• Sobota, 16 maja 2026

    imieniny: Andrzeja, Szymonety

Putin wykorzysta każdą słabość Zachodu

Czwartek, 16 grudnia 2021 (08:27)

Z Markiem Astem, członkiem Komitetu Politycznego Prawa i Sprawiedliwości oraz przewodniczącym Sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Zachód straszy Rosję sankcjami, wydaje kolejne oświadczenia ostrzegające przed atakiem na Ukrainę, bo w przeciwnym wypadku Moskwa poniesie ogromne konsekwencje – cokolwiek miałoby to znaczyć... Czy takie pogróżki robią jeszcze jakieś wrażenie na Putinie?

– Cały czas mamy do czynienia z działaniami ewentualnymi Zachodu w stosunku do Rosji, mamy też dzisiaj słabą – tak trzeba to nazwać – prezydenturę Joe Bidena w Stanach Zjednoczonych. Ponadto mamy olbrzymie, na dużą skalę interesy niemieckie i francuskie ulokowane w Rosji i jest sprawą oczywistą, że nikt tych interesów nie chce zarzucić, czy zrywać, bo oznaczałoby to straty finansowe. Dlatego organizacje międzynarodowe, jak Unia Europejska czy Sojusz Północnoatlantycki, wydają rozmaite groźnie brzmiące komunikaty, ale nic z tego nie wynika, bo na Putinie nie robi to już wrażenia. Widać, że partykularne interesy łączące Niemców, czy szerzej świat Zachodu z Rosją wygrywają. To pociąga za sobą konsekwencje, dlatego w sytuacji, kiedy powinniśmy się spodziewać nałożenia realnych sankcji, które zahamowałyby zapędy Putina, to mamy miękką grę, z której przywódca rosyjski nic sobie dzisiaj nie robi. Efekt jest taki, że zagrożona działaniami rosyjskimi Ukraina pozostaje sama z problemem i nie może liczyć nawet na obiecaną pomoc w dozbrojeniu czy pomoc finansową na obronność, co tylko komplikuje i tak trudną sytuację tego państwa.

Jak to jest z tą pomocą Ukrainie, bo słyszymy, że Berlin wyraża stanowczy sprzeciw wobec dozbrajania Kijowa, co więcej, Niemcy mieli utrudniać dostarczanie Ukrainie broni defensywnej przez państwa NATO?    

– To jest bardzo symptomatyczne, mianowicie można powiedzieć, że państwa zachodnie po raz kolejny oszukały Ukrainę – jedno z państw wschodniej Europy. Otóż za gwarancję bezpieczeństwa Ukraina zgodziła się rozbroić atomowo, rezygnując z broni jądrowej na swoim terytorium. Przypomnijmy, że Ukraina posiadała trzeci co do wielkości – po Stanach Zjednoczonych i Rosji – arsenał nuklearny na świecie. W 1994 roku Stany Zjednoczone i Wielka Brytania złożyły Ukrainie gwarancje bezpieczeństwa zapisane w Memorandum Budapeszteńskim. Deklaracja podpisana przez Ukrainę, Stany Zjednoczone, Wielką Brytanię i Rosję w zamian za pozbycie się przez Kijów broni atomowej zawierała gwarancje, że mocarstwa będą szanować niezależność i suwerenność granic Ukrainy i nie użyją siły przeciw integralności terytorialnej bądź politycznej tego państwa. Tymczasem widzimy dzisiaj, że Ukraina nie bardzo może liczyć na członkostwo w Sojuszu Północnoatlantyckim.

Bo tego nie życzy sobie Putin…  

– Dokładnie tak. Co więcej, Niemcy uważają, że tak jak sobie tego życzy Putin – Ukraina ma być w rosyjskiej strefie wpływów. Innymi słowy, wygląda to tak, jakby nadal obowiązywały zapisy ustaleń jałtańskich – do dziś pozostające symbolem zdrady państw zachodnich wobec Polski oraz ich zgody na podporządkowanie Europy Wschodniej totalitarnemu imperium sowieckiemu. W związku z powyższym sytuacja Ukrainy nie wygląda optymistycznie. Natomiast na ile realne jest zagrożenie Ukrainy ze strony Rosji, a na ile może to być kolejny szantaż Putina, który stoi u wschodnich granic Ukrainy i straszy, mówiąc: może wejdę, a może nie wejdę, to trudno dzisiaj powiedzieć. Na pewno w zamian Putin oczekuje od Zachodu deklaracji utrzymywania współpracy gospodarczej, która mogłaby się wydawać zagrożona m.in. z uwagi na wywoływanie przy pomocy Łukaszenki kryzysu migracyjnego na granicy Unii Europejskiej.

Czy Moskwa na razie nie jest zwycięska wobec świata Zachodu, bo prowadząc swoją grę gróźb, Putin osiąga kolejne swoje cele?

– Nie da się ukryć, że Putin – rozochocony brakiem jedności Zachodu – wraca coraz mocniej do imperialnej polityki i chce podkreślić, że militarnie Rosja ciągle jest silna, jest mocarstwem, że nadal Europę Wschodnią uważa za swoją strefę wpływów. Zarówno Ukraina, a można się domyślać, że również byłe państwa bałtyckie, a dziś państwa niepodległe, jak Litwa, Łotwa czy Estonia, też w tym zasięgu wpływów Moskwy pozostają. Kto wie, czy w ten sam sposób rosyjski przywódca nie myśli także o Polsce… Niestety, takie jest myślenie rosyjskiego dyktatora, czego zresztą Putin specjalnie nie ukrywa, pokazując swoje niezadowolenie wobec obecności wojsk amerykańskich w Polsce. Co więcej, nawet stawia warunki, domagając się ich usunięcia. Z całą pewnością nie pozwoliłby sobie na to, gdyby nie słabość przywództwa amerykańskiego prezydenta Joe Bidena. Ponadto doskonale wyczuwa też niechęć Niemiec czy Francji do tego, żeby sankcjonować Rosję, ponieważ m.in. te państwa stawiają na współpracę z Putinem. Mamy Nord Stream 1, Nord Stream 2, ale są także inne interesy gospodarcze firm francuskich, niemieckich czy w ogóle państw tzw. starej Unii, które chcą współpracować z Rosją i wyciągać z tej współpracy jak największe profity.

Wspomniany przez Pana gazociąg Nord Stream używany jest przez Putina jak straszak. Jak bowiem inaczej określić de facto groźby, że jeśli certyfikacja gazociągu nie ruszy w najbliższym czasie, to Moskwa nie przedłuży kontraktu przesyłowego z Ukrainą kończącego się w 2024 roku? Zważając na porę roku, ma to chyba zasadnicze znaczenie zwłaszcza dla Niemiec, które mogą mieć problemy z ogrzewaniem i elektrycznością? Szantaż jak nic…

– Tę sytuację związaną z przerwami dostaw energii w Niemczech już mieliśmy chociażby z uwagi na to, że Berlin postawił w sposób zdecydowany na energię odnawialną – instalacje fotowoltaiczne czy elektrownie wiatrowe. W momencie, kiedy warunki atmosferyczne były niekorzystne i wiatry nie wiały wystarczająco pomyślnie, to tym samym występowały zakłócenia w dostawach energii. Podobnie rzecz ma się z gazem – kiedy go brakuje, to wpływa to niekorzystnie na gospodarkę, ale także powoduje braki energii dla gospodarstw domowych. I to rzeczywiście może się wiązać z dużymi problemami. Tyle że Niemcy sobie same – na własne życzenie – zgotowały ten pasztet, uzależniając się całkowicie od dostaw gazu z Rosji. Niestety, skutki tej niemieckiej polityki odczuwa dziś cała Europa, bo podwyżka cen energii z jednej strony wynika z olbrzymich cen uprawnień do emisji CO2, które szaleją, a wraz z nimi ceny energii. Dodam, że ceny uprawnień do emisji CO2 w ramach systemu EU ETS przekroczyły już 90 euro za tonę, podczas gdy jeszcze kilka tygodni temu sięgały 70 euro. Z drugiej strony braki energii spowodowane są całkowitym, bezrefleksyjnym uzależnieniem się od Rosji i woli Putina, który wykorzystując sytuację, używa energetycznego szantażu i dyktuje ceny gazu.  

Niemcy mają oczywiście sporo za uszami, ale winę za rozpasanie się Putina ponoszą także Stany Zjednoczone. Chodzi o to, że efektem rozmowy prezydenta Joe Bidena z Władimirem Putinem jest usunięcie z ustawy obronnej USA zapisów dotyczących sankcji na Nord Stream 2. Czy uległością i takimi działaniami Zachód sam nie otwiera Putinowi kolejnych pól do agresywnych zachowań?

– Mogę tylko powtórzyć, że jest to efekt bardzo słabej prezydentury Joe Bidena i całej nowej amerykańskiej administracji. Za prezydentury Donalda Trumpa takie rzeczy byłyby nie do pomyślenia. Niestety, Joe Biden zrezygnował z instrumentów, których używał wobec Rosji prezydent Donald Trump, przy pomocy których Stany Zjednoczone trzymały Putina w szachu, na dystans. W tym momencie, kiedy Biden zrezygnował z nałożenia amerykańskich sankcji chociażby na firmy, które współdziałały przy budowie Nord Stream 2 i w ogóle na Rosję, to tak jakby wywiesił białą flagę. I teraz jest oczywiście pytanie, czy to jest element jakiejś szerszej strategii, a więc zamierzone działanie i polityka pewnego resetu oraz chęć współpracy z Moskwą i Putinem chociażby w kwestii rywalizacji z Chinami, czy może jest to objaw po prostu słabości i naiwności demokratów, którzy nie widzą tego, co dostrzega cały cywilizowany świat: realnego zagrożenia ze strony Rosji.

         Dziękuję za rozmowę.    

Mariusz Kamieniecki