• Sobota, 16 maja 2026

    imieniny: Andrzeja, Szymonety

Rozwiązanie kryzysu leży w Moskwie

Wtorek, 16 listopada 2021 (16:50)

Z prof. dr. hab. Grzegorzem Kucharczykiem, historykiem z PAN, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Łukaszenka przechodzi do kolejnej fazy i rozlokował nielegalnych migrantów w okolicach przejścia granicznego w Kuźnicy, mamy też coraz bardziej zdecydowane ataki na chroniących nasze granice funkcjonariuszy. Jak daleko może się posunąć, jak daleko może zabrnąć białoruski dyktator w eskalacji tego konfliktu?

– Odpowiedź na to pytanie leży w Moskwie, bo Łukaszenka jest tylko podwykonawcą strategii, która jest ustalana przez Putina na Kremlu. Ten konflikt, którego jesteśmy świadkami, może potrwać długi czas. Nie jest to zatem kwestia, która może zostać rozwiązana w ciągu paru tygodni, ale miesięcy. Może to być konflikt kroczący. Z pewnością mamy do czynienia z testowaniem odporności zarówno wschodniej flanki NATO, jak również w tym kontekście kluczowego państwa – jeśli mówimy o tym regionie Europy – czyli Polski.

Skoro mowa o Rosji, to słyszymy, że Moskwa gromadzi swoje wojska przy granicy z Ukrainą. Czy możemy mieć kolejną odsłonę tego kryzysu, tego ataku wymierzoną w Ukrainę?

– Oczywiście, że taki scenariusz jest możliwy. Jednocześnie musimy mieć świadomość, że Rosja czy elity rosyjskie wywodzące się wprost ze służb specjalnych, a więc wprawione w sztuce dezinformacji, też mogą stawiać różne zasłony dymne i wykonywać pozorowane ruchy dla zmylenia opinii międzynarodowej. Tak czy inaczej każdy scenariusz jest tutaj możliwy. Natomiast z naszej perspektywy najbardziej produktywne w tej sytuacji jest skoncentrowanie się na tym, co jest w naszej gestii, a więc na tym, co my możemy zrobić, co jest możliwe do zrobienia z naszego punktu widzenia. Zaczynając od ochrony naszych granic państwowych, przez konsolidację wokół naszych celów narodowych powinniśmy – jak mawiał Prymas Tysiąclecia, bł. kard. Stefan Wyszyński – nie rozpraszać, ale jednoczyć siły ojczyste.

Tej zgody narodowej i zjednoczenia, o czym mówił i do czego zachęcał bł. kard. Stefan Wyszyński, wciąż w Polsce nie widać. Dlaczego?

– Wpływa na to wiele kwestii, splatają się tutaj różne motywy, mianowicie niektórzy uważają – i chyba sporo jest takich ludzi wśród elit opozycyjnych – że w tym momencie nie jest atakowane państwo polskie, ale państwo PiS – jak oni to nazywają. W związku z powyższym, skoro ktoś atakuje państwo PiS, to my niekoniecznie musimy czuć się w obowiązku solidaryzować się z rządem w obronie państwa. To jest pierwsze motywacja. Druga polega na odgrywaniu roli pożytecznych idiotów realizujących scenariusz Putina czy Łukaszenki. Jaskrawym przykładem tego było bieganie w rejonie nadgranicznym z reklamówką jednego z posłów totalnej opozycji próbującego przerwać kordon wojska czy postawy innych parlamentarzystów przepychających się ze Strażą Graniczną. Należy do tego dołączyć również organizowanie rozmaitych koncertów na rzecz imigrantów, czyli de facto na rzez oddziałów szturmowych, które w sposób brutalny napierają na polską granicę, próbując zdestabilizować nasze państwo. Kolejnym czynnikiem wspierającym nielegalnych imigrantów jest – mówiąc wprost – czysta głupota. Mamy zatem do czynienia ze splotem różnych motywacji. Być może część polityków opozycyjnych w głębi serca uważa, że w tych działaniach, w tym postępowaniu jest coś nie tak, ale z różnych przyczyn – dajmy na to, by nie wypaść z listy wyborczej, nie stracić tzw. miejsc biorących i dostać się w kolejnych wyborach do parlamentu – milczy albo przyklaskuje. Jak widać, mamy całe spektrum motywacji tego typu zachowań.

Z drugiej strony jesteśmy członkiem Unii Europejskiej i NATO, i ze strony naszych sojuszników pada, owszem, wiele słów, zapewnień o solidarności z Polską, ale realnych działań wciąż brakuje. Amerykanie wprawdzie wysłali lotniskowiec na Morze Czarne, ale czy to wszystko, na co stać dzisiaj Zachód, i czy to może ostudzić zapędy Putina i jego pomagiera Łukaszenki?

– Z pewnością są to zbyt powierzchowne działania i niewystarczające. Ten kryzys – zresztą kolejny już raz – pokazuje, że jeśli mamy na kogoś liczyć, to przede wszystkim powinniśmy liczyć na siebie. Przypomnijmy sobie czas początku kryzysu pandemicznego, kiedy mieliśmy wyścig między państwami narodowymi o maseczki oraz inne artykuły medyczne. Podobnie jest teraz. Zatem musimy liczyć na własne wojsko, na własną Straż Graniczną, na polską policję. Niestety – i stwierdzam to z przykrością – nie możemy liczyć na całość klasy politycznej w Polsce, co jest prawdziwym dramatem. Z drugiej jednak strony – w czasach kryzysu – widać też pewne czytelne intencje, dlatego dobrze wiedzieć, z kim ma się do czynienia. Poznanie tej rzeczywistości jest też jakąś wartością samą w sobie. Natomiast jeśli chodzi o deklaracje i zapewnienia pomocy z zewnątrz, to w historii już to przećwiczyliśmy. W obliczu II wojny światowej alianci też nas wspierali, co więcej, 3 września 1939 roku nawet wypowiedzieli Niemcom wojnę, ale na tym się skończyło. I o tym dzisiaj też należy pamiętać. Podobnie należy pamiętać o tym, że właśnie w 1939 roku też był ktoś, kto chciał stworzyć eksterytorialne korytarze przez terytorium Polski – tak jak dzisiaj słyszymy o korytarzach humanitarnych. Wszystko to bardzo złe skojarzenia.

Kiedy prezydentem Stanów Zjednoczonych był Donald Trump, wydawało się, że możemy się czuć bardziej bezpieczni. Teraz jednak administracja Joe Bidena, definiując nowe priorytety, skupiła się na rywalizacji z Chinami, oddając Europę i wschodnią flankę  NATO w ręce Niemiec. Czy to nie był błąd, który Putin teraz skrzętnie wykorzystuje?                 

– Putin doskonale czyta geopolitykę i – jak widać – stara się teraz grać swoją grę i testować, na ile tzw. partnerstwo w przywództwie Stanów Zjednoczonych z Niemcami będzie korzystne dla niego. W tym świetle należy patrzeć na rozmowy Putin – Merkel, jeśli chodzi o naszą wschodnią granicę. To rzeczywiście jest sprawa, która powinna u każdego zdrowo myślącego człowieka powodować ciarki na plecach. Powinniśmy sobie też zadać pytanie, czy czasem jakieś tajne protokoły z tych rozmów nie są teraz sporządzane?

Na ile realne jest to, że Rosja i Niemcy, a także Francja mogą dogadywać się w naszych sprawach bez nas?

– To już się dzieje.

Słyszymy o nowych sankcjach wobec reżimu Łukaszenki, ale czy to nie za mało? Co może naprawdę zaboleć Łukaszenkę i zmusić go do odwrotu?

– Z całą pewnością tym, co może zaboleć Łukaszenkę, jest realna perspektywa utraty władzy. To z kolei zależne jest od woli Putina, a nie od woli Komisji Europejskiej czy Rady Europy.

Na ile realne są propozycje rekompensat dla Białorusi – o czym niedawno mówił szef rosyjskiego MSZ Sergiej Ławrow – powołując się na turecki precedens. Czy właśnie nie o to chodzi zdesperowanemu, potrzebującemu pieniędzy Łukaszence?

– Być może tak właśnie jest, trudno powiedzieć. Być może taka jest też taktyka negocjacyjna przyjęta przez stronę rosyjską, żeby wysunąć nawet najbardziej absurdalne żądania, żeby następnie z nich zrezygnować i stworzyć wrażenie, że Rosja jest partnerem zdolnym do ustępstw. Jednak na razie mamy do czynienia ze sprowadzaniem przez zorganizowane szajki – przy wsparciu reżimu białoruskiego – przybyszów z Iraku, Jemenu i innych państw, którzy mają zdestabilizować Unię Europejską. Jednocześnie wyglądałoby na to, że teraz także polski podatnik ma się dorzucić do interesu, jeśli Unia Europejska miałaby za to zapłacić w ramach tzw. rekompensat dla Łukaszenki za deklarację wstrzymania procesu migracyjnego. To jest oczywiście absurd. Natomiast z całą pewnością jest to taktyka negocjacyjna dobrze przećwiczona na Kremlu.

Jaką wartość dla Kremla i Putina ma dzisiaj Łukaszenka?    

– Jego wartość zależy od realizacji interesów Moskwy w tej części byłego Związku Sowieckiego. Jeżeli jednak na Kremlu stwierdzą, że przydatność białoruskiego dyktatora się skończyła, to z przyczyn zdrowotnych albo innych Łukaszenka przestanie być prezydentem.

Czy narracja Łukaszenki wypowiadana w świetle kamer, że liczy, iż Rosja dostarczy mu systemy rakietowe Iskander, które rozmieści w sąsiedztwie granic z Ukrainą i Polską, to tylko straszenie, czy rzeczywiście może być coś na rzeczy? Jak ten konflikt, który staje się coraz bardziej niebezpieczny, może się zakończyć?  

– To są słowa, które budzą zdziwienie, bo wydawało mi się, że tego typu instalacje już dawno są rozmieszczone na Białorusi. Jeśli zaś chodzi o ten konflikt, to nie sądzę, żeby się rychło zakończył. Będzie trwał, bo to jest w interesie Kremla. Będziemy zatem mieć do czynienia z punktowym nękaniem i jątrzeniem konfliktu. W Mińsku czy na Kremlu odczytano, że zdecydowana większość polskiego społeczeństwa przejrzała na oczy, że zagrożenie, jakie jest u naszych wschodnich granic, to nie jest jedynie narracja rządowa, że nie mamy do czynienia z bezbronnymi kobietami i załzawionymi dziećmi szukającymi pomocy, tylko są to oddziały szturmowe krzepkich mężczyzn, którzy forsują za pomocą drzew czy przecinaków zasieki, obrzucając kamieniami i raniąc naszych funkcjonariuszy. Zdecydowana reakcja na frontalny atak na zasieki graniczne w środku dnia, z jakim mieliśmy do czynienia kilka dni temu, czy ten dzisiejszy bezpardonowy atak – jeszcze bardziej brutalny na granice Rzeczypospolitej na przejściu granicznym w Kuźnicy, to spowodowało zmianę taktyki i być może stąd próba wytargowania jakichś rekompensat od Unii Europejskiej. Nie można tego wykluczyć i kto wie, czy właśnie nie według takiego scenariusza sytuacja będzie teraz się rozwijać. Tak czy inaczej wszystko jest podporządkowane bieżącej grze strategicznej prowadzonej przez Moskwę.

        Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki