Internet będzie odgrywał większą rolę
Piątek, 18 czerwca 2021 (16:16)ROZMOWA z dr hab. Agnieszką Ziomek, profesorem Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu
Jak dotychczasowe lockdowny wpłynęły na kondycję poszczególnych sektorów gospodarki i na sytuację pracowników?
– Z danych ekspertów PKO oraz informacji, które przedstawia prof. Adam Glapiński, prezes NBP, wynika, że rezultaty, jakie pojawiły się w handlu i produkcji, były bardzo zróżnicowane pod względem poszczególnych branż. Co więcej, różnie się kształtowały w ramach poszczególnych lockdownów. Mówiąc o obecnej sytuacji, to największe zyski ma sektor żywności, przetwórstwa i sprzedaży oraz sektor odzieżowy – w zależności od sezonu. Z kolei branżami, które najbardziej ucierpiały, były branże turystyczna i hotelarska. Co do bezrobocia, jeśli weźmie się pod uwagę statystykę stopy bezrobocia, to jednak jest ono wyższe niż rok temu. Warto też zwrócić uwagę na zmieniającą się statystykę bezrobocia, bo masa ludzi weszła na rynek pracy przez to, że można było pracować zdalnie, i ci, którzy opiekowali się starszymi czy dziećmi, zaczęli aktywnie zarabiać. Poza tym jako Polska jesteśmy w bardzo dobrej sytuacji, bo przez ostatnie półtora roku – w przeciwieństwie do krajów zachodnich – nie mieliśmy problemów ze zbytem, zwłaszcza półproduktów czy komponentów, które odbierały od nas globalne korporacje.
A jeśli chodzi o sektor usługowy?
– Korzystna sytuacja dotyczy sektora usługowego, który mimo pandemii nie zgasł, dlatego że wiele centrów obsług wspólnych – księgowych, finansowych – w Polsce utrzymywało zatrudnienie oraz procesy produkcyjne usług. Podobnie cały sektor bankowo-kapitałowy, który jeszcze przed pandemią przygotował się do tego typu rozwiązań. To sprawiło, że dla nich przejście na pracę zdalną nie było problemem. Jedynie w zakładach produkcyjnych dla księgowości i administracji było to szokiem, podobnie zresztą jak w szkolnictwie czy w ochronie zdrowia. Wszędzie indziej, gdzie następuje obrót pieniądza, gdzie nie ma klientów stacjonarnych, takich kłopotów nie było. To powoduje, że ten sektor jest dzisiaj zorientowany, aby iść w układ hybrydowy, precyzyjnie mówiąc: dwa plus trzy, czyli trzy dni zdalne, dwa stacjonarne, co wydaje się organizacyjnie najlepiej sprawdzać.
Zajmuje się Pani Profesor badaniem wyników wpływów na produktywność rozwiązań zdalnych i niezdalnych. Jakie wnioski się nasuwają?
– Wygląda na to, że różnicy nie ma, nikt nie traci na tym, że przechodzi na system zdalny. Pracownik pracuje, jak pracował w systemie stacjonarnym, natomiast zmieniają się jego warunki pracy. Dlatego lepiej jest odpowiednio o nie zadbać, tak żeby pracownik mógł świadczyć pracę hybrydowo, dajmy na to trzy dni zdalnie, a dwa dni stacjonarnie. Natomiast pojawił się problem z młodymi pracownikami, bo wszyscy, którzy pracowali stacjonarnie, mając zatrudnienie na czas określony, próbny bądź stażowy, poszli na bruk z uwagi na to, że były to sektory z dużą rotacją zatrudnienia. Dlatego całe pokolenie ludzi „35 minus” w styczniu 2020 r. straciło momentalnie pracę. Co należy podkreślić, oni do dzisiaj nie odrobili tych strat. Zasadniczo ci, którzy pracowali w sektorze materialnym i wcześniej sobie dorabiali w czasie lockdownów, stracili taką możliwość, za to ci, którzy pracują w sektorze usług niematerialnych, mają się całkiem dobrze.
Koronawirus i lockdowny wpłynęły na sprzedaż w internecie. Czy można mówić o stałym trendzie, czy to tylko chwilowa tendencja?
– W mojej ocenie jest to kwestia wstrząsu pandemicznego. Nie można tego traktować wprost jako utrzymanie się zwiększonego popytu na sprzedaż zdalną. Natomiast zmieniać się może trwale – w handlu – strategia obsługi klienta stacjonarnego, która może polegać na tym, tak jak to już od dawna jest na Zachodzie, że sklepy będą głównie służyły do ekspozycji, a nie do sprzedaży. Zatem stacjonarnie będziemy oglądać interesujące nas produkty, by potem zamówić je on-line, i ta tendencja może się nasilić. Już dzisiaj w wielu sklepach – dajmy na to ze sprzętem AGD – stosuje się rozwiązania polegające na redukcji magazynu do dwóch, trzech sztuk, bo klient zamawia on-line. I tego typu rozwiązania, ten model handlu może zagościć u nas na dłużej. Sklep będzie tani, bo nie będzie musiał zatrudniać obsługi w takim wymiarze jak obecnie, podobnie dotyczy to magazynów, natomiast wynagrodzenia zostaną przekazane na przykład do takich spółek jak Amazon, który będzie pośrednikiem w dostarczaniu produktów.
Czy to się może przełożyć na niższe ceny produktów w sklepach stacjonarnych?
– Niekoniecznie. To, że model będzie tańszy w utrzymaniu przez taki, a nie inny rodzaj sklepu, nie znaczy, że ceny oferowanych produktów spadną. Cena w handlu uzależniona jest od tego, ile klient zapłaci za dany produkt, a nie jaka jest wartość dodana. Wartość dodaną – w sensie funkcjonalności, przydatności produktu – definiuje producent, który jest pierwszym sprzedawcą. Natomiast pośrednik – handel – dokłada do tego marżę, która jest związana z tym, ile klient zapłaci. A klient zapłaci tyle, ile jest w stanie wydobyć od niego sprzedawca. Pamiętajmy też, że w sprzedaży internetowej stosuje się inne sztuczki, a w sprzedaży stacjonarnej inne. Jest zatem cała masa impulsów psychologicznych, które nakłada się na kupującego, a sukces mogą osiągnąć i jedna, i druga strona. Aczkolwiek w sensie wolumenu może być tak, że handel internetowy będzie odgrywał większą rolę z uwagi na to, że sklep tradycyjny nie będzie chciał ponosić kosztów obsługi, zamówień, magazynu, ochrony mienia i nie będzie też chciał zatrudniać wielu sprzedawców do absorbowania uwagi klientów. Proszę zwrócić uwagę na sklepy oferujące obuwie, gdzie robot mierzy objętość stopy, a sprzedawczyni jest tylko po to, żeby się uśmiechnąć do klienta, który sam sobie zdejmie but z półki.
Duże sieci coraz częściej starają się obchodzić zakaz handlu w niedzielę i przekształcają się w placówki pocztowe. Jak się temu przeciwstawić?
– Dotykamy tu sfery prawnej. Ustawa ograniczająca handel w niedziele obowiązuje od 1 marca 2018 r. Co więcej, nie sprawdziły się rysowane różne czarne scenariusze przewidujące złe skutki ustawy dla właścicieli sklepów wielkopowierzchniowych. Nie słyszałam, żeby handlowcy ucierpieli finansowo. Pytanie, dlaczego mimo wszystko chcą obchodzić ten zakaz. Oczywiście można by mówić, że zwiększyły się daniny podatkowe z racji wielkich powierzchni, w związku z tym – biorąc też pod uwagę wzrost płacy minimalnej – w rachunkach wielkich korporacji handlowych może się pojawiać tendencja do uzupełniania dochodów przez handel w niedziele. Natomiast jeśli chodzi o pracowników, to faktem jest, że niedziela powinna być dla rodziny, i warto ten stan utrzymać, o czym bardzo zdecydowanie przypominają i bronią tego stanu związki zawodowe. W biznesie nie istnieje zasada unifikacji kultury, a interesy lokuje się tam, gdzie jest zysk. Zatem jeżeli legislacja pozwala, to wykorzystuje się maksymalnie te rozwiązania. Pojęcie zasad etycznych jest na ostatnim poziomie drabiny priorytetów biznesu, dla którego liczy się pieniądz. I nie łudźmy się, że biznesmen będzie się oglądał na to, co jest szanowane w polskiej kulturze, zwyczajach, tym bardziej że mówimy tu w większości o zagranicznych właścicielach sieci handlowych. To od nas w dużej mierze zależy, jak traktuje nas zagraniczny biznes, na ile sobie pozwolimy.