• Sobota, 16 maja 2026

    imieniny: Andrzeja, Szymonety

Agresora trzeba powstrzymać, zanim urośnie w siłę

Środa, 8 grudnia 2021 (18:27)

Z gen. dyw. Romanem Polką, byłym dowódcą Jednostki Wojskowej GROM, w latach 2006-2008 zastępcą szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Kto jest wygranym, a kto przegranym i jaki sygnał poszedł w świat po wideokonferencji Joe Bidena z Władimirem Putinem?

Tak naprawdę skutki czy efekty tej rozmowy dopiero poznamy po konkretnych działaniach. Na razie – przynajmniej w mojej ocenie – jeszcze niewiele wiemy. Natomiast ważkie jest pytanie, czy Putin wciąż dyktuje warunki, a my podążamy za nim, reagujemy na to, co jest, i wygaszamy konflikty, czy może w końcu Putin doczekał się twardego odporu.

Co Pan rozumie przez twardy odpór?

– Jako twardy odpór rozumiem to, że Ukraina będzie wzmacniana tak, żeby mogła sama zatroszczyć się o własne bezpieczeństwo, że Ukraina doczeka się w końcu gwarancji, które zostały zapisane chociażby w umowie dotyczącej Krymu, czy gwarancji bezpieczeństwa w zamian za pozbycie się broni atomowej z 1994 roku – umowy, której gwarantem były Stany Zjednoczone i Wielka Brytania. Dla przypomnienia taka umowa – Memorandum budapeszteńskie o gwarancjach bezpieczeństwa – została podpisana przez ówczesnych prezydentów Ukrainy Leonida Kuczmę, prezydenta Rosji Borysa Jelcyna, premiera Wielkiej Brytanii Johna Majora i prezydenta Stanów Zjednoczonych Billa Clintona 5 grudnia 1994 roku. Jest też pytanie, czy nie ma jakiegoś dealu polegającego na tym – a głosy, jakie do nas dochodzą, mogą świadczyć, że może tak być – mianowicie że w zamian za częściowe zaniechanie, czy też powstrzymanie się od zbrojnego ataku na Ukrainę kwestia Nord Stream 2 będzie dla Putina załatwiona pozytywnie. Tym samym wiele sankcji zostanie zniesionych, a te, które były planowane, nie doczekają się realizacji. Jeśli „porozumienie” obu przywódców miałoby miejsce na takich warunkach, to jest to tylko odsunięcie w czasie groźnego kryzysu. Przypomnę tylko, że Putin od 2008 roku realizuje taką krętą strategię, przesuwając „czerwoną linię” coraz dalej, wygrywając kolejne bitwy.

Wydaje się, że Putin już jest zwycięzcą, bo uzyskał swoje. Zresztą już sam fakt, że taka rozmowa się odbyła, daje plusy Putinowi, który od dawna ma inicjatywę…

– Zdecydowanie tak. O ile rozmowa prezydenta Stanów Zjednoczonych z Putinem sama w sobie dla mnie nie jest bulwersująca, to kiedy rozmawia się o Europie Środkowo-Wschodniej, to wcześniej wypadałoby jednak konsultować to chociażby z Polską, także z Litwą, Łotwą czy Estonią, a nie na przykład z Włochami. To po pierwsze. Ale według mnie o wiele bardziej bulwersujące jest to, że Putin, który używa szantażu energetycznego, szantażu z imigrantami czy szantażu militarnego przy granicy z Ukrainą, wygrywa chociażby to, że kanclerz Niemiec Angela Merkel rozmawiała z nieuznawanym w cywilizowanym świecie Łukaszenką, poniekąd uznając go za prezydenta Białorusi. W ten sposób Merkel wsparła nie tyle Łukaszenkę, ile włąśnie Putina, który podporządkował sobie całkowicie białoruskiego satrapę.

Po rozmowie z Putinem planowane są rozmowy Bidena z przywódcami Niemiec, Wielkiej Brytanii, Francji i Włoch. W tym gronie – jak Pan zauważył – nie został wymieniony prezydent Polski, a dopiero na samym końcu jest, czy ma być, prezydent Ukrainy. Czyżby coś znów odbywało się ponad głowami Ukrainy?

– Jest informacja, że podobno po rozmowach Biden – Putin był jakiś telefon do prezydenta Zełenskiego. Jest też informacja, że prezydent Ukrainy podziękował Bidenowi za wsparcie. Natomiast jeśli chodzi o Ukrainę, to warto pamiętać, że Polska już w 2008 roku zabiegała o to, żeby zbudować plan – taką mapę drogową wstąpienia Ukrainy w szeregi Sojuszu Północnoatlantyckiego, podobnie jak to było w naszym przypadku – mam na myśli plan partnerski. Tyle tylko, że ta nasza propozycja głosami Francji i Niemiec została zablokowana i nie doszło to do skutku. W obliczu rosyjskiej agresji, która pewnie będzie się powtarzała, i nawet jeśli teraz wojska rosyjskie wycofają się z granicy z Ukrainą, to kolejna presja jest tylko kwestią czasu – może kolejnej zimy bądź jakiegoś innego dogodnego dla Putina momentu, gdzie rosyjskie siły będą się tam znów pojawiały, potrzeba więcej zdecydowanych działań. Chodzi o to, że Putin nie zrezygnuje z destabilizacji Ukrainy, z tego, żeby w Kijowie osadzić prokremlowski rząd, prokremlowskiego prezydenta. Stąd w obliczu tego zagrożenia najwyższa pora przejąć inicjatywę i wzmocnić Ukrainę, dać jej gwarancję, wyposażyć ukraińskie wojska w broń, ale przede wszystkim stworzyć temu państwu realną perspektywę i wdrożyć konkretne działania, które wprowadziłyby Ukrainę w szeregi NATO. Chyba że rzeczywiście ulegamy – świat Zachodu – temu szantażowi Putina, który w swoich absurdalnych roszczeniach nie ma granic i rozumie jedynie język siły. Przypomnę tylko, że domagał się już wycofania wojsk amerykańskich z terytorium państw bałtyckich, w tym z Polski, i traktowania naszego kraju jako członka NATO drugiej kategorii, bo do tego faktycznie sprowadzałoby się spełnienie żądań Putina.

Putin nie chce wypuścić Ukrainy ze swojej strefy wpływów, ale gwarancji, że Kijów nigdy nie znajdzie się w NATO, raczej od prezydenta Bidena nie otrzymał?

– Przerażające jest przede wszystkim to, że w XXI wieku taki kraj jak Rosja ma problemy z wyartykułowaniem, że nie dokona agresji na swojego sąsiada – Ukrainę. Jeśli nie potrafimy tego wymóc na Rosji, która w swoich zapędach posuwa się coraz dalej, to gdzie, w jakim kierunku wszyscy zmierzamy? Jeśli takiego zapewnienia ze strony Kremla nie ma, to tym bardziej należy wdrażać środki, które zapewnią bezpieczeństwo Ukrainie. Zresztą chodzi tu nie tylko o Ukrainę, ale w ogóle o wschodnią flankę NATO, o Sojusz Północnoatlantycki. Jeśli Putin dokona aneksji Ukrainy, to w następnych krokach zwróci się ku Litwie, Łotwie, Estonii, a dalej – być może – w kierunku Polski. Prowokacje już mają miejsce – wystarczy wspomnieć ten bezprecedensowy atak na polską granicę od strony Białorusi, co pokazuje, że Putin nie ma hamulców, i łudzenie się, że jeśli widzi granicę NATO, to jej nie przekroczy, jest naiwnością. Stąd takiego agresora trzeba powstrzymać, zanim urośnie w siłę. Dzisiaj Rosja ma jeszcze słabe karty – przede wszystkim gospodarcze, dlatego wystarczyłoby wprowadzić sankcje gospodarcze, ale realne nie pozorowane, które zabolałyby Putina i sprawiły, że dalsza agresja mu się nie opłaci. Przez blokadę gospodarczą Rosji przegrałby z własnym społeczeństwem – podobnie jak kiedyś upadł Związek Radziecki. Putin ma także słabsze karty, jeśli chodzi o uzbrojenie. Sprzęt, uzbrojenie rosyjskie w konfrontacji z NATO nie mają szans. Stąd Putin cały czas testuje, czy determinacja, odwaga Sojuszu Północnoatlantyckiego i spójność, jeśli chodzi o działania, wytrzymają jego presję i gierki rodem z dawnych sowieckich służb.       

To na co w tej sytuacji czeka Zachód, który ma przewagę, ale jej nie wykorzystuje, pozwalając Putinowi coraz bardziej się rozpychać?

– Obawiam się, że świat Zachodu daje się niestety ogrywać Putinowi i pozwala mu na grę na jego warunkach. Proszę zwrócić uwagę, że Putin rozmawia nie z NATO czy z Unią Europejską, ale z liderami poszczególnych państw. Każdemu coś obiecuje, każdego inaczej rozgrywa. I niestety górę biorą tu doraźne interesy, krótkoterminowe spojrzenie. To wygrywa z sensowną strategią Sojuszu Północnoatlantyckiego czy Unii Europejskiej, które są w stanie w dalszej perspektywie zapewnić bezpieczeństwo i okiełznanie rosyjskiego niedźwiedzia, który wcale nie jest tak nieprzewidywalny i tak niebezpieczny, za to doskonale potrafi wykorzystywać nasze słabości, brak spójności i solidarności, z której niektóre kraje się wyłamują.

Czy Stany Zjednoczone – obecna administracja Białego Domu, skupiając się na rywalizacji z Chinami, nie popełniła błędu, oddając sprawy Europy Niemcom, co z kolei otwiera kolejne możliwości Putinowi?

– Stany Zjednoczone – jako globalny gracz – uznały, że ich największym rywalem są dzisiaj Chiny. Nie wiem nawet, czy nie byłyby skłonne pójść na jakiś układ z Rosją po to, żeby wygrać rywalizację na tamtym kierunku. Tylko nie jest możliwe, żeby tak się stało. Putinowi zawsze będzie bliżej do paktu czy sojuszu z Pekinem niż z Waszyngtonem. Niezależnie od tego trzeba też powiedzieć, że Stany Zjednoczone – mimo wszystko – zachowują się przyzwoicie. Sądzę, że prezydent Joe Biden, który poniósł porażkę, wycofując się w taki, a nie inny sposób z Afganistanu, teraz za wszelką cenę potrzebuje sukcesu, chce pokazać siebie jako silnego męża stanu, który prowadzi twardą politykę. Natomiast kluczowe dla bezpieczeństwa Europy jest to, jak sama Europa do tego podejdzie. Mówił o tym bardzo zdecydowanie prezydent Donald Trump, poruszając kwestie wydatków na zbrojenia czy wspólnej polityki w zakresie bezpieczeństwa. Problem widzę też, szczególnie jeśli chodzi o Niemcy czy Francję, które nie są skłonne do tego, żeby wprowadzać politykę sankcji. Przypomnijmy sobie, że kiedy doszło do aneksji Krymu czy kiedy miała miejsce destabilizacja Donbasu, to państwa te przeszły nad tym faktem do porządku dziennego. W ten sposób – poprzez bierność wielkich Europy – Putin się rozzuchwalił. Ma świadomość, że nawet jeśli grozi się mu sankcjami, i nawet jeśli są one wprowadzane w życie, to w krótkim czasie są znoszone, a to, co uzyskał – zdobycze terytorialne – osiągając swoje strategiczne cele, zostaje i działa na jego korzyść. Putin działa na zasadzie faktów dokonanych, świat się do tego przyzwyczaja, a on wyznacza sobie kolejne cele i chce je realizować.       

Czy Amerykanie nie popełniają błędu, licząc, że Putin pomoże im w rozgrywce z Pekinem?

– Wierzenie Putinowi w jakiejkolwiek sprawie, kiedy zachowuje się cynicznie, kiedy w bezczelny sposób kłamie, śmiejąc się w twarz prezydentowi Bidenowi, jest przejawem ogromnej naiwności. Uważam, że to świadczy o słabości obecnego prezydenta Stanów Zjednoczonych, który skupia się na celach doraźnych i zażegnaniu problemu, ale na chwilę, i nie patrzy perspektywicznie, jakie to może przynieść skutki. Natomiast przewaga Putina polega na tym, że działa w sposób zaplanowany, wyznacza sobie dalekosiężne cele i wie, że w dłuższej perspektywie to on będzie dyktował warunki. Biden musi się liczyć, i się liczy, z głosami swojego środowiska, które często namawia go, aby się z Rosją dogadywać. Mam na myśli skrzydło demokratów, które dąży do zbliżenia z Rosją i w istocie często przypomina środowiska w Niemczech, które blokowały chociażby przejazd kolumn amerykańskich na terytorium Polski, bo przecież rosyjskiego niedźwiedzia drażnić nie wolno.

Co więcej, to skrzydło demokratów w amerykańskim Kongresie jest przeciwko ostrzejszym sankcjom wobec Rosji…

– Niestety, tak. Nie wiedziałem, że tak szybko zatęsknimy za prezydentem Donaldem Trumpem, bo mimo że kiedy zostawał prezydentem, zarzucano mu prorosyjskość, to jednak jego polityka wobec Rosji była bardziej zdecydowana. Trump mocniej stąpał po ziemi, bardziej przypominał Ronalda Reagana z czasów, kiedy obalał on Związek Sowiecki.

          Dziękuję za rozmowę.       

Mariusz Kamieniecki