• Piątek, 3 kwietnia 2020

    imieniny: Pankracego, Ryszarda

Czarny Czwartek w Poznaniu

Czwartek, 28 czerwca 2012 (06:03)

Potrzeba było 50 lat od pamiętnych wydarzeń Poznańskiego Czerwca 1956, by wykazać, że robotnicy Poznania wystąpili przeciwko komunistycznej niewoli, upominając się nie tylko "o wolność, prawo i chleb", ale także "o Boga". Jednak wiedza o tym, że pierwszy w Polsce Ludowej masowy bunt ludności miał charakter religijny, nadal nie jest powszechna.

Wczesnym rankiem 28 czerwca 1956 r. w największej w Poznaniu fabryce - historycznych Zakładach im. Hipolita Cegielskiego (HCP), przemianowanych w 1949 r. na Zakłady Metalowe im. Józefa Stalina (ZISPO) - nie doszło do tradycyjnej wymiany pracowników schodzących z "nocki" na tych, którzy ciężką, robotniczą pracę mieli rozpocząć, jak zawsze, o godz. 6.00. Tym razem buczek fabryczny obwieścił bowiem strajk.

Jako pierwsza pracy nie podjęła załoga zakładu W3 w ramach ZISPO. Robotnicy kończący zmianę nie wrócili do domów, lecz przystąpili do strajkujących. O godz. 6.35 do pracowników W3 dołączyli robotnicy z kolejnych zakładów - W2, W4, W6, W8. Tak uformowany wielotysięczny pochód robotników w szarych drelichowych strojach i nogach obutych w fabryczne drewniaki ruszył ulicami robotniczej dzielnicy Poznania w kierunku śródmieścia.

Stopniowo do pracowników Ceglorza przyłączali się pracownicy z niemal wszystkich zakładów i biur Poznania. Demonstrujący pokojowo robotnicy chcieli uzyskać od władz spełnienie składanych od wielu miesięcy obietnic poprawy ich losu, godziwych zarobków i racjonalizacji systemu pracy.

Robotnicy pracowali ponad miarę, w systemie akordowym, a ich zarobki należały do najniższych w kraju. Podobnie jak większość Polaków pod rządami komunistów żyli w ubóstwie. Historycy wskazują, że rozważając przyczyny poznańskiej rewolty, nie można zapominać, iż okres stalinizmu był jednym z najgorętszych okresów zimnej wojny. W tle m.in. konfliktu w Korei stała teza Stalina o nieuchronności starcia komunistycznego Wschodu z burżuazyjnym Zachodem, dlatego ogromne sumy przeznaczano na przemysł zbrojeniowy, zaniedbując inwestycje w te działy przemysłu, które produkowały towary konsumpcyjne. W efekcie poziom życia polskich rodzin był bardzo niski, z głodowych pensji trudno było się utrzymać.


Ta ekonomiczna i bytowa motywacja protestu robotniczego na ulicach Poznania w pamiętny Czarny Czwartek przejawiła się szybko w hasłach wypisywanych na pospiesznie przygotowanych transparentach "Chcemy chleba". Jednak istotne było również poczucie upokorzenia wynikające z faktu sowieckiej dominacji w Polsce i politycznego zniewolenia. I tak stopniowo, na wypełnionym około godz. 9.00 już przez ponadstutysięczny tłum demonstrantów ówczesnym placu Stalina hasła ekonomiczne mieszały się z politycznymi, ale także z religijnymi.

Trzy poziomy protestu


Przez lata w dominującym dyktacie laickich i liberalnych mediów nie mieściło się to, że czysto robotniczy protest mógł mieć wypisane na sztandarach hasła i żądania religijne. Że polski robotnik mógł upominać się o Boga, o wiarę, a nawet o więzionych w stalinowskiej Polsce duchownych z Prymasem Polski ks. kard. Stefanem Wyszyńskim na czele. Ta lewicowej proweniencji doktryna po prostu tego nie dopuszczała. A gdy dojdzie do tego poprawność polityczna, która nie pozwala wykraczać poza dyktowany przez mainstreamowe ośrodki kanon interpretacyjny, łatwo zrozumiemy, dlaczego o religijnych aspektach Poznańskiego Czerwca 1956 przez lata nie pisano właściwie nic.


Ksiądz biskup Marek Jędraszewski, analizując istotę Powstania Poznańskiego, wskazuje w swojej książce "Ku wolności. Powstanie Poznańskie 1956", że odnosił się on do trzech poziomów wartości, o których pisał niegdyś filozof Max Scheler, twórca fenomenologii monachijskiej. Najpierw były wartości związane z podstawami egzystencjalnymi człowieka. Robotniczy protest odwołujący się do tego poziomu wyrażał się w dramatycznym napisie umieszczonym na niesionym przez demonstrantów transparencie: "Chcemy chleba". Kolejny etap protestu odnosił się do wartości duchowych, streszczając się w takich hasłach jak: "Chcemy wolnej Polski", "Precz z Ruskami", "Chcemy wolności", "Precz z Rokossowskim", "Żądamy wolnych wyborów pod kontrolą ONZ".

Wreszcie trzeci poziom wartości widocznych w żądaniach demonstrantów Poznańskiego Czerwca odnosił się do sfery sacrum. Zaświadczyły o tym takie wymowne hasła, jak: "My chcemy Boga, żądamy religii w szkołach", "Chcemy Polski katolickiej, a nie bolszewickiej".

Według niektórych świadków, transparent z żądaniem przywrócenia religii do szkół niósł też Romek Strzałkowski, jedna z najtragiczniejszych i najbardziej symbolicznych ofiar Poznańskiego Czerwca 1956, 13-letni uczeń szkoły muzycznej, który zginął od strzału w pobliżu gmachu Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego przy ul. Kochanowskiego w Poznaniu. To tam około godziny 13.00 pierwsze strzały do demonstrującego tłumu oddała funkcjonariuszka UB. "Padło 6, 7 strzałów i od razu kładli się ludzie na ulicy. Nie wiem, czy byli zabici, ale ranni byli na pewno" - mówił w 1981 r. dziennikarkom Poznańskiej Rozgłośni Polskiego Radia Jan Suwart, jeden z wielu uczestników Poznańskiego Czerwca, który później za ten udział stanął przed sądem.

Uczestnicy wydarzeń Poznańskiego Czerwca, które z manifestacji przed siedzibami władz partyjnych i państwowych PRL przy ówczesnym placu Stalina i Armii Czerwonej przerodziły się w regularną strzelaninę pod gmachem WUBP na nieodległych Jeżycach, przy ul. Kochanowskiego, wspominali też, że demonstracji towarzyszyło śpiewanie pieśni kościelnych "My chcemy Boga", "Serdeczna Matko" i "Boże, coś Polskę".

W samych aktach UB znalazły się też wzmianki o duchownym, prawdopodobnie zakonniku, który stał na stopniach prowadzących do jednego z budynków i błogosławił przechodzących demonstrantów. Aleksandra Kozłowska-Siejek, która w 1956 r. była laborantką w Szpitalu im. Raszei, oddalonym o kilkadziesiąt metrów od gmachu UB i wezwana została do nieżyjącego Romka Strzałkowskiego.

W swojej relacji tak zapamiętała te wydarzenia:"Wraz z drugą koleżanką niosłyśmy zwłoki chłopca na noszach do szpitala. Tuż przy szpitalu na ulicy Mickiewicza mijałyśmy zakonnika, który zatrzymał się i nakazał nam postawić na chwilę nosze, po czym przyklęknął i zaczął się modlić. My również uklęknęłyśmy. Po drugiej stronie zauważyłam żołnierzy, którzy obojętnie przyglądali się tej scenie. Nie wytrzymałam i zawołałam do nich: "Na kolana, bestie! Zobaczcie, co zrobiliście!". Nic nie odpowiedzieli. Nie wiem nawet, czy mnie zrozumieli, krążyły bowiem pogłoski, że wśród żołnierzy wielu było Rosjan w mundurach polskiego wojska". 


Dzień 28 czerwca 1956 r. miał jeszcze przynajmniej jeden kościelny wymiar. Tego dnia po raz pierwszy od II wojny światowej w poznańskiej bazylice archikatedralnej odprawiono uroczystą Mszę św. pontyfikalną, której w zastępstwie ciężko chorego ks. abp. Walentego Dymka przewodniczył ks. bp Franciszek Jedwabski. Pierwszy raz w odbudowanej po 11 latach od zakończenia działań wojennych najstarszej polskiej katedrze modlono się, gdy tajemniczym zrządzeniem Opatrzności kilka kilometrów dalej, na lewym brzegu Warty rozgorzały walki. Ksiądz prałat Jan Stanisławski, kanonik poznańskiej kapituły katedralnej, był wówczas klerykiem Arcybiskupiego Seminarium Duchownego i bardzo dobrze zapamiętał te podniosłe chwile. "Po zakończeniu Mszy św. czuło się jakiś niepokój. Nie kursowały trolejbusy, które wówczas regularnie przejeżdżały koło katedry. Z oddali - ku naszemu zdziwieniu i wielkiemu przejęciu - słyszeliśmy odgłosy strzałów. Na horyzoncie, za Wartą, unosił się jakiś dym. Nie mieliśmy jeszcze pojęcia, że coś ważnego dzieje się w mieście! Komuna tak wszystkich trzymała w ryzach, że nawet nie pomyślałem wtedy, że może być to początek wielkich historycznych wydarzeń" - wspominał ks. prałat Stanisławski.

Procesy


Aresztowania poznaniaków i innych uczestników Powstania Poznańskiego miały miejsce już 28 czerwca 1956 roku, wieczorem. Ostatecznie, jak głosi raport UB, zatrzymano i aresztowano 746 osób. Według wszelkiego prawdopodobieństwa, liczba ta została jednak znacznie zaniżona. Wśród poznaniaków już wówczas krążyły pogłoski o tysiącach zatrzymań. Część ludzi wypuszczono od razu po wstępnych przesłuchaniach, innych przetrzymywano dłużej.
W najgorszej sytuacji byli ci, których przyłapano 28 czerwca na ulicy z bronią lub na przykład nabojami czy łuskami po nich. W takiej znalazł się m.in. 20-letni wówczas Janusz Biegański. W Czarny Czwartek brał udział w ostrzeliwaniu gmachu WUBP przy ul. Kochanowskiego. Przebywał wraz z demonstrantami w centrum krwawych wydarzeń. Ujęto go wieczorem, gdy wracał do domu. Niestety, miał przy sobie naboje. Tak rozpoczął się najbardziej dramatyczny rozdział jego życia, do dziś wspominany nie bez wzruszenia.


Po zatrzymaniu przewieziony został w okolice lotniska Ławica. Było tam już bardzo dużo ludzi. Przez kilkanaście godzin wszyscy stali w jednym z pomieszczeń twarzami do ściany. Przesłuchania Biegańskiego i innych zatrzymanych odbywały się początkowo na poznańskiej Ławicy, w hangarach niedaleko portu lotniczego. "Strażnicy podchodzili do nas, bili po plecach, uderzali w tył głowy, tak że twarzą uderzaliśmy mocno w ścianę. Do następnego dnia nie otrzymaliśmy żadnego jedzenia" - wspomina uczestnik Poznańskiego Czerwca. Janusz Biegański zapamiętał pierwszy posiłek, jakim zatrzymanych "poczęstowali" funkcjonariusze - kawałek suchego chleba i czarna, a raczej "szara" kawa - jakże przypominał on głodowe racje z obozów i więzień okupacyjnych.

Przez następne trzy dni aresztowani przesłuchiwani byli w gmachu Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Poznaniu przy ul. Kochanowskiego. Na porządku było bicie, wymuszanie zeznań, bestialskie metody pastwienia się nad aresztowanymi. 18-letnia tramwajarka Stanisława Sobańska straciła podczas przesłuchania wszystkie zęby. Była bita i kopana po całym ciele, szczególnie po nerkach. Po wypuszczeniu z przesłuchań przeszła cztery operacje i została kaleką z pierwszą grupą inwalidztwa.

W takiej atmosferze władze śledcze przygotowywały akty oskarżenia. Pierwsze procesy miały rozpocząć się już w połowie lipca 1956 roku. Zapowiadano, że będą one mieć charakter publiczny, aby przykładnie ukarać "elementy chuligańskie, które wykorzystały zamieszki w mieście, by prowadzić działalność przestępczą". Jednak termin rozpoczęcia procesów przesuwano kilka razy - przede wszystkim dlatego, że aresztowani byli zbyt mocno pobici, aby można było pokazać ich w sali sądowej. Aparat śledczy przygotował pierwotnie 51 procesów, przekazując do Sądu Wojewódzkiego w Poznaniu 51 aktów oskarżenia przeciwko 135 osobom. Ostatecznie na wokandzie stanęły trzy najgłośniejsze procesy, które przeszły do historii sądownictwa polskiego po II wojnie światowej jako jedno z najważniejszych wydarzeń o wielkim znaczeniu społecznym, moralnym oraz niemałym rezonansie za granicą.

Adam Suwart, syn Jana Suwarta, jednego z uczestników Poznańskiego Czerwca