Mentor, czyli kto?
Sobota, 16 lutego 2013 (02:05)Wyeksponowany elegancką, fluoroscencyjną zielenią tytuł oświadczenia na oficjalnej stronie szacownego organu ścigania, jakim jest Naczelna Prokuratura Wojskowa, sprawia, że nie sposób przejść obok niego obojętnie. Z gustowną barwą harmonijnie koresponduje soczysta treść, diametralnie odbiegająca od suchego, lakonicznego języka prokuratorskich komunikatów, do jakich przywykli dziennikarze. Nie byle epistoła – rzecz skreślona piórem samego szefa NPW pułkownika Jerzego Artymiaka.
Struny emocji pana pułkownika boleśnie poruszył artykuł „Naszego Dziennika” pt. „Stalinowscy mentorzy NPW”. Autor publikacji, Pan Zenon Baranowski, słusznie zakwestionował wartość i zasadność powoływania się w aparacie naukowym, jakim opatrzono artykuły w jubileuszowym numerze biuletynu NPW – „Wojskowym Przeglądzie Prawniczym”, na dorobek „naukowy” trzech stalinowskich sędziów: Igora Andriejewa, Jerzego Bafii i Leo Hochberga. Dwóch z nich: Andriejew i Hochberg, fakt z pewnością doskonale znany Panu Pułkownikowi, zasądziło wyroki śmierci na szefa Kedywu Komendy Głównej Armii Krajowej gen. Augusta Fieldorfa „Nila” i rotmistrza Witolda Pileckiego.
„Rzetelność dziennikarska zobowiązywała redaktora Z. Baranowskiego do wskazania, iż artykuł prof. dr hab. Mariana Cieślaka na temat ’Faktorów przestępczości czynu w związku z projektem k.k. z 1963 r.’ oraz prof. dr hab. Zbigniewa Dody dotyczący ’Problematyki zakazu reformationis in peius w wojskowym procesie karnym’, w żadnej mierze nie stanowiły pochwały, ani aprobaty poglądów I. Andriejewa, J. Bafii i L. Hochberga. Wręcz przeciwnie, w niektórych miejscach autorzy tekstów odnieśli się do nich krytycznie” – pisze Pan Pułkownik Artymiak. I dalej: „nie sposób oprzeć się wrażeniu, że zarówno tytuł, jak i treść artykułu miały na celu zdyskredytowanie w oczach opinii publicznej prokuratorów Naczelnej Prokuratury Wojskowej, w tym Naczelnego Prokuratora Wojskowego”.
Otóż po pierwsze, sugestia, jakoby intencją Pana Zenona Baranowskiego była próba dyskredytacji prokuratorów NPW, jest nieuprawnionym i wysoce niestosownym nadużyciem, obraźliwym dla całego zespołu dziennikarskiego „Naszego Dziennika”. Nie sadzę, żeby Pan Pułkownik Jerzy Artymiak ani ktokolwiek inny dysponował instrumentarium pozwalającym konkluzywnie wyrokować w całkowicie pozajurysprudencyjnej materii, jaką jest sfera intencji. Pragnę też przypomnieć, że dziennikarze „Naszego Dziennika”, w tym szczególnie Pan Zenon Baranowski, wielokrotnie potwierdzali umiejętność nader wstrzemięźliwej oceny pracy prokuratorów wojskowych, prowadzących śledztwo smoleńskie, nie grzęznąc na jałowych mieliznach emocji i nie doszukując się złych intencji w podejmowanych przez nich działaniach. Dlatego oskarżenie o próbę dyskredytacji, sformułowane przez Pana Pułkownika pod adresem „Naszego Dziennika”, należy uznać za szczególnie krzywdzące, nieznajdujące potwierdzenia w faktach i nielicujące z powagą sprawowanego urzędu.
Po wtóre, niekiedy nie tylko wskazane, co wręcz konieczne jest oparcie się „wrażeniu”. Być może przed wyciąganiem pochopnych wniosków uchroniłaby prosta czynność, jaką jest czytanie ze zrozumieniem i zaniechanie manipulacji pierwotnym tekstem – a za taką niestety należy uznać sugestię zawartą w oświadczeniu Pana Pułkownika, jakoby „Nasz Dziennik” zaprezentował artykuły profesorów Dody i Cieślaka jako „pochwałę” stalinowskich sędziów. Tymczasem „Nasz Dziennik” poruszył wyłącznie problem niedopuszczalności fakultatywnego odwoływania się w przypisach naukowych do „dorobku” naukowego funkcjonariuszy stalinowskiego aparatu przemocy, jakimi bez wątpienia byli Andriejew, Bafia i Hochberg. Kwintesencją ich prawdziwego „dorobku” są właśnie ekshumowane jamy grobowe na powązkowskiej Łączce i w takim kontekście powinien być on ukazywany. Bo to tak, jakby w podręcznikach dla studentów medycyny omawiać na równi z innymi autorami dorobek naukowy doktora Mengelego.
Wreszcie na koniec kwestia tytułu, jakim został opatrzony artykuł, a którego trafność próbuje kwestionować naczelny prokurator wojskowy. Otóż Mentor to jeden z bohaterów homeryckiej epopei, przyjaciel domu Odyseusza, który wyprawiając się pod mury Troi, zostawił mu pod opieką swój dom; może nawet nie tyle – jak pisze Pan Pułkownik Artymiak – „nauczyciel”, co synonim doświadczonego przewodnika, opiekuna, wcielenie mądrości. Nie bez kozery mianem mentora określa się też starą gałąź, na której szczepione są młode pędy. Jeśli uznajemy, że publikacje stalinowskich sędziów, którzy sprzeniewierzyli się niezawisłości sędziowskiej, można traktować z naukową powagą, bez zaznaczenia kontekstu historycznego, jako standardowy punkt wyjścia do rozważań na temat konkretnych instytucji prawa karnego, naprzemiennie i na równi z autorami niezainfekowanymi ideologią komunizmu, to czyż nie można mówić, że pozycjonujemy ich w rolach doświadczonych przewodników po doktrynach prawa?
Naczelny prokurator wojskowy ordynuje „Naszemu Dziennikowi” „zapoznanie się z praktyką przedstawiania w publikacjach naukowych wszelkich poglądów”. Zastanawiam się, czy Pan Pułkownik miałby odwagę powtórzyć te słowa synowi rotmistrza Witolda Pileckiego albo komandora Stanisława Mieszkowskiego. Dla nich, jak dla wielu innych, epilogiem „poglądów” stalinowskich sędziów był strzał w potylicę, poprzedzony sfingowanym procesem.
Katarzyna Orłowska-Popławska