• Poniedziałek, 17 maja 2021

    imieniny: Brunona, Sławomira

Wioślarstwo

Mierzę w wysokie cele

Niedziela, 2 maja 2021 (14:57)

Z Natanem Węgrzyckim-Szymczykiem, srebrnym i brązowym medalistą mistrzostw Europy rozmawia Piotr Skrobisz

Drugi z rzędu medal mistrzostw Europy potwierdził, że zagościł Pan już na stałe w światowej czołówce – bo pamiętajmy, że w wioślar-skich jedynkach to Europa wyznacza poziom?

– Bardzo bym tego chciał. Medale bardzo mnie ucieszyły, ale jeszcze większe znaczenie miały dla mnie niewielkie różnice, jakie dzieliły mnie od rywali. I to niezwykle utytułowanych rywali, bo przecież w Varese wyprzedzili mnie tylko Niemiec Oliver Zeidler, czyli aktualny mistrz świata, oraz Duńczyk Sverri Nielsen, wicemistrz globu i obrońca tytułu mistrza Europy sprzed roku. Pamiętam, jak sięgałem po swój pierwszy krążek w Poznaniu, pojawiły się głosy, że to może kwestia szczęścia, mam nadzieję, że potwierdziłem, iż nie. Jestem wśród najlepszych, ciężko pracuję, by tak było, rozwijam się, poprawiam.

I ma Pan mocne nerwy, bo przecież na finiszu w Varese wyprzedził Pan Greka Stefanosa Ntouskosa dosłownie o centymetry.

– Wolałbym takich nerwów sobie zaoszczędzić, jednak nie zawsze się da. Chciałem ten bieg rozegrać nieco inaczej, wcześniej zbliżyć się do czołowych lokat, jednak rywale też wystartowali niezwykle mocno, stąd do samego końca musiałem walczyć o swoje. Na 500 m przed metą wydawało mi się, że są na tyle blisko, iż mogę ich doścignąć, a gdy do końca pozostało 250 m, przestałem oglądać się na innych, tylko skupiłem się wyłącznie na sobie, wykrzesując wszystko, co mam. Wiary nie straciłem, sił również, a Grek na ostatnich metrach wyraźnie osłabł, co mi pomogło.

Dwa medale mistrzostw Europy. Srebrny z Poznania i brązowy z Varese. Można je porównać?

– Ubiegłoroczny był moim pierwszym zdobytym na mistrzowskiej imprezie wśród seniorów. Przez kilka lat byłem blisko, wydawało się, że o krok, jednak zawsze czegoś mi brakowało. Może dlatego, że długo łączyłem studia ze sportem, częściej pływałem na ósemce, na jedynkę przesiadając się praktycznie tylko na trzy miesiące w roku. W 2019 roku o włos przegrałem olimpijską kwalifikację, co stanowiło duże rozczarowanie. Paradoksalnie odbudowałem się w czasach pandemii. Nawet nie tylko odbudowałem, ale nawet bardzo mocno zbliżyłem do najlepszych – na tyle by w każdych zawodach rywalizować o najwyższe cele. W jedynkach panuje bardzo duża konkurencja, niezwykle ciężko o medale, stąd tym bardziej doceniam swoje.

Kwalifikacji w 2019 roku Pan nie zdobył, ale za kilka tygodni powalczy Pan o nią ponownie. Choć to tylko sport, nie wyobrażam sobie, by dopuszczał Pan możliwość niepowodzenia?

– Teoretycznie w kwalifikacjach pojawią się zawodnicy, którzy ostatnimi czasy metę mijali za mną, więc powinienem jechać na nie w roli faworyta. Mam jednak świadomość, że czekają mnie niezwykle ciężkie regaty, mentalnie nawet cięższe od mistrzostw Europy. Nastawiam się na twardą walkę, przecież każdy, kto stanie na starcie, będzie miał jeden cel. Taki sam jak pozostali.

Czuje Pan, że znajduje się w najlepszym momencie dotychczasowej kariery?

– Myślę, że tak. Dowodzą tego wyniki zawodów, dowodzą testy wykonywane na ergometrze wioślarskim. Widać, że z miesiąca na miesiąc się poprawiam. Wszystko postawiłem na jedną kartę i to była dobra decyzja.

Ma Pan niezwykle ciekawe CV. Znajdują się w nim medale mistrzostw świata w młodszych kategoriach wiekowych, ale też studia na prestiżowych uczelniach w kalifornijskim Berkeley i Cambridge. Skąd taki pomysł na życie?

– Odkąd pamiętam, nauka była dla mnie niezwykle ważna. Uprawiałem sport, ale wiedziałem, że będę chciał równocześnie studiować z myślą o przyszłości. O rozwoju, bo przecież człowiek powinien mieć różne zainteresowania, wychodzić poza obręb tego, czym się na co dzień zajmuje. Niedługo po tym, jak zostałem mistrzem świata juniorów, zdałem maturę i chciałem pójść na prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Otrzymałem jednak propozycję z Berkeley. Tamtejszy uniwersytet poszukiwał utalentowanych wioślarzy, oferując im stypendium, normalne studia, połączone ze startami w jego barwach. Zdecydowałem się na wyjazd i uważam, że to była najlepsza decyzja w moim życiu. W Stanach otrzymałem szansę nauki (socjologii) na najwyższym poziomie, ale też ciągłego rozwijania swych umiejętności wioślarskich. Wszystko było doskonale zaplanowane, dzień rozpoczynałem od treningów o 6 rano, potem były normalne zajęcia, a po południu kolejne treningi. Studiując, reprezentowałem też Polskę w mistrzowskich zawodach, i myślę, że nie było drugiego takiego zawodnika jak ja.

Potem było Cambridge, a jak Cambridge, to legendarny wyścig ósemek Boat Race na Tamizie, w którym uczelnia ta rywalizuje z Oxfordem. Wystąpił Pan w nim jako drugi Polak w historii – i mógł cieszyć się ze zwycięstwa.

– Tak, ten wyścig był spełnieniem dziecięcych marzeń. Niezwykłe zawody, niezwykła otoczka, atmosfera, niezwykła tradycja, historia, prestiż, helikopter, który pojawia się nad linią startową, setki tysięcy ludzi wokół trasy. Przez kilka tygodni po wyścigu ludzie na ulicach zaczepiali mnie, prosili o rozmowę, gratulowali zwycięstwa. Coś niesamowitego.

Od lat mówi się o Panu, iż ma wszelkie dane, by zostać najwybitniejszym polskim skifistą w historii. I co Pan na to?

– Na pewno takie słowa mnie cieszą, a przede wszystkim motywują i zachęcają do jeszcze cięższej i efektywniejszej pracy. Chciałbym potwierdzić wynikami, że na pochwały zasługuję, że nie były i nie są na wyrost. Mam w sobie coraz więcej wiary w to, że mogę, że mnie stać i… oby tylko do przodu. Z pokorą – mierzę w wysokie cele.

Dziękuję za rozmowę.

Piotr Skrobisz