Gra na emocjach
Czwartek, 12 sierpnia 2021 (20:40)Z Andrzejem Rozpłochowskim, działaczem opozycji antykomunistycznej rozmawia Mariusz Kamieniecki
Mimo okresu wakacyjnego na scenie politycznej bardzo dużo się dzieje. Mamy wstrząs w koalicji Zjednoczonej Prawicy.
– Od początku byłem zaskoczony obecnością Jarosława Gowina w Zjednoczonej Prawicy. W mojej ocenie był absolutnie niewiarygodny. Cały czas prowadził swoją egocentryczną politykę. W rządzie realizującym pewną politykę, z założenia nie może być wielogłosu. Już w ubiegłym roku, kiedy z powodu właśnie Jarosława Gowina wynikło zamieszanie z wyborami prezydenckimi, powinien zostać usunięty z rządu. Zamiast tego otrzymał kolejną szansę.
Wystarczyło kilka godzin, żeby Gowin zmienił front i głosował wespół w zespół z opozycją totalną…
– Moim zdaniem Jarosław Gowin po cichu zawsze trzymał z opozycją totalną, z której przecież wyrósł. Ta jego szybka zmiana frontu tylko pokazuje, jakie są jego rzeczywiste intencje. Na razie liberalne media czerpią z niego, ale kiedyś i to się skończy. Jarosław Gowin jest na najlepszej drodze, żeby osiągnąć poziom Donalda Tuska czy Radosława Sikorskiego i innych posłów Platformy. Moje zdanie na temat tej formacji jest bardzo krytyczne.
Nowelizacja ustawy medialnej, Kodeksu postępowania administracyjnego, budzi sprzeciw właśnie totalnej opozycji i liberalnych mediów. Można rzec, że kiedyś Moskwa pisała nam scenariusze i zatwierdzała ustawy, a teraz w tę rolę wciela się Waszyngton, Bruksela czy Tel Awiw...
– Po dojściu do władzy w Stanach Zjednoczonych obozu liberalno-lewicowego, gdzie prezydentem został Joe Biden, widać jak na dłoni, na czym polega zmiana polityki Białego Domu. Gdyby nadal rządził konserwatywny Donald Trump i siły republikańskie, to sądzę, że nie byłoby nacisków na Polskę ze strony Stanów Zjednoczonych jako państwa w związku z regulacjami dotyczącymi ustawy medialnej. Natomiast skoro prezydentem jest przedstawiciel amerykańskich sił liberalno-lewicowych, to nie dziwmy się, że taki płynie głos z Waszyngtonu. Powiedzmy sobie wprost, że ustawa medialna nie ma nic wspólnego z ograniczeniem wolności mediów, tylko dotyczy kwestii własności mediów w tym sensie, że obcy kapitał nie ma prawa posiadać w Polsce więcej niż 49 proc. udziałów w jakimkolwiek medium.
Co więcej, to nowe prawo nie odbiega od prawa obowiązującego na Zachodzie…
– Dokładnie tak. Takie zaostrzenia są w Stanach Zjednoczonych, a także w państwach Unii Europejskiej, z Niemcami na czele.
Czy to oznacza, że innym wolno więcej?
– Próbuje się nas do takiej roli sprowadzać. Obcy kapitał w ich krajach nie może mieć pakietu kontrolnego, natomiast w Polsce chcą narzucać swoją wolę. Byli przyzwyczajeni do stosowania wobec nas dyktatu, kiedy Polską rządziły liberalno-lewicowe elity III RP, które wystawiały nasz kraj na żer i dbały o interesy obcych. Gdyby o Polskę dbano, gdyby po 1989 roku nasz kraj uzyskał rzeczywistą niepodległość oraz suwerenność i Polską rządziliby patrioci, to taka ustawa medialna o ograniczeniu obcego kapitału w mediach na terenie Polski maksimum do 49 proc. już dawno mogła być sporządzona. Dopiero dzisiaj tą nowelizacją nadrabiamy czas i walczymy o przywracanie suwerenności naszego kraju, Narodu i państwa.
Czy na tej ustawie medialnej powinno się skończyć? Może potrzebne są kolejne działania?
– Oczekuję, że w ślad za tą ustawą musi pójść zakaz sprzedaży polskiej ziemi obcemu biznesowi. I tego dopominam się bardzo zdecydowanie. Jako wolnościowcy witamy obcy kapitał, który chce inwestować w naszym kraju, ale obcy kapitał nie może mieć prawa nabywania ziemi pod fabryki czy działalność, jaką podejmuje. Tak jest w Stanach Zjednoczonych i innych szanujących się państwach. Ziemia musi być naszą własnością. Musimy zadbać także o suwerenność, o własność naszej ziemi. Tyle Rzeczypospolitej, ile ziemi w naszych rękach.
Aktywiści protestujący w obronie „wolnych mediów” po głosowaniu nad ustawą medialną zaatakowali pod Sejmem posła Konfederacji Dobromira Sośnierza. Do czego może doprowadzić ta fala agresji?
– Już jeden Cyba był i nie można pozwolić, żeby taka tragedia się powtórzyła. Natomiast powrót Donalda Tuska – po jego zadaniowej karierze przez Niemcy w Brukseli – ma określony cel: posklejać upadającą Platformę. Tusk liberalno-lewicowy ruch na nowo nakierowuje na konflikt, na podgrzewanie emocji – także na ulicach. Na programy polityczne, wolnościowe, gospodarcze dla Polski te środowiska nie mają szans konkurować z PiS-em. Myślę, że dopóki będą mogli, dopóty będą eskalować konflikt i przemoc także na ulicach. Wskrzeszone z niebytu bojówki KOD-u atakujące posła Sośnierza – to może być zapowiedź wzrostu agresji. Co gorsza, mogą do tego używać także zrewoltowanej młodzieży, która działa w różnych fundacjach o charakterze liberalno-lewicowym otwieranych nie tylko w Warszawie i większych miastach, ale także w tzw. Polsce powiatowej.
Na demoralizację polskiej młodzieży płyną grube miliony euro m.in. ze strony zagranicznych fundacji. Skutkiem tego są wywrotowe akcje na ulicach, ataki na symbole religijne, kościoły, kapłanów – na wszystkich, na których otrzymają zlecenie. Chciałbym, żeby państwo polskie zajęło się egzekwowaniem prawa od tych ludzi, którzy podgrzewają emocje. Albo będziemy odważnie i zdecydowanie kładli kres tym działaniom wywrotowym i tam, gdzie trzeba – delegalizowali działalność określonych grup, albo nam wejdą na głowę. Tego zdziczenia nie wolno tolerować.