• Poniedziałek, 21 czerwca 2021

    imieniny: Alicji, Alojzego, Demetrii

Dziś w „Naszym Dzienniku”

Wyjść z epidemii strachu

Środa, 2 czerwca 2021 (08:22)

12 marca 1967 r. w warszawskim kościele Sióstr Wizytek Prymas Wyszyński wygłosił homilię na zakończenie rekolekcji wielkopostnych dla lekarzy.

Powiedział wtedy między innymi: „Nie można pozwolić na to, aby służba zdrowia stała się jakąś generalną dyrekcją cmentarzyska Rzeczypospolitej! A na to się zanosi, jeśli ludzie odważni nie powiedzą: przestańcie, bo »źle się bawicie«. Niestety, bakcyl walki z życiem nienarodzonym tak się przyjął, że większe szkody przynosi Narodowi i więcej ogarnął nienarodzonych Polaków aniżeli ostatnia grypa, o której powiedziano, że milion Polaków na nią zachorowało [podkr. G.K.]. Więcej Polaków choruje na bakcyl walki z życiem nienarodzonych, i to śmiertelnie!” („Dzieła zebrane”, t. 19, s. 91).

W zacytowanych słowach Prymasa Tysiąclecia najważniejsza jest jego bezkompromisowa walka z falą przemocy stosowanej wobec osób najsłabszych, bo jeszcze nienarodzonych. Jednak z punktu widzenia tematu niniejszego artykułu uwagę przykuwa wzmianka o „ostatniej grypie”, na którą „zachorowało milion Polaków”. Zróbmy teraz eksperyment myślowy i wyobraźmy sobie, że niemal pięćdziesiąt pięć lat temu istnieje już internet, istnieją media elektroniczne nadające dwadzieścia cztery godziny na dobę i że jest swobodny przepływ informacji między krajami w skali globalnej (nie ma żelaznej kurtyny, w Polsce panuje całkowita wolność słowa). Czy wiadomości o „ostatniej grypie”, na którą „zachorowało milion osób” (tylko w Polsce), nie zdominowałyby wszystkich serwisów informacyjnych? Nie żyłyby tym internetowe media społecznościowe? A przecież to tylko jeden kraj (Polska). Czy w innych krajach europejskich oraz na wszystkich pozostałych zamieszkałych kontynentach liczba zachorowań (i ofiar) nie szłaby w miliony, co oczywiście przyciągałoby uwagę wszystkich światowych mediów?

Pytania retoryczne. Oczywiście, że sprawa „ostatniej grypy” nie znikałaby w takiej sytuacji medialnej z serwisów przez kolejne miesiące. Bombardowane takimi informacjami społeczeństwa państw demokratycznych (zakładamy, że nie ma żelaznej kurtyny) nie zniosłyby bezczynności swoich rządów, które nic by nie robiły w obliczu rozkręcającej się epidemii grypy. Takie rządy – zwłaszcza że niejeden z nich stałby w obliczu zbliżających się wyborów (parlamentarnych czy prezydenckich) – z pewnością przystąpiłyby do działania, tym bardziej że pamięć o straszliwej hiszpance sprzed pół wieku była jeszcze świeża.

Jednak w 1967 r. nie było internetu, nie było rozwiniętych informacyjnych (lub dezinformacyjnych) mediów elektronicznych, a rządzące w większości państw na świecie reżimy totalitarne lub autorytarne nie musiały gorączkowo zabiegać o dobre samopoczucie (nie mówiąc o bezpieczeństwie zdrowotnym) swoich obywateli.

Zaraza transmitowana „na żywo”

Ten eksperyment myślowy odnosi się do zjawiska epidemii transmitowanej „na żywo”. Z takim zjawiskiem mamy do czynienia od marca zeszłego roku w Polsce i w skali globalnej. Zacytowane słowa Prymasa Wyszyńskiego są tylko jednym z wielu świadectw dokumentujących istnienie sezonowych fal – niekiedy bardzo dużych – zachorowań na grypę (mówiono również o grypie azjatyckiej) wywoływanych przez wirusa (bakcyla), który w medycznej nomenklaturze ma z pewnością swoją nazwę zbliżoną do kombinacji liter i cyfr, które znamy od roku (SARS-CoV-2), a powodowana przez niego grypa wraz z powikłaniami mogłaby zostać określona nazwą całkiem zbliżoną do covida.

Odnosząc to do naszej sytuacji, należy przyjąć za fakt, że istnieje fala zachorowań. Czy nazwiemy to zespołem ciężkiego zapalenia płuc z powikłaniami, chińską grypą czy COVID-19 – jest zupełnie drugorzędne. Osobną kwestią jest sposób radzenia sobie z tą epidemią (w myśl zmienionych przez WHO kryteriów nazywaną „pandemią”) zarówno w kontekście leczenia tej choroby (por. kwestię stosowania amantadyny), jak i sposobów ograniczania jej rozprzestrzeniania się.

Wokół tych kwestii narosło wiele kontrowersji, zwłaszcza w odniesieniu do celowości zamykania przez rządy całych sektorów życia społecznego i gospodarczego (swoją drogą ciekawe, czy tak aktywna na różnych polach Rada Języka Polskiego zajmie się kwestią ekspansji w polszczyźnie obcych wyrazów typu lockdown?) czy sensowności stosowania maseczek. Do tego dochodzi wciąż niewyjaśniona kwestia genezy tej epidemii. Czy wirus „wymknął się” lub został celowo uwolniony z jakiegoś wojskowego laboratorium pracującego nad bronią biologiczną? Co rusz pojawiają się doniesienia o „chińskim tropie” w tej sprawie.

Strach − towar chodliwy

Niepewność rodzi strach. Tym większy, że mamy do czynienia z pierwszą w dziejach świata globalną epidemią transmitowaną „na żywo”. Zaraza jest czymś sensacyjnym. To zaś uwielbiają wszystkie media głównego nurtu, które oprócz epatowania przemocą i seksem gonią właśnie za sensacją. Codziennie jesteśmy bombardowani danymi o dziennej liczbie zakażeń (nikt już specjalnie nie wyjaśnia, że nie oznacza to zachorowań) – z podziałem na państwa, a u nas na województwa i powiaty. Iluż z nas oczekiwało z drżeniem serca na dzienne raporty Ministerstwa Zdrowia o dziennej liczbie zakażeń jako najważniejszej informacji, która rzutowała na nasze samopoczucie, która „organizowała” nam resztę dnia? Iluż odbiorców tego typu informacji na przełomie 2020 i 2021 r. miało poczucie zacieśniającego się wokół nich pierścienia zagrożenia.

Pozostawiam tutaj na boku kwestię, która też doczekała się licznych teorii wyjaśniających, czy tego typu komunikaty medialne były rezultatem jakiejś wcześniej zaplanowanej i na bieżąco koordynowanej akcji. Interesuje mnie rzecz niepodważalna, czyli epidemia strachu, która została wywołana tymi „klęskowymi” doniesieniami.

Strach narzędziem wpływu

Psychologia społeczna już dawno zauważyła, że najskuteczniejszym sposobem dotarcia z komunikatem perswazyjnym/propagandowym jest odwoływanie się nie do faktów (np. porównywania rocznej liczby zachorowań na „zwyczajne” zapalenie płuc, „zwyczajną” grypę lub wirusowe zapalenie wątroby typu C z liczbą zachorowań na COVID-19), ale do emocji. Jedną z najsilniejszych emocji jest strach.

Drogi Czytelniku! Więcej można przeczytać w papierowym wydaniu „Naszego Dziennika” dostępnym w punktach sprzedaży prasy lub w wersji elektronicznej TUTAJ.

Prof. Grzegorz Kucharczyk