• Czwartek, 19 marca 2026

    imieniny: Józefa, Bogdana

USA straciły swoją wiarygodność u sojuszników

Piątek, 20 sierpnia 2021 (11:11)

Z prof. Tomaszem Grosse z Uniwersytetu Warszawskiego, ekspertem Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego ds. europejskich, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Nie tyle decyzja, ile raczej sposób wycofania wojsk amerykańskich z Afganistanu budzi wiele kontrowersji. Trudno też chyba uznać za wytłumaczenie argumentację podawaną przez prezydenta Joe Bidena…

– Rzeczywiście to, czego jesteśmy świadkami – widząc relacje z lotniska czy z ulic Kabulu – budzi przerażenie. Swego czasu – szczególnie Europa Zachodnia krytykowała prezydenta Donalda Trumpa, ale Trump w porównaniu z Joe Bidenem wydaje się być geniuszem strategii. Widać to na każdym kroku. To, co robi Joe Biden, jeśli chodzi o Nord Stream 2, jego podejście do Europy Środkowej, a teraz także do Afganistanu – to wszystko wskazuje, że brakuje mu wyobraźni. Owszem, mogę próbować zrozumieć jego kierunki strategiczne, w tym również chiński, ale sposób realizacji tej polityki to jest – rzec można – wylewanie dziecka z kąpielą.

Stany Zjednoczone mają problem z Chinami, stąd koncentrują się na rywalizacji z Pekinem i – jak Pan Profesor zauważył – ta zmiana kierunku jest zrozumiała, ale jaki sens ma opuszczenie Afganistanu, skoro miejsce Amerykanów już chcą zająć właśnie Chiny, a także Rosja? 

– W sensie geopolitycznym prezydent Joe Biden popełnia – jak się wydaje – błąd. Racjonalność decyzji o opuszczeniu Afganistanu jest mniej więcej taka sama jak w przypadku podejścia do Europy, szczególnie Europy Środkowej, nad którą pieczę obecna administracja amerykańska powierza Niemcom. W sensie geopolitycznym Joe Biden sobie szkodzi, bo w miejsce Amerykanów – w pierwszym przypadku – otwiera drogę do ekspansji Chinom i Rosji, a w drugim przypadku pieczę nad Europą Środkowo-wschodnią przejmuje tandem Berlin – Moskwa. W tym momencie – w jednym,  jak i w drugim przypadku – Amerykanie sami wykluczają się z gry. Z punktu widzenia mocarstwa o aspiracjach globalnych jest to pozbawienie się instrumentów oddziaływania. Czy to się Amerykanom opłaca…? Wątpię. Do Afganistanu wchodzą Chiny i Rosja, które wcześniej czy później będą wykorzystywać swoje wpływy – nie tylko w tym regionie, ale także do destabilizacji Europy i Stanów Zjednoczonych. Jest oczywiste, że taka właśnie jest polityka jednego, jak i drugiego mocarstwa. W związku z tym ten problem wróci, dokładnie tak jak w czasach Osamy Bin Ladena.

Czy zatem polityka Joe Bidena jest rozsądna? Czy Amerykanie dobrze przemyśleli te decyzje?

– Moim zdaniem niewielkim kosztem można było nadal utrzymywać Afganistan – marionetkowe państwo prozachodnie. Natomiast jeżeli Amerykanie się wycofali, i to w trybie bardzo przyspieszonym, to wszystko, co budowano przez 20 lat, nagle się załamało, rozsypało. Widać, że władze w Kabulu bazowały tylko i wyłącznie na tym, że w Afganistanie stacjonuje kontyngent amerykański i sił sprzymierzonych oraz na stałym dopływie pieniędzy z Zachodu. W momencie kiedy tego wszystkiego zabrakło, to cały ten sztucznie podtrzymywany system natychmiast się zawalił, władzę przejął reżim talibów. Tak czy inaczej Amerykanie – z geopolitycznego punktu widzenia – chyba nie przemyśleli dobrze swoich decyzji. Nawet jeśli uznali, że koszty, jakie ponoszą, są zbyt duże i nie chcą dłużej inwestować w Afganistan, to warto się zastanowić, czy rachunek, jaki ostatecznie zapłacą – mam na myśli konsekwencje – nie będzie większy, niż spodziewane korzyści decyzji o wycofaniu swoich sił.

Czyżby Amerykanie byli tak naiwni, żeby nie przewidzieć konsekwencji wycofania się z Afganistanu? Joe Biden po prostu przelicytował, czy może to świadome działanie?

– Myślę, że Joe Biden takie, a nie inne decyzje podejmował w gronie najbliższych doradców, nie dopuszczając innych, alternatywnych scenariuszy – negatywnych konsekwencji, także – być może – nie licząc się z ostrzeżeniami płynącymi ze strony specjalistów, czyli od wojska, wywiadu itd. Należy bowiem założyć, że tymi wszystkimi informacjami, całą wiedzą na temat negatywnych konsekwencji sztab Bidena dysponował, natomiast decyzje podjęto wbrew stanowisku ekspertów, służb specjalnych bardzo dobrze zorientowanych w temacie. Nie dopuszczono żadnego innego scenariusza. Uważam, że korzyści płynące z takiej strategii są stosunkowo mizerne, bo tak naprawdę zaoszczędzono trochę pieniędzy i – nazwijmy to – garść żołnierzy, którzy nie muszą już stacjonować w Afganistanie. Jednak z punktu widzenia potencjału finansowego i wojskowego oszczędności Amerykanów są relatywnie niewielkie. Natomiast straty są wielorakie i długofalowe. Po pierwsze Stany Zjednoczone straciły swoją wiarygodność u sojuszników, i to na całym świecie. To jest ogromna strata, bo światowe mocarstwo przestało być wiarygodne. Skoro Amerykanie mogą zrobić coś takiego, to godzi to w ich powagę, również na szwank wystawia gwarancje sojuszy. Po drugie wszyscy widzą, że Stany Zjednoczone są mocarstwem, które słabnie i wycofuje się – przynajmniej w dotychczasowym wymiarze – z polityki zagranicznej. Tak naprawdę nie wiemy, czy Amerykanie przegrupowują siły i koncentrują się na rywalizacji z Chinami – taki przynajmniej jest motyw przewodni tych zmian, czy może – jak uważają zachodni eksperci – jest to raczej efekt gigantycznych problemów wewnętrznych, jakie mają Amerykanie, i skupienia się właśnie na nich.

I dlatego przestają się zajmować światem – przynajmniej w dotychczasowym zakresie?

– To jest jeden z powodów. Amerykanie zmuszeni są do rozwiązywania wewnętrznych problemów, co wcale nie będzie takie proste, bo rzec można – gaszą ogień benzyną. Mam na myśli głęboki konflikt ideologiczny, który Joe Biden i jego administracja podsycają. Przecież na tym właśnie ta ekipa zbudowała i próbuje nadal budować swój sukces wyborczy. Tym samym Amerykanie sami sobie fundują kolejne lata gigantycznych problemów wewnętrznych, co można nazwać wręcz wojną domową. To wszystko sprawia, że Stany Zjednoczone pochłonięte wewnętrznymi problemami wycofują się z obecności w polityce światowej. I tak naprawdę poza jakimiś działaniami marketingowymi, niemającymi żadnego realnego znaczenia – jak dajmy na to wielka konferencja na temat demokracji, którą organizuje prezydent Joe Biden, nie widać żadnych realnych działań. U nas – na gruncie europejskim – też są wielkie dyskusje, ideologiczne batalie, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistością, ale taka jest dzisiaj narracja sił lewicowo-liberalnych na całym świecie.

Jakie mogą być konsekwencje wycofania się wojsk amerykańskich z Afganistanu? Już widzimy narastającą presję migracyjną…

– Presja migracyjna to jedno, a drugie to presja terrorystyczna. Należy się też spodziewać zwiększonej presji radykalnego islamu w Europie. I tu nie chodzi tylko o to, że do Europy przybędą nowi Afgańczycy, ale niemal pewna jest radykalizacja wyznawców islamu już zamieszkujących nasz kontynent, którzy obserwują tryumf islamu nad zgniłym Zachodem. I to jest istota rzeczy. Wyznawcy islamu mieszkający w Europie otrzymują dziś gigantyczny impuls propagandowy, który będą wykorzystywać także Chińczycy i Rosjanie, którzy wchodzą w miejsce Amerykanów do Afganistanu. Reasumując, konsekwencje decyzji prezydenta Joe Bidena mogą być daleko idące i w tym konkretnym wypadku – bardzo niedobre dla Unii Europejskiej. Dlatego nie rozumiem, dlaczego polski rząd nie buduje płotu, ogrodzenia na naszej wschodniej granicy. Pomijam już to, że byłaby to odpowiedź na działania oraz świetny argument do spodziewanych rozmów z Łukaszenką, ale przede wszystkim uspokoiłoby to nastroje zaniepokojonych Polaków. Co więcej, pokazałoby, że rząd podejmuje konkretne kroki. Kwestia nielegalnej, masowej imigracji jest w tym momencie głównym zagrożeniem. Stąd rząd powinien się teraz zajmować bezpieczeństwem, to priorytet. Ludzie zamieszkujący wschodnią ścianę Polski obawiają się napływu hord ludzi m.in. z Afganistanu, pokieraszowanych przez działania wojenne. Obawiają się nie kobiet z dziećmi, ale młodych mężczyzn, którzy stanowią większość imigrantów pukających do drzwi Europy. W tej sytuacji nie możemy działać jak we mgle, ale musimy sobie uświadomić, jaki problem możemy mieć za chwilę w Polsce. Jeśli się nie zabezpieczymy, to obrazki nożowników atakujących kobiety w mini, jakie widzimy w krajach zachodniej Europy, mogą się stać codziennością także na naszych ulicach. Trzeba mieć wyobraźnię i od tego są odpowiednie służby i cały rząd, który ma obowiązek zacząć rozwiązywać sprawy – w tym momencie – najbardziej dla nas istotne. 

Pana zdaniem rząd w tej materii się nie sprawdza?

– Odnoszę wrażenie, że polski rząd podchodzi do kwestii imigracji i wszystkich zagrożeń z tym związanych w sposób propagandowy. Mówiąc krótko – rząd wie doskonale, że Polacy się boją, więc w eter puszczane są informacje, które podbijają piłeczkę, że w Europie Zachodniej jest terroryzm, ale rząd nie odrabia własnej lekcji. Tymczasem tu chodzi o to, żeby nie uprawiać propagandy, ale żeby realnie zabezpieczać Polskę, żeby podejmować konkretne decyzje w tym zakresie. Politycy spierają się zwykle o rzeczy mało istotne. Czasami w debacie pojawiają się sprawy ważniejsze, ale bez podejmowania odpowiednio śmiałych decyzji. Oczywiście, jest to pewne uogólnienie, bo nie chcę przez to powiedzieć, że jest to norma, ale jest pewna tendencja, która musi niepokoić. Zresztą to samo widać w Unii Europejskiej, gdzie Bruksela i elity unijne zachowują się jak dzieci we mgle, nie potrafiąc stawić czoła realnym problemom czy zagrożeniom. Za to bardzo dużo jest ideologicznych deklaracji. Tym bardziej my – nie oglądając się na innych – powinniśmy robić to, co jest ważne dla Polski i dla Polaków. Musimy się zatroszczyć o siebie samych, bo nikt nas w tym nie wyręczy. Prezydent Joe Biden, kanclerz Angela Merkel czy impotentna Bruksela nam nie pomogą, dlatego – wzorem premiera Węgier Viktora Orbana – powinniśmy zadbać o swój kraj i zabezpieczyć własne społeczeństwo.

         Dziękuję za rozmowę.    

Mariusz Kamieniecki