Wszystkie ręce na pokład…
Czwartek, 11 listopada 2021 (19:24)Z Bogdanem Rzońcą, posłem do Parlamentu Europejskiego z Prawa i Sprawiedliwości, rozmawia Mariusz Kamieniecki
W Parlamencie Europejskim odbyła się debata w sprawie sytuacji na polsko-białoruskiej granicy, ale w błędzie jest ten, kto uważa, że o bezpieczeństwo Polski i Unii Europejskiej tu chodziło…?
– Fałsz środowisk lewicowo-liberalnych nie zna granic. W efekcie w głosowaniu odwrócono uwagę od sytuacji, jaka ma miejsce na polsko-białoruskiej granicy, i zamiast mowy o bezpieczeństwie, o tym, że Putin w parze z Łukaszenką próbują zdestabilizować sytuację nie tylko w Polsce, ale w ogóle w Unii Europejskiej, przegłosowano stanowisko, że powinna się odbyć dyskusja o kryzysie humanitarnym na pograniczu. Temat więc rozszerzono i zarówno wysoki komisarz, jak też inni uczestnicy debaty mówili o różnych sytuacjach i problemach humanitarnych – nie tylko na polsko-białoruskiej granicy, ale też na całym świecie, m.in. w Afryce czy Azji. Tym samym usiłowano przykryć problem, który należałoby wprost nazwać jako wojnę, którą tandem Łukaszenka – Putin, czyli ZBiR (Związek Białorusi i Rosji), wypowiedział Polsce. Próbowano przykryć stan faktyczny mydleniem oczu, mówiąc o rzekomo łamanych przez Polskę prawach ludzi. Oczywiście jako europosłowie Prawa i Sprawiedliwości – mając świadomość, do czego te pseudoelity są zdolne, nie przejęliśmy się zbytnio tą kłamliwą narracją i nasi reprezentanci – w dyskusji – mówili o faktycznej sytuacji na pograniczu polsko-białoruskim, ale nie zmienia to faktu, jakie jest podejście.
Ktokolwiek ogląda przekazy z granicy i widzi agresję, nie ma wątpliwości, z czym mamy do czynienia, kto jest obrońcą terytorium państwa polskiego, a kto agresorem. Czy lewaccy europosłowie nie zdają sobie sprawy z zagrożenia dla całej Europy?
– Lewica europejska i liberałowie są bardzo dobrze poinformowani o tym, kto jaką rolę odgrywa w Europie i na świecie, więc na pewno wiedzą, jaką rolę odgrywa Putin i Rosja, jaką rolę w tej układance odgrywają Niemcy i jakie są relacje między tymi dwoma państwami. Wiadomo, że od lat są one bardzo dobre i z gospodarczego punktu widzenia współpraca między Rosją i Niemcami jest bardzo bliska. Owocem tej współpracy jest gazociąg Nord Stream, który jest jednym z przykładów szkodliwej kooperacji. Z drugiej strony lewica europejska nie chce o tym mówić wprost, więc wmawia innym środowiskom w Parlamencie Europejskim, że wszystkiemu jest winny polski rząd, który się skonfliktował – co zresztą padało wczoraj z mównicy – z Unią Europejską, i w tej sytuacji instytucje Unii są zdezorientowane, jaka faktycznie jest sytuacja w Polsce. Tymczasem ta cała narracja to fałsz i obłuda. Szczyty hipokryzji przedstawiciele lewicy osiągnęli, mówiąc, że w tej chwili najważniejsze jest, żeby ukarać Polskę za brak praworządności. Putin z Łukaszenką próbują wręcz włamać się do Polski i do Europy, destabilizują sytuację, a lewica europejska – wspierana przez liberałów – mówi, że trzeba Polskę karać. Takie głosy podczas wczorajszej debaty – niestety – też padały.
A jak zachowywali się europosłowie polskiej opozycji?
– Trzeba powiedzieć, że niektórzy polscy europosłowie opozycji zaczynali mówić podobnym językiem jak my, czyli językiem, którym mówi polski rząd od początku, wskazując, że to, co się dzieje na pograniczu polsko-białoruskim, to próba destabilizacji Polski i Europy. Próba wywołania wojny i używanie do tego imigrantów z Jemenu, Libii i innych krajów – ludzi często nieświadomych, którzy płacą pięć, czy nawet dziesięć tysięcy euro za przyjazd do Rosji czy na Białoruś, aby dostać się do „lepszego świata”. Pojawiały się więc głosy rozsądku o faktach, że ci nielegalni imigranci są dowożeni przez białoruski reżim na granicę z Polską i jeśli nie postawimy temu tamy, to za chwilę tysiące, a może dziesiątki tysięcy mogą się znaleźć w Niemczech, Hiszpanii czy – dajmy na to – Holandii. I ta zmiana narracji przez niektórych polityków opozycji jest w pewnym sensie obiecująca. Być może nasi polityczni konkurenci – wrogowie Polski – zmądrzeli, bo ich wczorajsze wystąpienia rzeczywiście były łagodniejsze niż zazwyczaj. To świadczyłoby, że przyznają się do błędu, że rację miał polski rząd, twardo stawiając opór na granicy polsko-białoruskiej przeciwko próbie wtargnięcia czy wprowadzenia do Polski ludzi z różnymi paszportami, nieraz z kryminalną przeszłością, po to, żeby zdestabilizować sytuację państwa polskiego, a w efekcie Unii Europejskiej. Jest zatem pewna refleksja – coraz bardziej widoczna – w postawach naszych politycznych przeciwników. I w tym sensie z tej debaty mimo wszystko powiało pewnym optymizmem, ale tylko w tym zakresie.
Nie zmienia to faktu, że trwa spór między Radą Europejską a Komisją Europejską w sprawie dofinansowania zapory na polsko-białoruskiej granicy – granicy UE?
– Rzeczywiście Charles Michel i Ursula von der Leyen się tutaj różnią. Rada Europejska uważa, że można pomóc finansowo Polsce w budowie zapory na granicy, a Komisja Europejska twierdzi, że nie, bo byłoby to wykorzystanie drutu kolczastego przeciwko ludziom – jak mówi Ursula von der Leyen. To pokazuje kompletne niezrozumienie sytuacji, co tylko potwierdza chwiejność szefowej Komisji Europejskiej, która jest zakładnikiem Parlamentu Europejskiego – małej większości, która pozwala jej wciąż zawiadować tą instytucją. Zmiana narracji na zgodną z faktami oznaczałaby utratę głosów europosłów lewicy, co mogłoby ją wysadzić z tego fotela. To jest krótkowzroczne myślenie, co nie ma nic wspólnego z troską o bezpieczeństwo Unii Europejskiej i Polski, którym zagrażają Putin i Łukaszenka. Jak widać, ta dychotomia w tej materii jest bardzo dziwaczna, ale jest faktem. Tymczasem zarówno Rada Europejska, jak i Komisja Europejska mówią szumnie: strzeżmy granic, wzmacniajmy Frontex, który – ich zdaniem – jest bardzo potrzebny i musi być silniejszy. Tymczasem skoro używamy drutu kolczastego i muru w celach pokojowych czy jeśli wzmacniamy Frontex, to przecież jest to jedno i to samo. To pokazuje brak logiki w postępowaniu zwłaszcza Komisji Europejskiej.
Swoją drogą wspomniana Ursula von der Leyen wydaje się zmieniać retorykę i mówi, że to, z czym mamy do czynienia na polsko-białoruskiej granicy, to nie jest kryzys migracyjny, ale próba destabilizacji sąsiednich państw. Jej zdaniem powinno to być wyzwaniem dla całej Unii Europejskiej…
– Owszem, bo już bodajże 12 państw członkowskich podpisało się pod petycją wysłaną w październiku tego roku, która ma za zadanie – nazwijmy to – przymuszenie Komisji Europejskiej do dofinansowania ze środków unijnych zapory na granicy z Białorusią przed dwoma wschodnimi reżimami. To jest pokaźna liczba państw, wśród których są m.in. Austria, Cypr, Czechy, Dania, Grecja, Estonia, Węgry, Litwa, Słowacja i Polska. To pokazuje, że solidarność z Polską jest coraz bardziej widoczna. Ursula von der Leyen rzeczywiście zmienia retorykę, ale jest to wymuszone, nienaturalne. To tak jakbyśmy – pan i ja – patrzyli na to samo i pan twierdziłby, że jest noc, a ja – że dzień. I to jest w Unii Europejskiej przerażające – mianowicie brak realnej oceny zagrożeń. Przypomnę, że kiedy pojawiła się pandemia koronawirusa, to na szczytach unijnych, zanim zabrano się do roboty, to najpierw uznano, że jakoś to będzie. Kiedy dzisiaj mamy zagrożenie ze strony Putina i Łukaszenki, to przeważa pogląd, że nie należy burzyć relacji z Kremlem i Mińskiem. Dajmy na to Belgowie twierdzą, że bardzo dobrze układa się im handel z Białorusią dotyczący zakupu nawozów sztucznych, więc nie warto zaburzać tych relacji. To pokazuje, że w Unii Europejskiej liczą się interesy i że Unia jest krucha, jeśli chodzi o jedność w sytuacjach wymagających solidarności, w sytuacjach zagrożeń. To jest przerażające, dlatego tak potrzebna jest stanowcza postawa każdego rządu, w tym rządu polskiego, która to postawa potrafi realnie ocenić i zdefiniować zagrożenie. Dlatego my nie możemy – w obszarze szeroko rozumianego bezpieczeństwa czy stricte bezpieczeństwa energetycznego – poddawać się dyktatowi unijnemu. Będąc pełnoprawnym członkiem Unii, musimy robić swoje.
Słyszymy też, że sankcje przeciwko reżimowi Łukaszenki leżą na stole, że piąta transza jest niemalże gotowa. Co więcej – że przygotowuje się szóstą. Zastanawiam się jednak, czy na każdy wariant nie powinny być gotowe scenariusze, które w momencie takiego ataku jak dzisiaj na Polskę są bez zwłoki wprowadzane, a nie jak za PRL-u – najpierw zbiera się plenum KC, żeby o tym podyskutować.
– To co pan redaktor mówi, potwierdza tylko moją – i nie tylko moją – tezę, że politycy zachodnioeuropejscy są bardzo, ale to bardzo mocno powiązani z biznesem. I ten biznes albo wynosi ich bardzo wysoko, albo obcina im skrzydła. Zatem wśród nich nie liczą się wartości – nawet jak oni to nazywają: wartości europejskie, które są jedynie w obszarze teorii. Natomiast dla ciemiężonych przez dziesięciolecia narodów, takich jak Polska czy Węgry, realne wartości chrześcijańskie, moralne, są podstawą działania. Patriotyzm, niepodległość, suwerenność – to jest nasza wartość, o którą niezależnie od tego, czy jesteśmy biedni czy bogaci, to zawsze je podnosimy. Natomiast w zachodniej Europie widać wpływy biznesowe, które warunkują zachowania i postawy polityków. Stąd mamy bardzo, ale to bardzo spóźnione działania czy reakcje. To obnaża słabość zachodnich elit i Unii Europejskiej jako organizacji, która w ustach wielu polskich polityków jest jedynym organem, który pozwala Polsce myśleć o niepodległości. Tymczasem to jest nieprawda. Niepodległość to jest nasze dzieło i 103. rocznica odzyskania niepodległości to jest dzieło ludzi, którzy myśleli dawniej i myślą dzisiaj realnie o świecie, który nas otacza.
Ale to Unia uzurpuje sobie prawo do nieomylności…
– Owszem, Unia ma ambicje. Jednak te marzenia o byciu najlepszą, nieomylną organizacją na świecie spełzają na niczym w razie problemów – jak w sytuacji zagrożenia bezpieczeństwa ze Wschodu. Co problem, to Unia kapituluje. Tak było w przypadku covida, tak było i jest przy problemach energetycznych, i tak jest dzisiaj wobec ataku i zagrożenia bezpieczeństwa europejskiego ze strony reżimów białoruskiego i moskiewskiego. Unia – zamiast zacieśniać współpracę z państwami członkowskimi – prze w kierunku rywalizacji ze Stanami Zjednoczonymi, z Chinami czy Indiami. W tej sytuacji polscy europosłowie z opozycji, dla których Unia jest wyrocznią, którzy Unię odmieniają przez wszystkie przypadki, powinni się dobrze zastanowić, czy i na ile Unia może rzeczywiście pomóc Polsce w sytuacji zagrożeń. Moim zdaniem, jeśli sami nie zadbamy o naszą suwerenność, niepodległość – także gospodarczą, to bardzo szybko rozpłyniemy się w masie nicości europejskiej. A na to czekają biznesy niemiecko-holendersko-duńsko-hiszpańskie czy francuskie: żeby zarobić na mniej zamożnych krajach, żeby je ograć i zrobić z nich siłę roboczą. Tyle warta jest ta solidarność unijna. Natomiast Polska, która ma coraz lepsze wyniki ekonomiczne, gospodarcze, staje się nie tylko rywalem, ale wręcz wrogiem tych państw, biznesów, które kreują takie, a nie inne postawy – Ursula von der Leyen, liderzy lewicy czy Europejskiej Partii Ludowej, którzy przyklaskują teoretycznym wartościom europejskim, a nie widzą braków.
Czy po spotkaniu szefowej Komisji Europejskiej i prezydenta Joe Bidena Polska może liczyć na realne, a nie tylko werbalne wsparcie Komisji Europejskiej i Stanów Zjednoczonych? Czy w obliczu zagrożenia ze Wschodu zostaniemy – tak jak w 1939 roku – z sojuszami, ale bez realnej pomocy?
– Niestety, pozycja Stanów Zjednoczonych spada, na czym korzystają Chiny oraz Putin. Obecne działania Putina i Łukaszenki też mają związek z zachwianiem równowagi światowej, jaka nastąpiła po przegranej wyborczej Donalda Trumpa. Joe Biden jest słabym prezydentem – o czym Amerykanie mówią głośno i wyraźnie. Cała ta zielona ideologia w Stanach Zjednoczonych – podobna do unijnej: że to klimat jest największym zmartwieniem współczesnego świata, to wszystko powoduje, że tacy ekstremiści jak Putin na tym korzystają. Podobnie silne gospodarczo Chiny mogą narzucić światu swoją narrację gospodarczą, swoje standardy, które będą bardzo niekorzystne dla słabszych gospodarczo czy militarnie krajów. To jest bardzo groźne. I kiedy Ameryka tonie gospodarczo, kiedy Unia Europejska nie zajmuje się realnymi problemami, tylko brnie w ideologię, wymyślając coraz to nowe problemy, których de facto nie ma, to wszystko nas też mocno osłabia i stawia w bardzo trudnej pozycji. Historia w 1939 roku pokazała, na kogo Polska mogła liczyć: na siebie. Sojusze są papierowe, natomiast realna musi być gospodarka; również bezpieczeństwo musi być realnie wzmacniane. Dlatego wszystkie ręce na pokład i budujmy siłę gospodarczą państwa naszymi siłami – umacniajmy nasze granice, wzmacniajmy naszą armię. To właśnie robi polski rząd, co wywołuje konsternację na Zachodzie.