Niemcy podają rękę Putinowi
Poniedziałek, 8 listopada 2021 (21:14)Z prof. Mieczysławem Rybą, historykiem, wykładowcą z KUL i AKSiM, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Jak zdefiniowałby Pan sytuację, która ma miejsce w tej chwili na polsko-białoruskiej granicy?
– Mamy do czynienia z wojną charakterystyczną dla współczesnych metod walki, z używaniem w sposób cyniczny ludzi do tego, żeby zdestabilizować granicę państwa polskiego. Autorzy tych działań – jak widzimy – są bezwzględni. Jednak na tym tle bardzo wyraźnie rysuje się „piąta kolumna” w Polsce, która destabilizuje od wewnątrz nasze działania, nasze służby i obniża, a przynajmniej próbuje obniżyć ich morale.
Donald Tusk zwraca się z apelem do rządu, aby zabrał się do roboty. Za kogo Tusk ma Polaków, skoro jeszcze kilka dni temu on sam i jego formacja wyżywali się na pogranicznikach i na polskim rządzie, domagając się, aby otworzyć granice przed migrantami?
– Donald Tusk jest sprzeczny w swoim przekazie. Dzisiaj robi konferencję ze Związkiem Nauczycielstwa Polskiego, próbując grać przeciw rządowi, z kim tylko się da i jak się da. Tymczasem sondaże pokazują, że tendencja osłabiania Szymona Hołowni – tendencja, która w lipcu, po powrocie Tuska do polskiej polityki, rosła, teraz się zatrzymała. Zachowanie, agresja, pokazywanie się na marszach aborcjonistek czy ataki jego ludzi na pograniczników – to wszystko powoduje, że wspomniana tendencja zaczyna się odwracać. To znaczy, że efekt Tuska dawno minął i Platforma, czy szerzej Koalicja Obywatelska, znów zaczyna tracić do Polski 2050. W tej sytuacji Tusk się miota i stąd te sprzeczności. Z jednej strony próbuje utwardzać swój radykalny elektorat i idzie z rewolucjonistami pod rękę, a z drugiej strony stara się pokazywać jakąś względną racjonalność i podnosząc temat granicy, mówi: niech rząd się bierze do roboty. Trzeba przyznać, że Platforma nie ma szczęścia do liderów, ale ma też dziwacznych działaczy do tego stopnia, że trudno od tej formacji czegokolwiek pozytywnego oczekiwać.
Platforma nie ma szczęścia do liderów, a Polska do opozycji, bo gdyby nie wręcz głupie ich zachowania, to działania destabilizacyjne Alaksandra Łukaszenki nie miałyby racji bytu?
– Albo przynajmniej by osłabły, bo skalkulowano by, że to się po prostu nie opłaca. Natomiast, faktycznie, nie mamy szczęścia do opozycji. Coraz więcej ludzi nie tyle głosuje na Prawo i Sprawiedliwość z przekonania, ile ze strachu przed objęciem rządów przez Platformę. Poczucie bezpieczeństwa na przykład w sferze stabilności granic państwa należy do spraw fundamentalnych, które są ważne dla każdego człowieka, podobnie jak stabilizacja pracy. I jeśli opozycja tak totalna, tak beznadziejna, tak chwiejna, o tak radykalnym zapleczu politycznym, rewolucyjnym zabiega o władzę, to nic dziwnego, że nauczeni doświadczeniem ludzie muszą się lękać o przyszłość polskiego państwa.
Może dobrze się stało, że już nie rządzą Polską?
– Nie rządzą, ale mogą rządzić. Prędzej czy później władza w Polsce się zmieni, bo wahadło demokracji przesuwa się raz w lewo, raz w prawo i ci ludzie znów mogą przejąć stery nawy państwowej. Jest pytanie, co wówczas. Co ci ludzie, którzy dzisiaj nie potrafią przedstawić sensownego programu, zrobią z Polską? Co są w stanie zaproponować? Wpuścić nielegalnych, muzułmańskich migrantów i zamiast bronić granic będą apelować i liczyć na to, że za nas zrobią to Niemcy? Przecież to nonsens. Patrząc perspektywicznie, rzeczywiście brzmi to przerażająco.
Czy Polacy, patrząc na dokonania opozycji i jej wizję Polski, a właściwie na brak tej wizji, będą gotowi powierzyć tak nieodpowiedzialnym ludziom władzę w państwie?
– Wszystko jest możliwe. Skoro SLD rządził Polską w latach dziewięćdziesiątych, mimo doświadczeń dziesiątek lat komunizmu, to pokazuje, że naprawdę różne rzeczy mogą się wydarzyć. Może się na przykład zdarzyć, że Polacy nie wytrzymają presji Brukseli, szantaży finansowych i w różnym kierunku sprawy mogą się potoczyć. Są kraje, gdzie gama spraw nie różni aż tak bardzo elit politycznych, czy wręcz jednoczy opozycję i władzę szczególnie w obliczu zewnętrznego zagrożenia. W tym wachlarzu spraw kwestie obronności, kwestie bezpieczeństwa państwa powinny się znaleźć. Niestety, u nas praktycznie nie ma zbieżnych tematów, stąd taki niepokój wśród wyborców. Natomiast nie jest tak, że prawica będzie rządzić wiecznie, więc różnie może się zdarzyć. Stąd u ludzi racjonalnie myślących pojawia się pytanie: co wtedy z Polską?
Litwa, elity polityczne w sprawach nadrzędnych dotyczących bezpieczeństwa państwa, które Pan Profesor porusza, potrafiły zachować się godnie i presja migracyjna Alaksandra Łukaszenki i Władimira Putina zmalała. U nas na próżno szukać takiej postawy?
– To jest właśnie pierwszy argument, który sprawia, że Litwa czy Łotwa nie są dzisiaj na kierunku migracyjnym. Natomiast kierunek polski jest obrany również z tego powodu, że Niemcy uruchomili wszystkie możliwe instytucje europejskie, ażeby nas atakować. Nakładają na nas kary finansowe, przyjmują rozmaite rezolucje na forum Parlamentu Europejskiego. Myślę, że tak poważna skala hejtu to chyba nigdy wcześniej nie została oddana w ręce Putina. To z kolei zachęca Rosjan, żeby wobec ataków na Polskę z Zachodu dokonać także atak ze Wschodu. Oczywiście wedle swojej miary, bo o ile z Zachodu, z Unii Europejskiej oskarżają nas, że mamy niepraworządne sądy, że kopalnia „Turów” działa, bo – zdaniem Brukseli czy Luksemburga – nie powinna, bądź że w Polsce jest ochrona życia, tymczasem aborcja powinna być prawem powszechnym, to ze Wschodu mówią, że jesteśmy niehumanitarni, bo nie chcemy przyjąć migrantów, których oni nam dostarczają. Proszę zwrócić uwagę, że od strony propagandowej zarówno Bruksela, jak i Moskwa ze sobą współgrają, z tym że podejmują inne wątki. Moim zdaniem Niemcy w ten sposób absolutnie zachęcili Putina do ataku na nas.
Sytuację da się jeszcze odwrócić? Mam na myśli Unię Europejską, czy wobec tej sytuacji, z jaką mamy do czynienia na granicy z Białorusią, kwestie tzw. praworządności nie powinny zejść na plan dalszy i Unia Europejska, a także NATO nie powinny zająć się sprawami naprawdę istotnymi. Jeśli nie, to za chwilę ten problem, który my dzisiaj mamy, może rozlać się na całą Europę?
– Przecież tu nie chodzi o żadną praworządność. Wszyscy wiedzą, że w tych atakach chodzi o dwie kwestie: o geopolitykę, czyli o zdestabilizowanie władzy, o wymianę rządu w Polsce na spolegliwy wobec Berlina i Brukseli. Natomiast druga kwestia dotyczy ideologii. Chodzi o to, żeby Polska zaprowadziła u siebie rewolucję seksualną. Niestety, w obliczu poważnego zagrożenia nie liczy się bezpieczeństwo, bo spora część elit brukselskich myśli w sposób ideologiczny. Tak już jest, że myślenie ideologiczne wyklucza racjonalne myślenie. W tym sensie być może wychodzą z założenia, że jakby co, to zaproszą Putina do stołu i będą się dogadywać – ponad naszymi głowami – co Polsce można, a czego nie można. Liczą, że Putin powstrzyma Łukaszenkę i będzie spokój. Niestety, praktyka pokazuje, że tradycja zmagań z Moskwą to są cztery lata I wojny światowej, sześć lat II wojny światowej, a reszta to czas spokoju i porozumienia niemiecko-rosyjskiego. Tak to historycznie wygląda i taki jest też sposób myślenia elit niemieckich dyktujących Unii Europejskiej swoje warunki.
Niemcy oddaliby Polskę w strefę wpływów rosyjskich?
– Oczywiście. Co więcej, chcieliby zachować Polskę w strefie swoich wpływów, ale ostatecznie mogą się tymi wpływami podzielić z Moskwą.
Putin wykorzystuje z jednej strony uległość wobec Nord Stream 2 i szantaż gazowy, ale z drugiej strony, zachęcony biernością Waszyngtonu i prezydenta Joe Bidena, korzysta z okazji, by iść dalej. Do czego to może doprowadzić i czy Putin nie ma prawa czuć się królem Europy?
– Nie sądzę. Oczywiście Putin ma pewne przewagi w dziedzinie militarnej oraz prowadzi bardzo skoordynowaną politykę zagraniczną. Natomiast Rosja – wbrew pozorom – wcale nie jest aż tak wielkim graczem. Owszem, Putin chciałby wejść do gry europejskiej, chce być elementem układanki i uczestnikiem koncertu mocarstw w Europie. I to ma się odbyć kosztem Polski. Ponieważ Niemcy podają Putinowi rękę, ponieważ Berlin nie godzi się suwerenność Polski w nowej sfederalizowanej Unii Europejskiej, to pan na Kremlu z tego korzysta. Ma świadomość, że im głębiej wejdzie, tym będzie mocniejszy.
Czy to nie jest zbyt krótkowzroczna polityka niemiecka?
– Moim zdaniem jest. Patrząc racjonalnie, Polska jest Niemcom potrzebna, i to nie tylko jako rynek zbytu czy podwykonawca w całej ich gospodarce. W Polsce jest dobrze rozwinięta wytwórczość podwykonawcza, ale Polska jest Berlinowi potrzebna także jako bufor bezpieczeństwa w stosunku do Rosji. Byłoby jednak dobrze, gdyby Niemcy dostrzegli, że Polska jest suwerennym, podmiotowym buforem, a nie landem niemieckim, w dodatku trzeciej kategorii. Niestety, Niemcy najchętniej widzieliby nas właśnie w tej kategorii landowej, żebyśmy mieli mniej do powiedzenia niż ich land trzeciej kategorii, czyli mający mniej do powiedzenia w stosunku do Berlina niż dajmy na to Saksonia czy Bawaria. I jeśli tak będą spoglądać na nas, to z całą pewnością w Polsce pojawi się bunt, sprzeciw. I nawet jeśli uda się im osadzić Tuska na urzędzie w Polsce, to co najmniej pół Polski będzie przeciwko niemu i w sposób radykalny będzie uważać go za zdrajcę, za niemieckiego służalca. Jednocześnie w Polsce nie będzie spokoju, bo nie jest tak, że jeśli siłą zmieni się rząd – wbrew demokratycznym zasadom wyborczym – to zapanuje idylla i spokój. Natomiast Niemcy tacy są, można powiedzieć, że nie potrafią inaczej. Prusacy nie umieli inaczej zjednoczyć Niemiec, jak tylko centralizując je. Nie umieli i wciąż nie umieją postępować także wobec Polski i ta bardzo zła tradycja jest za naszą zachodnią granicą niestety wciąż obecna. Szaleńcy lewicowi krytykują naszych pograniczników, ponieważ są zachęcani przez zagranicę. Skoro zagranica kreuje wizerunek, że w Polsce mamy do czynienia z rządem totalitarnym, to nic dziwnego, że wszystko, co robi rząd Zjednoczonej Prawicy, jest złe. Według tego przekazu to nie Łukaszenka, a polski rząd krzywdzi migrantów. I to jest katastrofa, ale niestety tak to wygląda.