• Sobota, 16 maja 2026

    imieniny: Andrzeja, Szymonety

Domagamy się upamiętnienia ofiar Wołynia

Wtorek, 21 grudnia 2021 (19:21)

Z Markiem Astem, członkiem Komitetu Politycznego Prawa i Sprawiedliwości oraz przewodniczącym sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Jakie znaczenie ma wczorajsze spotkanie prezydentów państw Trójkąta Lubelskiego: Polski – Andrzeja Dudy, Ukrainy – Wołodymyra Zełenskiego, oraz Litwy – Gitanasa Nausėdy?

– Ważne jest to, że jako państwa najbardziej narażone na prowokacje ze strony zarówno Putina, jak i Łukaszenki mamy jedno zdanie, jedno stanowisko i że zdajemy sobie sprawę z istniejących zagrożeń. Istotne jest także to, że będziemy się wspierać, ale jednocześnie – jako przedmurze demokratycznego świata – oczekujemy też wsparcia ze strony naszych sojuszników – przede wszystkich w ramach NATO, oraz ze strony Stanów Zjednoczonych.

„Washington Post” donosi, że administracja Joe Bidena studiuje możliwość wsparcia ukraińskiej partyzantki w walce z rosyjską okupacją w sytuacji, gdyby doszło do obalenia rządu w Kijowie. Czy to może wskazywać, że jest jakiś scenariusz, że nie ma możliwości, żeby powstrzymać Putina, tylko działać reakcyjnie, po fakcie?

– Trudno powiedzieć, jak rozwinie się sytuacja. Nie jest też do końca pewne, czy „Washington Post” przedstawia realny scenariusz, na ile są to tylko teoretyczne medialne rozważania, a na ile faktycznie jest coś na rzeczy. Na dzisiaj sytuacja jest taka, że jest rząd w Kijowie, a prezydent Ukrainy sprawuje władzę. Oczywiście Ukraina jest państwem zagrożonym przez Rosję, ale jest przy tym państwem absolutnie suwerennym, będącym podmiotem na międzynarodowej scenie. Dlatego tego rodzaju scenariusze – w moim przekonaniu – są dzisiaj wyłącznie hipotetyczne. Ponadto tego rodzaju doniesienia mogą stwarzać przeświadczenie potwierdzające słabość obecnej administracji amerykańskiej czy generalnie świata zachodniego. Sygnał, jaki płynie z tych ośrodków, mówi, że jest przyzwolenie na dokonanie przez Rosję ingerencji w państwo ukraińskie, a na to się zgodzić absolutnie nie można.

My widzimy zagrożenie, ale Zachód chyba nie do końca? Ostatnio Rosja przedstawiła propozycje dotyczące tzw. gwarancji bezpieczeństwa, których domaga się od Zachodu. Nie ma wątpliwości, że Putin chce stworzyć swoją własną strefę wpływów w oparciu o państwa byłego bloku sowieckiego…

– Niestety, Rosja się coraz bardziej rozpycha, wykorzystując słabość zarówno Unii Europejskiej, jak i administracji amerykańskiej. Putin, testując, dostrzega gotowość Zachodu do ustępstw, co pozwala mu zyskiwać kolejne przewagi. Moskwa wielokrotnie mogła się przekonać, że jej awanturnicza polityka nie napotyka na jakikolwiek opór ze strony czy to Stanów Zjednoczonych, czy Unii Europejskiej. Mieliśmy przecież do czynienia z agresją na Gruzję, gdzie bez żadnych konsekwencji Rosja zajęła Abchazję; mieliśmy też zajęcie Krymu, czyli agresję na Ukrainę – właściwie też bez żadnych konsekwencji. Dzisiaj mamy kolejne prowokacje: wspieranie reżimu Łukaszenki w tzw. kryzysie migracyjnym na pograniczu polsko-białoruskim – właściwie też bez konsekwencji. Nic zatem dziwnego, że postawa Zachodu przyzwalająca na tego typu działania rozzuchwala Putina coraz bardziej. Rosyjski przywódca, który rozumie jedynie język siły, brak reakcji Zachodu odczytuje jako słabość, co pozwala mu traktować Ukrainę jako swoją strefę wpływów i realizować swoje kolejne cele.

Zachód nie zna historii, nie czuje, czym to się może skończyć?       

– Zachód patrzy przede wszystkim przez pryzmat swoich interesów, które prowadzi z Rosją, i nie przeszkadza mu to, że Putin ma coraz większe ambicje, a niepowstrzymywany będzie parł do przodu bez ograniczeń. Zachód – Stany Zjednoczone po zwycięstwie w wyborach prezydenckich przez Joe Bidena – wycofuje się z pozycji państwa stabilizującego sytuację międzynarodową. Waszyngton skupia się wokół własnych spraw wewnętrznych, jednocześnie Stany Zjednoczone pilnują swoich interesów ekonomicznych, gospodarczych, a za głównego przeciwnika i problem uważają dzisiaj Chiny i rywalizację z Pekinem, a nie z Moskwą. Cała ta sytuacja – także w kontekście Polski – jest dla nas – łagodnie mówiąc – nie najlepsza. Do tej pory Stany Zjednoczone gwarantowały nasze bezpieczeństwo, były także zapowiedzi zwiększenia kontyngentu wojsk amerykańskich stacjonujących w Polsce, i co za tym idzie wspierania naszego bezpieczeństwa oraz rozwijania współpracy w zakresie wojskowości. W tej chwili wydaje się, że tej determinacji po stronie administracji prezydenta Joe Bidena nie widać.

Czy Ukraina ma szansę wejścia do NATO i stać się częścią euroatlantyckiej wspólnoty, za czym optują polskie władze?

– Oczywiście. Polska jest orędownikiem spraw Ukrainy na Zachodzie. Optujemy też za tym, żeby Ukraina została członkiem Sojuszu Północnoatlantyckiego. Niestety, jest opór ze strony części członków NATO, którzy jakby nie dostrzegają takiej potrzeby i zagrożenia ze strony Rosji generalnie dla całej Europy. Nie ma chyba żadnej wątpliwości, że Ukraina jest zagrożona, i to w sposób ewidentny, bo pełzająca wojna z Rosją trwa tam od dawna – od momentu kryzysu krymskiego zapoczątkowanego w 2014 roku. Państwa Zachodu wychodzą z założenia, że najważniejsze jest to, co jest tu i teraz, czyli obrona własnych interesów i tzw. świętego spokoju, który na dzisiaj mają, a zarazem pielęgnowanie i rozwijanie interesów, jakie prowadzą z Rosją. W tej sytuacji Ukraina jest właściwie pozostawiona sama sobie – oczywiście z poprawką, że może liczyć na Polskę, że może liczyć na państwa, które niegdyś wchodziły w skład ZSRS, ale to wciąż za mało.

O tym wsparciu mówi deklaracja podpisana wczoraj przez prezydentów państw Trójkąta Lubelskiego, podsumowująca 30 lat relacji Polski, Litwy i Ukrainy, wyrażająca poparcie dla integralności Ukrainy oraz dla polskich i litewskich działań przeciwko operacjom Łukaszenki, wzywająca do zdecydowanej postawy wobec Rosji. Co z naszymi sprawami dotyczącymi relacji polsko-ukraińskich chociażby ekshumacji ofiar zbrodni ukraińskich na Polakach. Czy nie powinniśmy się tego domagać w sposób bardziej zdecydowany?

– Kwestie, które porusza pan redaktor, powinny się oczywiście znaleźć w agendzie spraw do załatwienia ze stroną ukraińską. Z jednej strony ważny jest nasz interes i nasze bezpieczeństwo, które jest też zależne od tego, czy Ukraina będzie państwem niepodległym czy – podobnie jak Białoruś – będzie państwem satelickim, tak naprawdę wchodzącym w skład imperium Putina, który realizuje swój sen o potędze i próbuje odbudować wielkomocarstwową Rosję. I tu rodzi się pytanie: czy i na ile mu się na to pozwoli? Jest też pytanie: czy elitom obecnie rządzącym Ukrainą zależy na tym, aby niepodległość – choć kruchą – swojego państwa utrzymać? Jeśli Ukraińcom na tym zależy, powinni wzmacniać sojusz z Polską m.in. poprzez uwzględnienie naszych spraw, które choć dla nich bolesne, to jednak wymagają wyjaśnienia i załatwienia. To są sprawy delikatne, bo sytuacja wewnętrzna na Ukrainie powoduje, że czy to rząd, czy prezydent Zełenski nie mogą postawić na ostrzu noża tych spraw. Ukraina musi być państwem suwerennym, niepodległym, musi wejść do świata Zachodu, bo to stanowi też gwarancję polskiego bezpieczeństwa. Ukraina jest bowiem buforem oddzielającym nas bezpośrednio od Moskwy i żeby tak pozostało jest również w naszym dobrze pojętym interesie. Ukraina, chcąc zachować suwerenność, musi też liczyć na dobrą współpracę z Polską. Żeby ta współpraca miała miejsce, to kwestie związane z upamiętnieniem ofiar rzezi wołyńskiej, ekshumacje ofiar zbrodni też muszą być przez władze ukraińskie uwzględnione i pozytywnie załatwione.

Ofiary ukraińskich zbrodni wciąż czekają na godny pochówek.   

– Dokładnie tak. Czekają na to również rodziny ofiar, które nie znając miejsc, gdzie pogrzebano ich bliskich, nie mogą się pomodlić na ich grobach. I to jest rzecz, której absolutnie nie można przemilczeć, to są sprawy, które w relacjach polsko-ukraińskich powinny być podnoszone i bezwzględnie załatwione przez stronę ukraińską. Tego oczekuje państwo polskie, tego oczekują i domagają się Polacy.

          Dziękuję za rozmowę.    

Mariusz Kamieniecki