Za Bidena Ameryka słabnie w oczach
Poniedziałek, 7 czerwca 2021 (16:59)Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, wykładowcą z KUL i WSKSiM, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Donald Trump wystąpił podczas konwencji stanowej Partii Republikańskiej w Karolinie Północnej. Czy były prezydent, którego wystąpienie zostało przyjęte entuzjastycznie, wraca do gry?
– Donald Trump wystąpił w roli recenzenta obecnego prezydenta Stanów Zjednoczonych Joe Bidena, a więc tego, który po nim przyszedł i zastąpił go na najwyższym urzędzie. Z drugiej strony Donald Trump – mimo przegranej batalii o reelekcję – tak naprawdę nigdy nie wypadł z gry, a jego hasło „Uczyńmy Amerykę znów wielką” jest wciąż aktualne dla wielu. Owszem – chwilę przeczekał, zamilkł, przełknął gorycz przegranej, dał Joe Bidenowi możliwość pokazania się, zaprezentowana swoich działań, także możliwość popełnienia błędów i teraz, mając się do czego odnosić, przystępuje do ataku. Natomiast czy jego celem jest powrót na urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych, to w tym momencie trudno jednoznacznie powiedzieć. Na pewno ma teraz czas, żeby zgromadzić wokół siebie przeciwników Joe Bidena, a tym samym swoich zwolenników, i zbudować swoją pozycję.
Donald Trump wprawdzie nie mówi wprost o swojej kandydaturze, ale bardzo wyraźnie podkreśla 2024 rok, a więc datę wyborów prezydenckich…
– W sondażach Donald Trump pozostaje głównym faworytem do nominacji prezydenckiej Partii Republikańskiej w 2024 roku. Pamiętajmy jednak, że jest człowiekiem starszym i pojawia się pytanie – w jakiej kondycji będzie za dwa, trzy lata, czy będzie w stanie podjąć trudy kampanii prezydenckiej, a w przypadku ewentualnego zwycięstwa skutecznie zarządzać państwem. Wiek ma swoje prawa, a Donald Trump nie jest przecież młodzieniaszkiem. Jest zatem cały szereg pytań, które na razie pozostają bez odpowiedzi. Z drugiej strony skoro starszy i znacznie mniej sprawny Joe Biden sprawuje urząd prezydenta, to dlaczego nie mógłby być nim Donald Trump…
Trump bardzo mocno – w swoim stylu – punktuje błędy Joe Bidena i mówi wprost, że administracja obecnego prezydenta cofnęła rozwój Ameryki…
– Wprawdzie to dopiero początek kadencji Joe Bidena, ale rzeczywiście ruchy, jakie wykonuje obecny prezydent – głównie dotyczące gospodarki i bezpieczeństwa czy chociażby polityki migracyjnej – są niekorzystne dla państwa, co więcej, są w poprzek tego, co głosił i robił Donald Trump jako prezydent Stanów Zjednoczonych. Jedno jest pewne, że przy takim cenzorze jak Donald Trump prezydent Joe Biden na pewno nie będzie miał łatwo. Warto też pamiętać, że społeczeństwo amerykańskie, cała scena polityczna w Ameryce strasznie się podzieliła. W tej chwili bardzo mocno zarysowały się różnice, wręcz przepaści w rozumieniu rzeczywistości politycznej, a retoryka, jaką stosuje Donald Trump, odzwierciedla to, co aktualnie dzieli Amerykanów.
Jakie szanse ma Trump na ewentualny ponowny wybór, skoro media społecznościowe, w tym Facebook, Instagram czy Twitter, w znaczący sposób ograniczają jego działalność?
– To, o czym mówi pan redaktor, to prawda, ale w pewnym momencie to blokowanie Trumpa może przynieść odmienne skutki. Zatem czym bardziej Trump będzie wyciszany, tym bardziej będzie słuchany przez amerykańskie społeczeństwo. Nikt bowiem nie lubi – myślę, że Amerykanie w szczególności – ograniczania wolności słowa, wolności wypowiedzi, więc jeśli ktoś myśli, że da się takiego człowieka jak Trump – człowieka rozpoznawalnego, człowieka o wielkich możliwościach, także finansowych, że da się kogoś takiego wyciszyć, wyłączyć na dłuższą metę, to uważam, że jest w błędzie. W sferze społeczno-gospodarczej Donald Trump jest przedstawicielem przede wszystkim tzw. klasy średniej przeciw wielkim koncernom. I jeśli te wielkie koncerny wyciszają głos Trumpa, to taka cenzura czy quasi-cenzura może powodować, że się kogoś takiego słucha jeszcze bardziej, z jeszcze większą uwagą. Chyba że dojdzie do kolejnych fałszerstw wyborczych, ale wówczas mielibyśmy do czynienia z wręcz niewyobrażalną destabilizacją państwa amerykańskiego. Co by jednak nie powiedzieć, to Ameryka wewnętrznie pękła, została podzielona i to nie ulega wątpliwości.
Czy to nie paradoks, że Donald Trump – człowiek, który – można rzec – był pionierem w skali wykorzystania mediów społecznościowych w kampanii wyborczej o reelekcję, stał się ofiarą zarządzających tymi internetowymi gigantami?
– Donald Trump znalazł szczelinę w całym tym systemie. To znaczy widząc, że ośrodki medialne, telewizyjne, mocno lewicowe, opowiedziały się absolutnie po stronie demokratów, którzy w nich przeważali, zwrócił się w kierunku mediów społecznościowych i w ten sposób starał się dotrzeć do społeczeństwa. I to się Trumpowi udało. Udało mu się rozbić poprzez media społecznościowe monopol ośrodków medialnych telewizyjnych i prasowych, ale – jak widać – na krótką metę. Okazało się bowiem, że media społecznościowe też mają swoich właścicieli, którzy także mają lewicowe poglądy. Z jednej strony Donald Trump stał się ofiarą, ale z drugiej pokazał poprzez tę blokadę, że te media wcale nie są wolne, co ciekawe, do takich sytuacji dochodzi w największym światowym mocarstwie, które od pokoleń słynęło z poszanowania wolności i demokracji.
W jakim momencie dziejowym jest dzisiaj społeczeństwo amerykańskie – jak Pan profesor zauważył – mocno podzielone, pęknięte wewnętrznie?
– Społeczeństwo amerykańskie jest w głębokim konflikcie. Elementy systemowe i zasady, jakie łączyły to społeczeństwo przez dziesięciolecia, przestały obowiązywać. Mamy chociażby oskarżenia o fałszowanie wyborów, o ograniczanie wolności słowa, a z drugiej strony mamy do czynienia z Joe Bidenem, który kontynuuje rewolucję kulturową, i to w najskrajniejszej formie. To wszystko powoduje, że Ameryka, która przez wiele lat była symbolem demokracji, wzorem zasad, słabnie w oczach i jest w głębokim konflikcie wewnętrznym, i to na wielu płaszczyznach.
Czy Donald Trump ze swoim podejściem do tradycyjnych wartości może być tym, który pomoże Ameryce powrócić na właściwe tory?
– Donald Trump jest przedstawicielem tylko części Amerykanów – części konserwatywnej, części o – nazwijmy to – tradycyjnych poglądach, ale nie całej Ameryki. I nawet jeśli wróci na urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych, to nie znaczy, że ten podział da się zasypać czy pęknięcie skleić. Myślę, że te podziały, jakie się coraz bardziej uwydatniają, będą jeszcze trwały i będą się uwydatniały na różne sposoby. Wystarczy sobie przypomnieć, jakie były reakcje establishmentu na noty Trumpa – jaka była histeryczna reakcja przypominająca reakcję „Gazety Wyborczej” na rządy Prawa i Sprawiedliwości w Polsce. I to prędko się nie zmieni.
Kto najbardziej zyskuje na tym wewnętrznym podziale Ameryki?
– W Stanach Zjednoczonych na tym podziale ostatecznie wszyscy tracą – może poza wielkimi korporacjami, które zyskują może nie tyle na podziale, co na ideologii i na tym, że w tym momencie rządzi prezydent Joe Biden. Dzięki administracji Bidena mogą kontynuować swoją politykę, ale w sferze społecznej traci całe państwo amerykańskie.
A jeśli chodzi o przełożenie międzynarodowe?
– Każdy podział wewnętrzny sprawia, że zyskują wszyscy przeciwnicy zewnętrzni. W tym wypadku również zyskują przeciwnicy Stanów Zjednoczonych, których nie brakuje. Widać naocznie, że na pewno zyskuje Moskwa, bo odwołanie sankcji na gazociąg Nord Stream 2 przez prezydenta Joe Bidena jest sukcesem administracji Putina i wychodzi naprzeciw polityce Rosji i Niemiec. Oczywiście zyskują też Chiny.
Jeśli chodzi o Chiny, to w wystąpieniu Trumpa też pojawił się wątek chiński, mianowicie były prezydent obwinił Pekin o rozprzestrzenienie koronawirusa. Co więcej, postulował, aby świat żądał za to zadośćuczynienia w wysokości co najmniej 10 milionów dolarów…
– Rzeczywiście – w nawiązaniu do koronawirusa – Donald Trump stwierdził, że jego teoria o możliwości wycieku śmiercionośnego wirusa z Instytutu Wirusologii w Wuhanie w Chinach została potwierdzona, i to już na początku pandemii. Zresztą co rusz słyszymy o nowych odkryciach naukowców, którzy twierdzą, że SARS-CoV2 nie pochodzi ze źródeł naturalnych, ale może być wirusem laboratoryjnym, a więc sztucznie stworzonym, który mógł się wydostać z chińskiego laboratorium. Jest też pytanie, kto za to odpowiada, czy tylko Chińczycy, bo wiemy, że w tym instytucie swoje udziały mają różne korporacje, także amerykańskie. Tak czy inaczej ta retoryka Donalda Trumpa jest znana, bo jak pamiętamy, podobnie mówił, kiedy sprawował urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych. Co by jednak nie powiedzieć, sprawa jest poważna i powinna być dogłębnie zbadana oraz wyjaśniona.