• Sobota, 16 maja 2026

    imieniny: Andrzeja, Szymonety

Mamy cichą Jałtę

Wtorek, 16 listopada 2021 (21:20)

Z Andrzejem Maciejewskim, politologiem z Instytutu Sobieskiego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Kamienie, kłody rzucane w polskie służby graniczne, ranni funkcjonariusze i żołnierze. Z czym mamy do czynienia na polsko-białoruskiej granicy?

– To, z czym mamy obecnie do czynienia, co mogliśmy zobaczyć w przekazach telewizyjnych z przejścia granicznego w Kuźnicy, a także to, co media pokazują od kilku tygodni z granic Polski, Litwy czy Łotwy, to nie jest działanie przypadkowe. To wszystko jest elementem układanki, scenariusza pisanego na Kremlu. Otóż społeczność międzynarodowa jest skupiona na kryzysie na granicy z Białorusią i tym, co się tam dzieje. Tymczasem mamy stopniowane napięcie – system salami, który jest systemowo realizowany, ale w tym samym czasie można zauważyć ruchy wojsk rosyjskich przy granicy z Ukrainą, co niestety umyka uwadze międzynarodowej opinii publicznej. Są jednak coraz liczniejsze sygnały, że jest to bardzo niebezpieczne.

Jesteśmy członkiem Unii Europejskiej i NATO, ale oprócz słów wsparcia nie wiele się robi żeby nam pomóc odeprzeć szturm na naszą granicę?

– Owszem są bardzo jednoznaczne sygnały ze strony Brytyjczyków o wsparciu dla Polski, a jednocześnie to, o czym wspomniałem mianowicie o zagrożeniu dla Ukrainy. Ponadto w Moskwie gościł niedawno szef CIA i choć w lakonicznym komunikacie podano, że tematem rozmów były stosunki rosyjsko-amerykańskie, to z pewnością nie był to jedyny temat. Po spotkaniach w Rosji Bill Burns rozmawiał telefonicznie z prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełenskim. W gąszczu wydarzeń należy też wymienić dwie bardzo długie rozmowy z Putinem, które przeprowadzili – prezydent Macron oraz dwukrotnie kanclerz Merkel. To jasne wskazanie, że recepta na kryzys na polsko-białoruskiej granicy jest na Kremlu i to Putin, który popija szampana ma wszystkie karty w ręku i rozgrywa wszystkich po kolei.

Ale satysfakcja Putina nie może być pełna, bo okazuje się, że jest decyzja niemieckiego regulatora, który nie udzielił certyfikatu dla Nord Stream 2. Sprawa jest zatem zawieszona…

– To może wskazywać, że po rozmowie kanclerz Merkel z Putinem Niemcy zaostrzają kurs wobec Rosji poddając w wątpliwość podstawę inwestorską tego gazowego projektu. To oznacza, że rozmowa przywódców Niemiec i Rosji nie była miła. Po drugie Putin widać naciska na uruchomienie Nord Stream, bo jeśli gazociąg jamalski jest wygaszany, a jednocześnie gaz nie płynnie Nord Streamem, to Europa nie ma gazu, a Putin nie zarabia pieniędzy. Idzie zima i Europa jakoś da sobie radę, ale pytanie czy da radę Putin bez pieniędzy za gaz.

Wróćmy jeszcze do sytuacji przy granicy Rosji z Ukrainą. Czy Putin wiedząc jaka jest sytuacja zdecydowałby się na inwazję na Ukrainę?

– Sygnały jakie płyną z NATO wskazują, że interwencja czy raczej atak Rosji na Ukrainę nie są wykluczone. Faktem jest ZBiR, czyli Związek Białorusi i Rosji, to oznacza, że Białoruś jako państwo z marionetkowym prezydentem, którym steruje Putin tak naprawdę przechodzi do historii. W tej sytuacji granica Polski z Rosją się wydłuża o część białoruską. Jednocześnie Putin ma świadomość, że teraz przychodzi czas na Ukrainę. Póki, co dał Unii Europejskiej zajęcie w postaci działań Łukaszenki przy granicy z Polską, Litwą i Łotwą, stworzył też problem z gazem, a sam zajmuje się Ukrainą, która ma bardzo długą granicę z Rosją i właściwie jest na etapie rozbiorowym, bo Krym tak naprawdę już nie jest ukraiński, Donbas również. Co więcej toczy się tam regularna wojna, a świat bezczynnie na to patrzy.

Co ciekawe kanclerz Merkel rozmawiała też z Łukaszenką. Czy to rozsądne dzwonić do agresora?

– Z jednej strony Łukaszenka otrzymał małe koło ratunkowe, bo oto jeden z liderów Unii europejskiej – Niemcy, w osobie kanclerz Merkel prowadzi z nim oficjalną rozmowę telefoniczną, podczas gdy Unia Europejska po ubiegłorocznych wyborach nie uznaje Łukaszenki za prezydenta. W tej sytuacji trudno tej rozmowy nie uznać za małe zwycięstwo Łukaszenki.  

Czy Putin celowo wspomaga Łukaszenkę i inicjuje kryzys tzw. migracyjny przy granicy z Polską mając świadomość, że prędzej czy później zachód się do niego i tak zwróci, aby przekonał Łukaszenkę do ustępstw, a wtedy on dobrotliwie rozwiąże problem za cenę braku sprzeciwu zachodu wobec podporządkowania przez niego Ukrainy?

– Mam wrażenie, że Ukraina została sprzedana, że już jej nie ma. Oczywiście Ukraina jako państwo będzie figurować, ale faktycznie będzie całkowicie podporządkowana Moskwie. Mówimy zatem o poszerzeniu strefy wpływów przez Putina, mamy cichą Jałtę, tylko, że proces ten odbywa się w mniejszym gronie i bez udziału mediów. I tak jak Białoruś niknie w oczach tak sądzę, że druga w kolejce jest Ukraina. Unia Europejska i NATO mogą protestować, na Morze Czarne wpłynie jakiś amerykański okręt, w pobliżu granic Rosji pojawi się kilka amerykańskich bombowców, samoloty patrolowe, będą rezolucje, oświadczenia, a i tak skończy się tak jak w przypadku Krymu, Donbasu czy w przypadku Gruzji Abchazji i Osetii Południowej. Zapewniam pana redaktora, że to, co w obecnych czasach zrobił Putin i tzw. zielone ludziki na Ukrainie, sto lat temu zakończyłoby się interwencją zbrojną połowy świata. Jeśli bowiem Putin twierdzi, że to nie wojska rosyjskie zajmują teren Ukrainy, ale jacyś niezidentyfikowani przebierańcy, to świat zachodu powinien odpowiedzieć krótko – skoro to nie są Rosjanie, to są to bandyci, terroryści, których wyeliminujemy. Innymi słowy świat powinien pomóc Ukrainie odzyskać Krym i Donbas. Tymczasem świat zachodni nie zrobił nic przyzwalając na tego typu działania.

Jaki z tego wniosek?               

– Można powiedzieć, że Putin trzyma świat na smyczy i wobec spolegliwości zachodu robi, co mu się rzewnie podoba. Europa wschodnia jest na dzisiaj skrępowana przez Putina i wszystko wskazuje, że rosyjski przywódca realizuje swój imperialny plan i w sposób świadomy odbudowuje swoje strefy wpływów. Co więcej Europa zachodnia będzie uzależniona od rosyjskiego gazu, a Białoruś i Ukraina może nie formalnie, ale praktycznie staną się częścią Rosji. Problemem zostaje Litwa, Estonia i Łotwa, ale można powiedzieć, że są to państwa, które Putin zostawia sobie na deser.

A Polska?    

– Polska zawsze będzie czarnym ludem. Na dzisiaj nie mamy dobrej prasy na zachodzie, jesteśmy atakowani przez Unię Europejską, a politycy naszej totalnej opozycji nie pomagają ojczyźnie i zamiast wspierać własny rząd, to świadomie czy nie wspierają de facto Łukaszenkę i Putina. Dlatego jesteśmy wymarzonym czarnym ludem, którym na gruncie europejskim można straszyć brakiem demokracji i tzw. praworządności, a na wschodzie jako kraj rusofobiczny itd.

Jak w sytuacji zagrożenia państwa ocenić rządowy projekt nowelizacji ustawy o ochronie granicy państwowej, który ma zapewnić skuteczność działań Straży Granicznej?

– Z całą pewnością nie jest to ustawa idealna, ale mamy bardzo mało czasu i w obecnej sytuacji u naszych granic, gdzie dynamika wydarzeń jest duża i nie wiemy, co może się jeszcze wydarzyć, to w naszym – dobrze pojętym interesie narodowym, powinniśmy to prawo wprowadzić jak najszybciej w życie. Z zaznaczeniem, że kiedy sytuacja ulegnie normalizacji, w co wszyscy wierzymy, to po zakończeniu kryzysu będziemy mogli wrócić do sprawy i dopracować to prawo.

Opozycja i tzw. wolne media domagają się obecności mediów na granicy konfliktu. Zgadza się Pan z taką tezą?  

– Po wyborach na Białorusi Polska ma zaprzyjaźnione opozycyjne media po białoruskiej stronie. Telewizja Biełsat czy dziennikarze tzw. niezależnych mediów białoruskich, których wspieramy, przygotowują materiały, które są następnie emitowane w polskich mediach. Nie jest zatem tak jak twierdzi opozycja i wspierające ją liberalne media, że ktoś poprzez stan wyjątkowy ogranicza wolność słowa. Zastanówmy się, co w obecnej zaostrzonej i niepewnej sytuacji na granicy byłoby gdyby kamieniem czy kamieniami zostali uderzeni nie żołnierze czy pogranicznicy, a dziennikarze – byłby szum i lament, że polski rząd nie zapewnił im należytej ochrony. Tak czy inaczej uważam, że po zakończeni stanu wyjątkowego do relacjonowania sytuacji na polsko-białoruskiej granicy powinni być dopuszczeni akredytowani dziennikarze, dziennikarze po specjalnym przeszkoleniu. Musimy pamiętać, że przekazy telewizyjne oglądają nie tylko Polacy, ale też nasi wrogowie, zatem materiały powinny być tak przekazywane, aby nie pomagały naszym przeciwnikom. Chodzi o to, że materiał robiony w dobrej wierze, ale przez nieprzygotowane do tego osoby, może się stać doskonałym narzędziem wywiadowczym czy narzędziem propagandy dla strony przeciwnej. Dlatego przy całym szacunku dla pracy i profesjonalizmu dziennikarzy, w tego typu sytuacji trzeba to robić mądrze.

Zatem podnoszenie larum, że nie ma wolności słowa, bo dziennikarze nie mogą biegać po granicy, co już przecież widzieliśmy, nie jest żadnym argumentem do otwierania się na każdy rodzaj przekazu?

– Dokładnie. Tu nie chodzi o słynne „setki” i ujęcia i polowanie na nagrodę Pulitzera, bo to nie jest wydarzenie celebryckie, ale wydarzenie, które bardzo mocno ingeruje w polską rację stanu. Mam nadzieję, że te kilka miesięcy stanu wyjątkowego, gdzie dziennikarze byli poza strefą objętą zakazem, posłużyły jak zimny prysznic do wychłodzenia gorących głów dziennikarzy, którzy w pierwszej fazie kryzysu nie zdali egzaminu dojrzałości. Dziennikarze, co gwarantuje nowelizacja wspomnianej ustawy wrócą do relacjonowania sytuacji przy granicy, tylko niech wrócą najdojrzalsi i najlepsi, bo newsy – w dodatku przekłamane – serwuje nam reżim Łukaszenki. My potrzebujemy dzisiaj społecznej, obywatelskiej odpowiedzialności także ze strony dziennikarzy.

Chciałem Pana jeszcze zapytać o postawę Rzecznika Praw Obywatelskich. Jak wobec zaistniałej sytuacji ocenia Pan jego działania?

– Niestety, ale Rzecznik Praw Obywatelskich bardziej się dzisiaj przejmuje losem imigrantów – często agresywnie zachowujących się wobec polskich służb granicznych, żołnierzy Wojska Polskiego czy WOT i wobec państwa polskiego, niż losem naszych służb. Dzisiaj kilku czy kilkunastu żołnierzy i policjantów zostało rannych, co pokazuje, że ich życie i zdrowie są zagrożone. Nie można zatem stać po stronie nachodźców nawet gdy wśród nich są kobiety czy dzieci – swoją drogą w sposób instrumentalny wykorzystywane przez własnych rodziców. Myślę, że Rzecznik Praw Obywatelskich powinien się zreflektować. Fakty są takie, że ci ludzie, którzy niezaproszeni przybywają do Europy i atakują naszą granicę powinni być odesłani do krajów pochodzenia. Potrzeba zorganizowania akcji pod nazwą „Powrót do domu”. Unia Europejska mogłaby zorganizować samoloty, które z Mińska przetransportowałyby tych ludzi z powrotem do domu. Myślę, że to jest bardzo dobre rozwiązanie – dla wszystkich. Ci ludzie powinni wrócić do domu z wiadomością do swoich ziomków – nie idźcie do Europy, bo nie przejdziecie. Polacy to nie Włosi czy Grecy i was nie przepuszczą, czego my jesteśmy najlepszym przykładem. To ostudziłoby zapędy potencjalnych imigrantów i byłoby najlepszą akcją propagandową.

          Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki