Ewangelia
Niedziela, 8 sierpnia 2021 (08:14)J 6,41-51
Żydzi szemrali przeciwko Jezusowi, dlatego że powiedział: „Ja jestem chlebem, który z nieba zstąpił”. I mówili: „Czyż to nie jest Jezus, syn Józefa, którego ojca i matkę my znamy? Jakżeż może On teraz mówić: Z nieba zstąpiłem”.
Jezus rzekł im w odpowiedzi: „Nie szemrajcie między sobą! Nikt nie może przyjść do Mnie, jeżeli go nie pociągnie Ojciec, który Mnie posłał; Ja zaś wskrzeszę go w dniu ostatecznym. Napisane jest u Proroków: ’Oni wszyscy będą uczniami Boga’. Każdy, kto od Ojca usłyszał i przyjął naukę, przyjdzie do Mnie. Nie znaczy to, aby ktokolwiek widział Ojca; jedynie Ten, który jest od Boga, widział Ojca. Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto we Mnie wierzy, ma życie wieczne.
Ja jestem chlebem życia. Ojcowie wasi jedli mannę na pustyni i pomarli. To jest chleb, który z nieba zstępuje: Kto go je, nie umrze. Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli ktoś spożywa ten chleb, będzie żył na wieki. Chlebem, który Ja dam, jest moje Ciało, wydane za życie świata”.
Rozważanie
Pokarm na wieczność
Kontynuujemy lekturę rozdziału szóstego Ewangelii według św. Jana, zawierającego mowę Jezusa w synagodze Kafarnaum. Przedstawia siebie jako chleb żywy, który zstąpił z nieba. Zapewnia jednocześnie, że kto będzie spożywał ten chleb, będzie żył na wieki. Konkretyzuje zapowiedź bliżej: „Chlebem, który Ja dam, jest moje ciało za życie świata”. To wzbudza szemranie, powątpiewanie.
Powyższy fragment w dzisiejszej liturgii słowa nieprzypadkowo zostaje zestawiony z wydarzeniem opisanym w pierwszym czytaniu: oto prorok Eliasz, ratując życie przed zemstą okrutnej królowej, ucieka na pustynię. Chce umrzeć! Nie ma już nic. Stracił poczucie misji, dotknął dna. I wtedy Bóg ratuje go, wchodzi w jego bezradność, w jego „głód sensu istnienia”, wypełnia sobą całkowicie pustkę, jaka powstała.
Przenosząc to w nasze realia: w tym momencie powracamy do myśli, jaka pojawiła się przed tygodniem, mianowicie nader często nie czujemy potrzeby karmienia się Ciałem Chrystusa – Eucharystią, ponieważ nie nosimy w sobie głodu Boga. Mamy umysł i serce tak bardzo wypełnone innymi treściami, nadziejami, planami, że dla Niego nie ma miejsca. Wydaje się całkowicie zbędny. Umieramy z głodu na różnych egzystencjalnych „prywatnych” pustyniach, nie dopuszczając myśli, że Ktoś może i chce nas uratować.
I jeszcze jedno: ciekawe, że pomimo upływu tylu wieków podawanie w wątpliwość konieczności karmienia się Ciałem Chrystusa jest dziś udziałem niemałej grupy wierzących, czy uściślając, przynajmniej tak siebie definiujących. – Po co mi Kościół, Msza św., sakramenty? Szum lasu, śpiew ptaków, bycie dobrym człowiekiem wystarczą – tłumaczą. Czy aby na pewno? Jak zatem wytłumaczyć słowa samego Chrystusa: „Jeżeli nie będziecie spożywali Ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie” (J 6,53). One nie pozostawiają złudzeń.