Czas najwyższy, aby Berlin się zreflektował
Poniedziałek, 15 listopada 2021 (14:51)Z prof. Mieczysławem Rybą, historykiem, wykładowcą z KUL i AKSiM, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Polska, Litwa i Łotwa rozważają zwrócenie się o uruchomienie art. 4 Paktu Północnoatlantyckiego. Czy to jest już ten moment?
– Artykuł 4 Paktu Północnoatlantyckiego zakłada wspólne konsultacje sojuszników, ilekroć którykolwiek z nich będzie się czuł zagrożony w kwestii m.in. integralności terytorialnej lub bezpieczeństwa. Jak dotąd jest to zapowiedź zaangażowania NATO w ten konflikt. Na tym etapie miałoby to oczywiście wymiar czysto polityczny. Eskalacja napięcia rośnie, ataki i presja się wzmagają. Po stronie polskiej są zapowiedzi możliwych ruchów, zwłaszcza że Polska – jako członek Sojuszu Północnoatlantyckiego – w tym momencie ma wsparcie pozostałych państwa NATO. Oczywiście jest to dobry sygnał.
Premier Mateusz Morawiecki w sposób inteligentny, ale zrozumiały zwraca uwagę, że oświadczenia, zapewnienia o solidarności nie wystarczą, że potrzebne jest działanie…
– Owszem, ale konkretne działanie czy wsparcie na tym etapie może być tylko i wyłącznie finansowe, albo też wsparcie polityczne. Oczywiście ma to swoje znaczenie, zwłaszcza że w ostatnich latach byliśmy celem bezprzykładnych ataków ze strony naszych sojuszników: czy to za pośrednictwem Brukseli, czy ze strony amerykańskiej pojawiały się ostre wypowiedzi, ostry głos. W tym względzie jest niezwykle ważne, żeby Polska uzyskała takie wsparcie. Natomiast jeśli chodzi o wsparcie militarne, to byłoby to możliwe wówczas, gdybyśmy mieli do czynienia z atakiem kinetycznym. Z tym że nie należy zapominać, że takie wsparcie sojusznicze nadeszłoby, ale nie od razu. Do tego czasu – zgodnie z regułą NATO – musielibyśmy sami sobie radzić i organizować się do obrony.
Czy nie ma zagrożenia, że może dojść do przesunięcia osi politycznej i prób rozwiązania tego sporu poza Polskę, gdzie Rosja będzie się dogadywać z Niemcami czy z Francją, ale ponad naszymi głowami?
– Oczywiście, że takie zagrożenie istnieje, ale wtedy, kiedy wpuścilibyśmy tych nielegalnych migrantów, gdyby granica pękła i cała masa migrantów muzułmańskich przelała się i ruszyła na Warszawę czy inne polskie miasta, finalnie zmierzając w kierunku Niemiec, gdybyśmy przestali kontrolować sytuację na naszej granicy. Wtedy rzeczywiście moglibyśmy mówić o takim zagrożeniu. Wówczas Niemcy zapewne zwróciłyby się do Rosji i rozpoczęłoby się dogadywanie bez nas, ponad naszymi głowami.
Słyszymy, że kanclerz Angela Merkel rozmawiała dwukrotnie z Władimirem Putinem sprawie deeskalacji konfliktu na polsko-białoruskiej granicy. Czy to nie był błąd strategiczny – zresztą nie pierwszy błąd Angeli Merkel?
– Jeśli to uznać za błąd, to cóż dopiero powiedzieć o realizacji gazociągu Nord Stream 2, gdzie Putin już dziś szantażuje gazem. Tak czy inaczej, to zbliżenie Niemiec i Rosji należy czytać w kategoriach trwałego układu gospodarczego, w jakim Berlin i Moskwa są już od dawna. Można zatem powiedzieć, że fakty są takie, jakich się spodziewaliśmy – mianowicie w momencie zagrożenia musimy być zdani na siebie. Jeśli wytrzymamy tę presję, jeśli nie odpuścimy, to nie przegramy. Musimy też pamiętać, że stawiając opór, zadajemy pewne koszta przeciwnikowi. Jak wiadomo, Białoruś jest zblokowana handlowo, przy zamkniętych przejściach granicznych tworzą się gigantyczne korki samochodów z towarami, więc nie jest tak, że tylko my mamy problem. Ponadto mogą być zastosowane kolejne sankcje wobec reżimu białoruskiego i ten kierunek sankcyjny może iść bardzo daleko i głęboko. Słyszymy też, że kolejne linie lotnicze zawieszają połączenia do Mińska. To pokazuje, że może nie w stopniu najwyższym, ale jednak udaje się pewne rzeczy osiągać. Jedna zasada powinna nam towarzyszyć w tej bitwie: ani kroku w tył, bo tylko wtedy nie stanie się to, o czym pan redaktor mówi, że mocniejsi od nas będą się dogadywać w naszych sprawach ponad naszymi głowami.
Sankcje, o których Pan Profesor wspomniał, robią na Łukaszence jakiekolwiek wrażenie, skoro ma wsparcie ze strony Putina?
– Sankcje mniejsze czy bardziej dotkliwe to są jednak koszty również dla Putina. Jeśli ma on ponosić czy wyrównywać Łukaszence koszty całej tej operacji, to ponosi straty. W tym sensie nie jest to do końca opłacalny deal dla Kremla. W tej chwili Putin rękoma Łukaszenki realizuje swój scenariusz, ale w zależności od sytuacji rosyjski przywódca może wymyślić coś nowego. Nie jest też tak, że wobec tych działań ze Wschodu jesteśmy całkowicie bezbronni. Musimy być stanowczy, zdecydowani do obrony naszej granicy, nie możemy odpuścić.
Jaką wartość dla Putina stanowi Łukaszenka?
– Łukaszenka jest użytecznym narzędziem w rękach Putina. Białoruski satrapa odcięty od Zachodu, w dużej mierze znienawidzony też przez białoruskie społeczeństwo, zasadniczo całą swoją przyszłość zawiesił na Rosji. Wyobraźmy sobie, gdzie podziałby się w przypadku utraty władzy – jedynym azylem dla niego, co pozwoliłoby mu na uniknięcie procesu, sądu i kary, byłby azyl w Rosji. Moskwa jest jedynym kierunkiem dla Łukaszenki, podobnie jak w przypadku byłego prezydenta Ukrainy Wiktora Janukowycza. W związku z tym – nawet w tym sensie – białoruski dyktator jest usytuowany bezalternatywnie i jako podległy Putinowi robi wszystko, co ten mu rozkaże, i jest przez niego traktowany jako narzędzie.
Łukaszenka wobec niepowodzenia prób przebicia się przez polsko-białoruską granicę może skierować nielegalnych migrantów na granicę z Ukrainą? Takie warianty też się pojawiają.
– Bardzo możliwe, że taki plan ma zarówno Łukaszenka, jak i jego mocodawca Putin. Tak naprawdę nie wiadomo do końca, kto jest celem tego ataku, a gdzie jest front zastępczy, bo nie czytamy w myślach Putina. Natomiast proszę spojrzeć na granicę ukraińsko-białoruską, która jest o wiele, wiele dłuższa niż granica polsko-białoruska i praktycznie nie do zabezpieczenia, gdyby na przykład w tamtym kierunku kierowano nielegalnych migrantów. Zresztą dla tych migrantów muzułmańskich nie może to być kierunek docelowy, bo Ukraina jest stosunkowo ubogim krajem i trudno oczekiwać, że byłaby w stanie zapewnić tym ludziom dobry, oczekiwany przez nich byt. Nie zmienia to jednak faktu, że z Ukrainy mogą się kierować w stronę Polski i dalej do Niemiec. Takich scenariuszy wydarzeń – dość prawdopodobnych – może być wiele.
Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow stwierdził, że wprawdzie Rosja nie planuje inwazji na Ukrainę, chyba że – jak zaznaczył – zostanie sprowokowana.
– Kreml odrzuca sugestie, jakoby w planach był atak Rosji na Ukrainę, co więcej – zaprzecza, żeby Moskwa stanowiła dla kogokolwiek jakiekolwiek zagrożenie, ale jednocześnie daje do zrozumienia, że jeśli jej przeciwnicy podejmują działania wzdłuż granic rosyjskich, to oni też muszą być przygotowani. Ta wypowiedź Pieskowa najlepiej świadczy o tym, że mamy do czynienia z grą nerwów, z grą psychologiczną i związaną z tym wojną hybrydową toczoną przeciwko Ukrainie.
Niemcy nie powinni nas wesprzeć bardziej zdecydowanie, bo gdyby ta fala migracyjna – obojętnie czy z kierunku białoruskiego, czy ukraińskiego – ruszyła przez Polskę, jej celem będzie Berlin?
– I to jest najważniejsze pytanie, czy Niemcy się w końcu zreflektują i czy odpuszczą Polsce w tych różnych atakach. Przypomnijmy działania, chociażby w postaci kar nakładanych na Polskę przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej, za którymi stoi Berlin. Wstrzymano nam również wypłatę środków w ramach Funduszu Odbudowy, co rusz jest nagonka w Parlamencie Europejskim na Polskę, rozmaite rezolucje wymierzone w nasz kraj. To wszystko powinno się skończyć w obliczu realnego zagrożenia dla Europy, jakie płynie z tą falą migracyjną z Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu, którą podsyca Putin z Łukaszenką. To jest faktyczne zagrożenie dla Europy, a nie Polska, która tej Europy broni.
Pan Profesor pyta, czy Berlin i Bruksela nam odpuszczą, a ja się zastanawiam, czy my się w ogóle o to staramy?
– Negocjacje – niekoniecznie jawne – z pewnością trwają cały czas między Warszawą a Berlinem. Pewne jest jedno, że dla Niemiec nie jest korzystne, żeby Rosjanie zdestabilizowali Polskę, bo od granicy na Odrze do Berlina jest stosunkowo niedaleko. W związku z czym w tej sytuacji jesteśmy dla Niemiec ważnym – z ich punktu widzenia – buforem. Tymczasem Berlin gra na wymianę rządu w Polsce i generowanie gigantycznych konfliktów politycznych, które osłabiają Polskę i Unię Europejską. Być może to, co się dzisiaj dzieje, a także stanowczość Polski wobec kryzysu, jaki stoi otworem u bram Unii Europejskiej, da Niemcom do myślenia. Czy tak się stanie? Nie wiem.
Jakiego scenariusza w najbliższym czasie możemy się zatem spodziewać, jeśli chodzi o relacje polsko-niemieckie i zakończenie tej presji Berlina na Warszawę?
– Nie wiem… To jest duży znak zapytania. Przecież wiadomo, że Niemcy, atakując nas, jeszcze bardziej zachęcają Putina do agresji na Polskę. Widać, że Berlin przestraszył się wydarzeń, które mają miejsce u naszych granic z Białorusią i to powinno ich nie tyle zachęcać, co wręcz zmuszać do zmiany frontu i nieatakowania, ale wsparcia Polski. Czy tak się stanie, ciężko powiedzieć. Normalnie spodziewałbym się, że stosunki polsko-niemieckie ulegną normalizacji, bo Polska jest Niemcom potrzebna, a Niemcy są potrzebne Polsce, natomiast sytuacja geopolityczna jest dość skomplikowana. Niemcy uwierzyli w budowę superpaństwa europejskiego, uwierzyli, że podstawą tego superpaństwa musi być ideologia rewolucji kulturalnej i tak to wszystko dzisiaj wygląda, jak widzimy.
Tylko że cała ta ideologia się sypie, co widać chociażby po ustaleniach szczytu klimatycznego COP26 w Glasgow, gdzie poza PR-em i pustymi słowami konkretów właściwie brak?
– To prawda, że największe światowe gospodarki, najwięksi emitenci CO2 bawią się w kotka i myszkę, i sami de facto nie podejmują konkretnych działań na rzecz klimatu. Tymczasem w Europie ten ideologiczny, zielony front – nie zważając na nic – niestety idzie do przodu. I wszelkie „ambitne” restrykcje w Unii Europejskiej mogą być zaprowadzane po to, żeby wysysać żywotne soki ze słabszych krajów, które są członkami Wspólnoty.