33 proc. To wtedy, w 2004 r., podczas dostosowywania prawa polskiego do wymagań unijnych wprowadzono zmianę występującą również obecnie w urt. Jeśli więc struktura kapitałowa nadawcy wykazuje większy od podanego w ustawie udział podmiotu spoza EOG, to nadawca taki narusza wymagania ustawowe.

Czy tego typu przepisy to rzadkość na świecie?

– Absolutnie nie. W wielu krajach występują podobne ujęcia. Podam przykładowo, iż we Francji osoba zagraniczna nie może ubiegać się o bezpośrednie lub pośrednie nabycie udziałów w kapitale nadawcy medialnego, jeżeli takie nabycie skutkowałoby podniesieniem udziału kapitału zagranicznego do ponad 20 proc. Nie można też udzielić koncesji spółce, w której 20 proc. lub więcej kapitału znajduje się w posiadaniu osoby zagranicznej (spoza UE). Są tam również podane warunki dostosowawcze dla podmiotów, które starając się o nową koncesję, mogłyby po otrzymaniu koncesji już nie spełniać podanych wymagań.

Dziękuję za rozmowę.

AB