• Wtorek, 19 maja 2026

    imieniny: Piotra, Iwa

Lider Platformy, tylko na papierze…

Czwartek, 20 maja 2021 (16:37)

Z Andrzejem Maciejewskim, politologiem z Instytutu Sobieskiego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Brak programu, słabe przywództwo, liczne błędy – to sprawia, że Platforma traci poparcie i – jak twierdzi Hanna Gronkiewicz-Waltz – jest bliska zejścia poniżej pułapu 10 procent poparcia. Platforma powoli schodzi z politycznej sceny?

– Sądzę, że mamy do czynienia z bardzo poważnym kryzysem wewnątrz Platformy, ale z ogłoszeniem szybkiego końca tej formacji jeszcze bym się wstrzymał. Byłbym w tym względzie ostrożny i nie ogłaszał tryumfalizmu, bo chory pacjent wprawdzie leży na stole w kiepskim stanie, ale operacja wciąż trwa. Platforma jest w krytycznym momencie swojej historii, po latach chwały przed politykami tej formacji ważny czas, czas bardzo trudnych decyzji, określenia się. W którym miejscu są, to już chyba wiedzą, teraz pytanie, w którą stronę będą chcieli skręcić i w jaki sposób wytyczą szlak. Na te pytania muszą sobie sami odpowiedzieć, i to bardzo szybko.

Gdyby nie postawa Jarosława Gowina, zablokowanie wyborów prezydenckich w formie korespondencyjnej i podmiana Małgorzaty Kidawy-Błońskiej na Rafała Trzaskowskiego, dzisiaj o Platformie mówilibyśmy w czasie przeszłym?

– Tak, ale jednocześnie bardzo możliwe, że do Szymona Hołowni mówilibyśmy dzisiaj panie prezydencie. I trzeba mieć tego świadomość. Podmiana kandydata na prezydenta RP ze strony Platformy spowodowała tak naprawdę sytuację oddalenia zwycięstwa Szymona Hołowni w wyborach prezydenckich. On, bazując na świeżości, naprawdę miał realne szanse, aby w drugiej turze wygrać ten wyścig. Trzeba mieć świadomość pokory w polityce, że pewne rzeczy potrafią czasem działać szerzej niż w interesie jednego ugrupowania.

Czy Donald Tusk może się włączyć w reanimację Platformy i przeobrazić ją w formację alternatywną wobec obecnie sprawujących władzę?

– Politycy nie lubią porażek, a Donald Tusk jest tego przykładem. Myślę, że głęboko w sercu ma porażkę w 2005 roku w wyborach prezydenckich, z Lechem Kaczyńskim, i ten duch przegranej oraz obawa przed kolejną klęską ciągle mu towarzyszą. Politycy w pewnym wieku prowadzą bardzo chłodne, wyrachowane kalkulacje, które mają jeden cel, aby odchodzić na polityczną emeryturę w glorii chwały, a nie porażki, z przydomkiem klęska. Na ile znamy Donalda Tuska, to wiemy, że taka ewentualna decyzja z jego strony nie będzie prosta, nie będzie też szybka, ale poprzedzona kalkulacją. Prawdę mówiąc, wcale nie jestem przekonany, że on w ogóle podejmie temat, nie mówiąc już o decyzji powrotu. Jaki bowiem interes ma Tusk, aby pchać się w wir polskiej polityki? Po latach chwały, jaką zagwarantował Platformie – przynajmniej w odczuciu polityków i sympatyków tej formacji – po latach kariery politycznej w Brukseli, gdzie był „prezydentem” Europy, dzisiaj, piastując urząd lidera Europejskiej Partii Ludowej – największej formacji w europarlamencie – musi sobie zadać pytanie, czy mu się opłaca wchodzić na niepewny grunt?

A zatem nie chęć pomocy dawnej partii, ale rozsądek zdecyduje?

– Dokładnie. Rozsadek mówi jasno – nie. To, że taki manewr byłby w interesie Platformy, która ma problem z przywództwem, to nie ma wątpliwości, ale druga strona musi chcieć pomóc. W mojej ocenie po Donaldzie Tusku nie widać takiej chęci. Jego pozycja jest bezpieczna, funkcja, jaką sprawuje w Brukseli, pozwala mu ciągle istnieć w polityce europejskiej, ponadto łatwiej jest być recenzentem wydarzeń na polskiej scenie politycznej, za co nie ponosi żadnej odpowiedzialności. Nie ma, więc żadnej potrzeby, aby się pchać do polskiego politycznego piekiełka, gdzie gwarancja sukcesu jest minimalna. Zwłaszcza że pojawili się nowi gracze, nowe pokolenie polityków żądnych władzy, sukcesów – Szymon Hołownia, i Donald Tusk ma świadomość, że łatwo nie będzie. Dlatego nie wierzę w to, że Donald Tusk powróci do polskiej polityki.

Zważając na rosnące poparcie Hołowni, Tusk obawia się porażki?

– Problemem Donalda Tuska – na dzisiaj – nie byłby prezes Jarosław Kaczyński, problemem Tuska nie byłoby także PSL, ale właśnie Szymon Hołownia i Polska 2050. To ten sam elektorat, ta sama grupa docelowa i pytanie: jak skutecznie powalczyć i odnieść sukces? Zatem nie sądzę, żeby Tusk – cwany polityczny lis, chciał połknąć przysłowiową żabę, którą ktoś mu podstawia. Borys Budka w sposób niemalże ekspresowy wykoleił Platformę i jeśli tak dalej pójdzie, to przy takiej skuteczności działań partia żądna władzy liczebnie zamknie się w budce portiera.

Tusk, obawiając się porażki, woli wspierać Hołownię w walce z PiS-em, samemu stojąc z boku i patronując temu z Brukseli?

– Na dzisiaj do końca nie wiadomo, kogo popiera Donald Tusk. Ma komfortową sytuację i właściwie nie musi popierać nikogo. Zawsze może powiedzieć, że teraz czas na młode pokolenie. Może też uszczypliwie – w swoim stylu – powiedzieć, że ja już swoje zrobiłem, zostawiłem wam Platformę w dobrym stanie, jako partię władzy, sukcesów, a to, że ten stan roztrwoniliście, to już wasz problem. Życie jest brutalne – zwłaszcza w polityce.

Hołownia, który poza umiejętnym zarządzaniem emocjami i ładnie brzmiącą retoryką, wewnętrznie jest pusty, popełnia też całe mnóstwo gaf. To rzeczywiście koń, na którego warto stawiać, i na ile mamy do czynienia z „fenomenem” Hołowni, a na ile zyskuje on na słabości Platformy?

– Po pierwsze, nie znam polityka, który nie popełnia błędów. Patrząc obiektywnie, każdy polityk ma na swoim koncie błędy, mniejsze lub większe gafy. Poparcie dla Hołowni wynika z prostej przyczyny – mianowicie, elektorat zawiedziony Platformą, a niechętny Prawu i Sprawiedliwości wcześniej czy później musi na kogoś postawić i za kimś się opowiedzieć. Co więcej, nikt nie lubi stawiać na przegranych. Biorąc pod uwagę liczbę wpadek, jaką zaliczył Borys Budka na przestrzeni zaledwie kilkunastu miesięcy, począwszy od stycznia 2020 roku, kiedy objął stery Platformy, to pod tym względem bije wszelkie rekordy, a spadek jego formacji jest bliski dawnych notowań Nowoczesnej i Ryszarda Petru. I jeden, i drugi zniszczył partię, i jeden, i drugi stracił swoją szansę. Na dzisiaj tak to wygląda. Elektorat w sposób naturalny wyczuwa, że atmosfera, klimat w samej Platformie i w jej środowisku, strukturach są wypalone, że potrzeba odświeżenia. Czym innym mogłoby być wejście na scenę polityczną jako lidera Platformy Rafała Trzaskowskiego i to, jak sądzę – przynajmniej jako pewne odbicie – byłoby racjonalnym krokiem ze strony Platformy. Jednocześnie mielibyśmy na politycznej scenie opozycyjnej dwóch liderów rządzących swoimi siłami politycznymi, będąc poza parlamentem. Moim zdaniem to byłoby ciekawe zjawisko, tym bardziej że obaj panowie pokoleniowo są blisko siebie i wywodzą się z podobnego środowiska. Myślę, że byłaby to bratobójcza, ale ciekawa polityczna walka.

Tylko że byłaby to walka właściwie o ten sam elektorat?         

– Owszem. Elektoratu nie da się rozmnożyć, ewentualnie można pomyśleć i spróbować zawalczyć o głosy niezdecydowanych wyborców. Zwracam uwagę, że w każdym sondażu 10 czy 15 procent, a czasem więcej, to są niezdecydowani wyborcy – ludzie, którzy wciąż nie wiedzą, jak chcą i na kogo głosować, za kim się opowiedzieć. Wydaje się zatem, że bój może się toczyć o te kilkanaście procent wyborców.

Nocna narada w kręgach Platformy nie okazała się „nocną zmianą” i chyba niewiele dała. Borys Budka zostaje w roli lidera i twierdzi, że potrzeba budowy silnej Platformy, wokół której ma się zgromadzić możliwie najwięcej ugrupowań opozycyjnych. Nic nowego…?

– Ze swojego politycznego doświadczenia wiem, że takie spotkania wyglądają trochę jak awantura w rodzinie, gdzieś za zamkniętymi drzwiami, zza których nic nie wychodzi. Podczas tego spotkania – żartując – mogły w powietrzu latać różne przedmioty, ale po zakończeniu „debaty” wszyscy wyszli w jednej grupie – zdaje się tylko z małymi wyjątkami – zwarci, skupieni wokół lidera Borysa Budki, pokazując, że wszystko jest w porządku. Takie mydlenie oczu, ale to działa, i jestem przekonany, że nikt z polityków Platformy nie powie, jak było naprawdę. Jeśli nawet coś wypłynie, to będą to przecieki od osób, które poszły na to spotkanie z przekory, bo dajmy na to nie widzą już swojej przyszłości z Platformą.

Może jest tak, jak mówi Hanna Gronkiewicz-Waltz, że trzeba dać Budce jakiś miesiąc, a jeśli sprawy nie posuną się do przodu, to trzeba będzie podjąć jakieś radykalne kroki?      

– Sądzę, że jeśli chodzi o przywództwo w Platformie, to decyzja już zapadła. Borys Budka – po tym spotkaniu – jest liderem Platformy, ale tylko na papierze. Natomiast wewnątrz trwa nerwowe poszukiwanie nowego lidera i na nowo układanie się. Taka duża partyjna struktura ogólnopolska, jaką jest Platforma, to są tzw. dwory, lokalni baronowie, to są zausznicy, przed którymi są wybory wewnętrznych struktur. Może się zatem okazać, co jest moim zdaniem bardzo prawdopodobne, że wybory nowego szefa będą ściśle powiązane z procesem wyłaniania nowych, lokalnych, regionalnych struktur, po to, żeby dać silniejszą pozycję nowemu przewodniczącemu. Myślę, że byłaby to też pewna forma wyjścia z twarzą dla Borysa Budki, który mógłby zakomunikować, że jest potrzeba zmian, że istnieje potrzeba zwarcia szeregów i demokratycznie wybrane struktury regionalne, po konsultacjach zasugerowały postawienie na nowego lidera, a on – wierny zasadom demokracji – oczywiście, to akceptuje i uznaje. Byłaby to forma przedstawienia porażki, miałkości Borysa Budki – inna, niż to zrobili Ireneusz Raś i Paweł Zalewski, którzy krytykę przywództwa w Platformie uprawiali za pośrednictwem mediów i znaleźli się na bocznicy. Sądzę, że tak to się może skończyć.

        Dziękuję za rozmowę.  

Mariusz Kamieniecki