Niszcząca dziura cywilizacyjna się powiększa
Wtorek, 13 lipca 2021 (14:19)Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, wykładowcą z KUL i WSKSiM, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Litwa w związku z nasilającą się falą migracyjną wzmocniła kontrole granicy z Białorusią, ale też z Polską. Czy szykuje się nam kolejny kryzys migracyjny?
– Na razie problem jest lokalny, trudno więc to oceniać jako problem globalny. Tak czy inaczej na pewno jest to część większej całości – problemu, który się pojawił kilka lat temu i z różną częstotliwością się nasila, obejmując kolejne obszary. Słyszymy, że w ciągu doby granicę białorusko-litewską przekracza kilkadziesiąt osób – głównie obywatele krajów Bliskiego Wschodu i Afryki. Co więcej, Litwa mówi, że to Białoruś wspiera, a przynajmniej nie przeszkadza w przemieszczaniu się tych ludzi dalej na zachód. Zatem na razie jest to kryzys lokalny. Trudno w tym momencie powiedzieć, jak może się to rozwinąć, ale na pewno jest to problem. W ogóle kwestia migracji we współczesnym świecie to jest spory problem kulturowy i humanitarny zarazem. Wiemy, że istnieje ogromna przepaść, są wielkie dysproporcje między państwami rozwiniętymi, bogatymi a krajami biednymi. Zachód ma też sporą dziurę demograficzną, którą chciał zapełnić przybyszami z Afryki i Bliskiego Wschodu. Tylko że chęć zdobycia taniej siły roboczej w dłuższej perspektywie się nie opłaciła, bo ci ludzie – ogromna ich większość – nie przybywają do Europy, żeby pracować, tylko liczą na zasiłki. Ponadto muzułmanie nie przybywają tu, aby się zasymilować z naszą kulturą, ale żeby nam narzucić swoje wartości. Problem zatem się nasila i nie jest tak – jak niektórzy twierdzą – że najlepiej zostawić to wszystko biegowi zdarzeń, że nic złego się nie stanie. Niestety, rzeczywistość pokazuje nam zupełnie co innego.
Litwa ogłosiła stan wyjątkowy w całym kraju, rząd w Wilnie uważa też, że jest to forma wojny hybrydowej prowadzonej przez Mińsk. To wskazuje, że sytuacja jest poważna. Falę uchodźców mogłaby zastopować Białoruś, ale Łukaszence bardziej chyba zależy na wyekspediowaniu problemu – nielegalnych imigrantów dalej, do Europy Zachodniej…
– Oczywiście, im więcej niepokoju w otoczeniu, tym dla Łukaszenki lepiej. Wiemy przecież, że białoruski dyktator ma potężne problemy u siebie, i to nie jest tylko kwestia relacji z zagranicą. Łukaszenka ma przede wszystkim problemy z własnym społeczeństwem, które powoli budzi się do niepodległości, chce się wybić na niezależność i nad tym społeczeństwem coraz trudniej jest mu zapanować. W związku z tym im więcej się dzieje na zewnątrz, im więcej chaosu można wywołać u sąsiadów, tym Łukaszenka może sobie na więcej pozwolić, a na pewno efektem tego jest mniejsze zainteresowanie nim i jego działaniami. Poza tym Łukaszenka realizuje politykę moskiewską, a dla Putina destabilizacja świata Zachodu jest na rękę. Zatem tutaj sprzeczności nie ma. Proszę też pamiętać, że Łukaszenka jest bardzo zdeterminowany, bo jego sytuacja jest bardzo trudna.
W ubiegłym tygodniu na granicy litewsko-białoruskiej rozpoczęto budowę zasieków, podjęto też decyzję o rozpoczęciu budowy płotu granicznego. W Polsce temat budowy płotu na wschodniej granicy był już poruszany. Może warto byłoby do tego wrócić?
– Jest pytanie na ile taka inwestycja okazałaby się skuteczną zaporą dla nielegalnej imigracji. Natomiast generalnie chodzi raczej o to, że kryzys między Wschodem i Zachodem się pogłębia. W tym momencie mówimy o Białorusi, ale problem jest szerszy. Jest też pytanie, czym będzie taki ewentualny płot na wschodniej granicy, czy nie będzie symbolem oddzielenia. Oczywiście – z drugiej strony – potrzebna jest jakaś próba obrony przed wojną hybrydową, która ma różne oblicza i – jak widać – przybiera postać konfliktów militarnych czy cyberataków. W tym wypadku mamy do czynienia z imigranckim atakiem, więc różne mogą być sposoby generowania konfliktów, co zapewne wymusi też szeroki wachlarz reagowania. Natomiast w tej sytuacji nie wiem, czy płot na granicy to będzie dobry pomysł, ale na pewno trzeba się bacznie przyglądać temu, co się dzieje za naszą wschodnią granicą i co będzie – także w formie nielegalnych imigrantów – się do nas przemieszczało.
Pandemia i kolejne fale zakażeń zepchnęły problem imigrantów na bok, ale nie oznacza to, że problem zniknął. Co więcej, nierozwiązany – zaczyna powracać i będzie się rozprzestrzeniał jeszcze bardziej?
– Problem imigrantów nie zniknął, bo wciąż są ludzie, którzy szukają poprawy warunków swojego życia i w poszukiwaniu tego wszystkiego są gotowi na poświęcenia, aby tylko dostać się do tzw. lepszego świata. Dysproporcje między światem Afryki, Bliskiego Wschodu a Zachodem są przeogromne. I pytanie, jakie w tej sytuacji należy postawić, brzmi: co na przestrzeni lat – od momentu kiedy pojawił się kryzys uchodźczy, ale także wcześniej – co Zachód zrobił, aby te dysproporcje wyrównać, a przynajmniej zmniejszyć, żeby nie było tak dużego napięcia w sensie poziomu życia? W tym względzie wydaje się, że nie zrobiono nic. Polityka otwartych drzwi, jaką zapoczątkowała kanclerz Niemiec Angela Merkel, polityka multikulturalizmu dzisiaj bankrutuje, co wszyscy widzą, wszyscy o tym mówią. Jeśli jednak demografia jest taka, że na Zachodzie mamy ujemny przyrost, a w Afryce Północnej czy na Bliskim Wschodzie przyrost ludności jest duży, to w sposób oczywisty – wśród tych ludzi – pojawia się chęć ucieczki do lepszego świata. Poniekąd trudno też dziwić się tym ludziom, że w tym kierunku dążą, że chcą poprawy swoich warunków życia. Z drugiej strony to są ludzie ze świata zewnętrznego, obcy nam kulturowo, co sprawia, że zetknięcie się tych różnych światów powoduje konflikt. Sytuacja jest zatem bardzo poważna i dynamiczna. Tym bardziej że nic się nie robi, żeby te problemy migracyjne trwale, systemowo rozwiązywać. Owszem, słyszymy, że Unia Europejska i państwa członkowskie intensyfikują wysiłki, by wypracować skuteczną, humanitarną i bezpieczną europejską politykę migracyjną, ale są to tylko pięknie brzmiące i działania doraźne, tymczasem efektów długofalowych wciąż brak.
Wspomniał Pan Profesor o różnicach kulturowych, co powoduje, że imigranci muzułmańscy nie tylko nie chcą się zasymilować z naszą zachodnią kulturą, ale chcą nas zdominować i narzucać nam swoje zasady. Na przykład we Francji pojawiają się obawy, że kraj się rozpada. Rosną meczety, a katolickie świątynie płoną. Jak to zatrzymać, bo najwyraźniej pomysłów, a na pewno działań w tym kierunku nie widać?
– Rzeczywiście, słyszymy, że we Francji w ekspresowym tempie wznoszone są meczety, podczas gdy w tym samym tempie niszczone, podpalane są chrześcijańskie budynki sakralne. Te obiekty sakralne, często zabytkowe, są niszczone przez pożary lub rozbierane, czy też przekształcane w obiekty niemające nic wspólnego z ich religijnym charakterem. Ponadto na porządku dziennym są profanacje miejsc kultu religijnego czy kradzieże w kościołach. Liczba ataków na miejsca kultu religijnego rocznie idzie w setki. To wszystko z jednej strony pokazuje wrogość do religii chrześcijańskiej, a z drugiej – brak odpowiedniej reakcji francuskiego społeczeństwa na takie akty niszczenia naszej chrześcijańskiej cywilizacji. I Polska jest w tym momencie jednym z niewielu państw na świecie, które są zdolne ocalić wolność w tej wielkiej toczącej się bitwie cywilizacyjnej. Natomiast działania na Zachodzie są takie same w stosunku do nas, jak i do Węgrów i polegają na próbach rozsiania po świecie rewolucji neomarksistowskiej, rewolucji seksualnej, która ma być wykładnią jakiegoś zunifikowania zarówno imigrantów, jak i tych państw, z których ta imigracja wychodzi. Mamy próby regulacji poczęć i cały szereg rzeczy, które w zamyśle rewolucjonistów mają to wszystko scalić. Tyle że jest to słabe, a problem kulturowy i cywilizacyjny narasta, niszcząca dziura cywilizacyjna coraz bardziej się powiększa i w tę dziurę wchodzą muzułmanie. I będą wchodzić, bo mają duży przyrost naturalny. Ratunek jest przede wszystkim we wzmocnieniu siebie od strony kulturowej, bo degradacja własnej kultury prowadzi do jej zniszczenia.