Tusk przybył, by dzielić
Wtorek, 6 lipca 2021 (19:59)Z prof. dr. hab. Grzegorzem Kucharczykiem, historykiem z PAN, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Donald Tusk wprawdzie objął stery Platformy, ale jak mówią posłowie tej formacji, wybory w Platformie nie odbędą się szybko. W środowisku Platformy przeważa też pogląd, że Donald Tusk wrócił do Polski z programem. Z jakim programem, jak to wygląda od strony merytorycznej?
– Jedyny program, jaki zaprezentował Donald Tusk, można streścić, parafrazując znany wierszyk Jana Brzechwy: PiS jest dziki, PiS jest zły, PiS ma bardzo ostre kły. I ta bajka kolejny raz jest serwowana Polakom. Oczywiście, PiS nie jest formacją idealną, ale cała ta sytuacja pokazuje ubóstwo intelektualne – nie tylko Donalda Tuska, reklamowanego jako mąż opatrznościowy Platformy, ale ogólnie całego tego środowiska anty-PiS-owskiego. Należy tu też uwzględniać konteksty zewnętrzne. Mianowicie, nie można wykluczyć, że niemieccy przyjaciele Donalda Tuska stwierdzili, że jednak lepiej będzie – z ich punktu widzenia – żeby był w Polsce, jak sam to mówi, na sto procent, a nie jako figurant na kolejnym europejskim, lukratywnym stanowisku. Z drugiej strony jest kontekst, nazwijmy go, wewnątrzopozycyjny, gdzie toczy się walka między Polską 2050 Szymona Hołowni a Platformą. Niektórzy mówią, od czego osobiście się odcinam, że formacja Szymona Hołowni to partia amerykańska, natomiast Platforma to partia niemiecka. Chodzi o to, że Niemcy oraz Amerykanie pod przywództwem nowej administracji Joe Bidena, w ramach zrewaloryzowanego partnerstwa, układają sobie nowe, bardziej ocieplone relacje. I odprysk tego ocieplenia, tego układu relacji amerykańsko-niemieckich, mamy też w Polsce.
Tak czy inaczej nie można wykluczyć, że Donald Tusk wrócił do Polski, aby realizować interesy niemieckie. Tym bardziej że Niemcy jego powrót do Polski uznali za wydarzenie i określili jako „spektakularny comeback”.
– Donald Tusk oczywiście nie powie, że przyjechał realizować interesy niemieckie, ale interesy europejskie, czy inaczej, aby w sposób właściwy zabezpieczyć miejsce Polski w Europie. Tak naprawdę nikt nie kryje – nawet w Berlinie – że pozycja Niemiec w Europie rośnie, i to pod każdym względem – politycznym i gospodarczym. Oczywiście, tak jest. Ponadto trzeba pamiętać, że na horyzoncie są setki miliardów euro w ramach nowej perspektywy unijnej na lata 2021-2027, pomijając już mocno przegrzewany propagandowo Polski Ład. I to, kto będzie dysponował tymi środkami, jest zawsze grą wartą świeczki, wartą tego, żeby Donald Tusk porzucił bezpieczne, lukratywne miejsce w Europie i zajął się polską polityką. Jest jednak i druga strona medalu. Mianowicie: czy można dwa razy wejść do tej samej rzeki i to po kilku latach? Odpowiedź jest prosta – nie można.
Tym bardziej że młode pokolenie Polaków, które prawa wyborcze nabyło niedawno, nie pamięta Donalda Tuska, szczególnie z polskiego okresu…
– A jeśli nawet pamięta, to w fikuśnej czapeczce podczas wizyty w Peru albo jako człowieka, który jako szef rządu w 2014 roku wysyłał funkcjonariuszy ABW do redakcji „Wprost”, aby wyrywać laptopa redaktorowi naczelnemu tygodnika. Ludzie będą go pamiętać i pamiętają jako tego, dla którego Ambasada RP na Kubie zajmowała się sprowadzaniem drogich, kubańskich cygar, czym chwalił się Radek Sikorski na słynnych taśmach od „Sowy”. Jeśli chodzi o ludzi młodych, młodych wyborców, to oczywiście jest tutaj kontekst ścierania się z Polską 2050 Szymona Hołowni. Wydaje się, że – przynajmniej w tym momencie – gra toczy się o to, kto będzie wyżej w sondażach: Platforma czy Polska 2050. Dla Platformy – formacji z wielkimi ambicjami i aspiracjami – utrata poparcia i de facto zdegradowanie do trzeciego miejsca sondażowego podium – za PiS-em i Ruchem Hołowni – było i jest czymś upokarzającym, dlatego chcą odwrócić ten niekorzystny trend. Wejście Tuska na polską scenę polityczną i wymiana przewodniczącego jest podobnym manewrem, który Platforma wykonała w ubiegłym roku podczas kampanii prezydenckiej, kiedy Małgorzatę Kidawę-Błońską – „prawdziwą prezydent”, która szorowała po dnie sondaży, zastąpił Rafał Trzaskowski. Teraz kalkulacja jest podobna i chodzi o to, żeby się odbić, zachować twarz i poprawić pozycję. Tak już jest, że kiedy parlamentarzyści widzą, że partia traci w sondażach, zaczynają kalkulować, czy w przyszłej kadencji znajdą się w Sejmie – nawet jeśli przypadnie im w udziale tzw. miejsce biorące. Stąd też pojawiło się żądanie tzw. partyjnych dołów, żeby kierownictwo Platformy coś z tym zrobiło.
I wymyślili powrót Donalda Tuska…
– Dokładnie, i to powrót na sto procent. To też koresponduje z zamysłami polityki europejskiej – czytaj niemieckiej. I tutaj te dwa żądania się spotkały.
Jest pytanie, czy te żądania – zwłaszcza po stronie Platformy – zostaną spełnione?
– Nie jest żadną tajemnicą, że Donald Tusk nigdy nie był politykiem, który należałby do tytanów mrówczej pracy organizacyjnej. Teraz widać, że po siedmiu latach w Brukseli wciąż tych umiejętności nie nabył, trudno więc oczekiwać cudów.
Wcześniej wspomniał Pan, że Niemcy uznali, iż Donald Tusk będzie bardziej usłużny w Polsce niż na posadzie brukselskiej. Tymczasem słychać, że poprzedni przewodniczący Rady Europejskiej Herman van Rompuy ma się dobrze i zarabia na wykładach. Dlaczego Donald Tusk nie korzysta z tego przywileju?
– Żeby być zapraszanym na odczyty czy wykłady, trzeba być np. laureatem ważnej, prestiżowej nagrody, jak Nagroda Nobla, i wtedy można jeździć z wykładami po świecie, często nie mając nawet nic ciekawego do powiedzenia. Liczy się to, że przybywa noblista. Lech Wałęsa czy Olga Tokarczuk są tego najlepszym przykładem. Ale jeśli nawet nie jest się noblistą, czy dajmy na to laureatem nagrody Pulitzera, to trzeba mieć coś do powiedzenia, nie tylko merytorycznie, trzeba też posługiwać się językiem czy językami obcymi. Mówimy tu bowiem o wykładach dla przedstawicieli świata zachodniego, więc niezbędna jest umiejętność płynnego posługiwania się przynajmniej językiem angielskim. Wykłady tego typu to nie tylko odczytanie przygotowanego tekstu, ale też odpowiedzi na pytania zadawane w trakcie takich spotkań. Chodzi zatem o to, żeby znajomość języka była odzwierciedleniem giętkości myśli. Tyle że w jednym i drugim przypadku – jeśli chodzi o Donalda Tuska – można mieć uzasadnione wątpliwości. I być może tu tkwią przyczyny, dlaczego Tusk nie ruszył w tournée z wykładami. Chociaż wydaje się, że sam zainteresowany będzie miał na to proste wytłumaczenie: że jest pandemia.
Wystąpienia Donalda Tuska nie mają pojednawczego tonu, wprost przeciwnie, jest antagonizowanie Polaków. Czym może zakończyć się polityka podpuszczania ludzi przeciwko sobie?
– To, co pan redaktor nazywa antagonizowaniem ludzi, sztab czy otoczenie Donalda Tuska nazwie raczej mobilizacją twardego elektoratu. Tak czy inaczej dla całej Rzeczypospolitej nie może się to skończyć dobrze, natomiast dla partykularnych partyjnych interesów, na krótką metę, to mobilizowanie twardego elektoratu może się okazać korzystne, ale patrząc szerzej, takie podsycanie nastrojów zatruwa debatę publiczną. Znając Donalda Tuska, chyba trudno sobie wyobrazić pojednawczy ton, chyba nie po to wrócił na sto procent do polskiej polityki. On wrócił po to, żeby przypomnieć wszystkim, że PiS jest zły.
Czy efekt Tuska może dać trwały wzrost poparcia dla Platformy, czy może wyborcy pozostaną przy bardziej stonowanym Szymonie Hołowni zamiast popierać agresywnego Donalda Tuska?
– Trudno jednoznacznie powiedzieć. Być może wzrost poparcia dla Platformy się pojawi, ale czy na dłużej – śmiem wątpić. Wydaje się, że na obecnym etapie stratedzy, którzy wymyślili powrót Donalda Tuska – jak sam mówi – na sto procent, cel średnioterminowy widzą raczej w tym, żeby przeskoczyć Hołownię. Chodzi o to, żeby w rozdaniu opozycyjnym kolejność „dziobania” została na dawnym, utrwalonym poziomie, czyli Platforma i dopiero po niej ktoś inny. Czy to wystarczy, żeby wygrać wybory parlamentarne? Szczerze wątpię.
Szymon Hołownia na razie nie musi się wysilać. Pozostaje mu zatem czekać, co zrobi Tusk.
– Wiele możemy mówić na temat efektu świeżości Szymona Hołowni, co jest mocno dyskusyjne, ale trzeba przede wszystkim patrzeć, jak ludzie to odbierają. Ludzie mogą błędnie odbierać takiego czy innego polityka, ale to, że w ogóle go odbierają, jest faktem. Można się nie zgadzać z faktami, ale nie sposób z nimi dyskutować. Szymon Hołownia oczywiście ma pewne poparcie wśród ludzi młodych i być może Donaldowi Tuskowi chodzi o zabezpieczenie twardego elektoratu Platformy przed ewentualnymi przepływami. Tylko czy to jest wyjście, czy to daje jakąś perspektywę, czy Donald Tusk, który nie jest świeżą twarzą, nie jest żadną nową jakością, czy taki Tusk jest w stanie pociągnąć za sobą ludzi, którzy mogą go pamiętać z wydarzeń, o których wcześniej już powiedzieliśmy. To jest oczywiście bardzo wątpliwe, a poza tym czas ucieka i lata robią swoje. Donald Tusk opuszczał polską politykę w 2014 roku, czyli siedem lat temu, dla niego były to oczywiście lata tłuste – patrząc na lukratywne stanowiska, jakie zajmował w Brukseli, czyli przewodniczącego Rady Europejskiej czy obecnie szefa Europejskiej Partii Ludowej, ale w tym czasie zmieniła się Polska, ale również Platforma. Przyszła też nowa grupa wyborców, którzy nawet w tym targecie, w który celuje Platforma, niekoniecznie widzą w Tusku świeżą jakość i bardziej orientują się na Hołownię czy bliżej im do postaci niekoniecznie związanych z polityką, w którą właściwie od początki III RP był uwikłany Donald Tusk.