• Wtorek, 19 maja 2026

    imieniny: Piotra, Iwa

Wersja rządu Tuska była wersją Putina

Poniedziałek, 19 kwietnia 2021 (18:27)

Z Bogdanem Rzońcą, posłem do Parlamentu Europejskiego z Prawa i Sprawiedliwości, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Jakie nowe informacje na temat katastrofy smoleńskiej otrzymał Pan po emisji filmu Ewy Stankiewicz „Stan zagrożenia”?

– Oczywiście, dużo informacji, co więcej, podanych w sposób – nazwijmy to – przekonywujący, spójny, logiczny. Niestety, najsmutniejszą informacją, jaka wyłania się z tych nagrań, relacji świadków, którzy byli tam na miejscu, w Smoleńsku czy później w Moskwie, jest fakt, że ze strony urzędników państwowych mieliśmy bardziej zabawę niż pilnowanie polskich spraw, że nie było troski o polską rację stanu.

Nie chcę używać mocnych słów, ale był to „bal na grobie” i radość na twarzach chyba niezrozumiała dla nikogo. Jeśli bowiem pije się kawę w prosektorium, jeśli robi się zdjęcia, jeśli mamy uściski z osobami, które odpowiadają za masakrę 96 najważniejszych osób w państwie z urzędującym prezydentem RP na czele, to jest to nie na miejscu i nie do pojęcia. Warto też podkreślić znakomity wywód śledczego katastrof lotniczych, członka podkomisji smoleńskiej, Glenna Jørgensena, który w sposób logiczny przedstawił, co by się stało, gdyby TU-154M faktycznie uderzył w brzozę, i jakie byłyby tego efekty, czyli żadne.

Bardzo głośno wybrzmiały też dwa głosy o wybuchu…

– Ten film przekonał mnie, że na pokładzie tupolewa był wybuch. Sądzę, że z naukowego punktu widzenia wysiłek, jaki podjęli autorzy tego filmu, powinien zostać doceniony. Myślę, że każdy, kto choćby pobieżnie zna się na prawach fizyki, przynajmniej powinien przyjąć tę argumentację i nie krytykować albo sprawdzać dalej. Natomiast po tym filmie nie da się już powiedzieć, że wersja lansowana przez ówczesny rząd Donalda Tuska była wersją prawdziwą bądź zbliżoną do prawdy.

Wersja rządowa była wersją Putina, wersją rosyjską, podyktowaną przez stronę rosyjską. Ówcześni polscy urzędnicy – przedstawiciele państwa polskiego – byli tam jedynie asystą, dekoracją do kożucha, co jasno wynika zarówno z filmu „Stan zagrożenia”, jak i z niedawno ujawnionych taśm i wypowiedzi Edmunda Klicha z rozmów w kancelarii premiera Tuska. Oddanie śledztwa w ręce Rosjan spowodowało, że służby rosyjskie – co zresztą pokazano w filmie – zacierały ślady, przenoszono wrak, dezinformowano na temat przyczyn i okoliczności katastrofy. Ten film pokazuje logiczny ciąg zdarzeń, który 10 kwietnia 2010 roku doprowadził do dramatu. I tych faktów nie da się ośmieszyć głupawymi wpisami na Twitterze. Nie jestem ekspertem, ale w mojej ocenie jest to film w dużej mierze o podłożu naukowym.

Wspomniał Pan o zdjęciach uśmiechniętej Ewy Kopacz. W Zakładzie Medycyny Sądowej w Moskwie, na tle zapakowanych w czarne worki zwłok ofiar robi sobie fotki, które chyba nie wymagają komentarza?

– Dodam tylko, że Ewa Kopacz to ówczesna minister zdrowia, a później także premier polskiego rządu, do tego lekarz i osoba, która w Moskwie miała obowiązek zatroszczenia się o identyfikację ciał, dopilnowania, aby ciała ofiar zostały potraktowane z godnością. Na zdjęciach czy z relacji osób, które były w Moskwie, dowiadujemy się, że nie pozwolono jej wiele zrobić, nie dopuszczono też polskich patomorfologów do sekcji, o czym wcześniej tak usilnie przekonywała. Ewa Kopacz została potraktowana jako petent, stała z boku i bulwersujące jest to, że później kłamała z mównicy sejmowej, jak dużo zrobiła, z jaką to największą starannością przekopywano ziemię metr w głąb i jak ją przesiewano, aby odnaleźć szczątki ofiar.

Późniejsze ekshumacje pokazały, z jakim szacunkiem Rosjanie potraktowali obywateli państwa polskiego, gdzie kilka ciał w trumnach zamieniono, a szczątki różnych osób znajdowały się pomieszane w trumnach innych ofiar. Nie wspomnę już, że w trumnach rosyjscy patomorfolodzy umieścili wiele śmieci – ciał obcych, jak rękawiczki sekcyjne, worki, sznurki, butelki czy chociażby pety zaszyte w ciałach tragicznie zmarłych. Tak Rosjanie, których profesjonalizm wychwalała Ewa Kopacz, „uszanowali” przedstawicieli państwa polskiego.

Ten dramat, którego wszyscy byliśmy świadkami, a który szczególnie przeżywali bliscy ofiar smoleńskich, pokazuje skalę polskiego polityka ówczesnego obozu rządowego, który zadowala się tym, że jest de facto gościem – jak wspomniałem – petentem w prosektorium. Jak widać na zdjęciach, bezkrytycznie przyjmuje wszystkie dane, jakie przeciwnik raczy mu pokazać. Natomiast najważniejsze informacje z punktu widzenia ofiar nie są dla niego istotne, także te informacje, które z punktu wyjaśnienia przyczyn i okoliczności katastrofy byłyby cenne.

To nie było miejsce ani czas na uśmiechy, fotki czy radosne picie kawy. To jest dramat, to jest przykre, to jest smutne. To, co zrobiła Ewa Kopacz, szkodzi klasie politycznej. Przyznam się, iż podejrzewaliśmy, że tak mogło być, jak pokazały zdjęcia, i to się teraz potwierdza. Tak czy inaczej Ewa Kopacz nigdy nie powinna pełnić ważnych i odpowiedzialnych funkcji społecznych, państwowych.

A jakie wrażenie odniósł Pan, widząc zdjęcia uśmiechniętego Donalda Tuska na miejscu katastrofy przybijającego żółwiki z Putinem?

– Bardzo celnie podsumował to jeden z redaktorów, który powiedział, że pobyt minister Ewy Kopacz w Zakładzie Medycyny Sądowej w Moskwie to był drugi żółwik, bo pierwszy – radosny, sądząc po minach – to był właśnie ten, o którym pan redaktor mówi: premiera Tuska i Putina. Nie wiem, co mogło wywołać taki dobry nastrój Tuska i Putina na miejscu katastrofy. Czyżby byli zadowoleni z takiego rozwoju wydarzeń?

Bardzo smutna konstatacja…         

– Jeśli się przyjrzeć konsekwencjom katastrofy smoleńskiej, to trzeba powiedzieć jedno, że patriota polski, krytyk zaborczych, imperialnych działań Putina – prezydent Lech Kaczyński – nie żyje. Ludzie, którzy chcieli budować potęgę gospodarczą i pozycję Polski, zginęli. W ich miejsce przyszli tacy, którzy dali się klepać po ramionach, którzy podpisali superniekorzystną umowę na dostawy gazu z Rosji za cenę podyktowaną przez Rosjan rozpisaną na Kremlu. To pokazuje bardzo przygnębiający obraz klasy politycznej Platformy.

Wydaje mi się, że wszyscy oglądający zdjęcia filmu Ewy Stankiewicz, ci, którzy pamiętają tamten czas, powinni to dzisiaj na nowo ocenić, zweryfikować i spojrzeć na ludzi, którzy wówczas kłamali w sprawie katastrofy smoleńskiej, a dzisiaj chcą powrócić do władzy i kreślić wizję przyszłości Polski. Zarówno w przypadku żółwika Tuska i Putina oraz pobytu Ewy Kopacz w moskiewskim prosektorium możemy mówić o dramacie klasy politycznej.

Pojawiają się próby tłumaczenia zachowania Ewy Kopacz silnymi negatywnymi emocjami. Platforma idzie w narrację, że te zdjęcia to żaden dowód. Pojawiają się też opinie, że może to być prowokacja rosyjskich służb…

– Ewa Kopacz to lekarz i ówczesna minister zdrowia. Jeśli nie czuła się na siłach, jeśli nie potrafiła wziąć na siebie ciężaru odpowiedzialności identyfikacji ofiar, to nie musiała jechać do Moskwy i reprezentować tam Polski.

Jeśli chodzi o tezy dotyczące prowokacji rosyjskich służb, to oczywiście nie można tego wykluczyć, ale zdjęcia z całą pewnością nie są podrobione, bo w przeciwnym wypadku dementi byłoby już dawno. Jeśli byłby to fotomontaż, to Ewa Kopacz i Platforma z pewnością wykorzystaliby ten fakt i konferencja prasowa goniłaby konferencję.

Myślę, że teraz trwa poszukiwanie wyjścia z sytuacji dla Ewy Kopacz i całej tej ekipy. Próbują zwalać na Putina, czyli na tego, który najprawdopodobniej doprowadził do katastrofy i który nie chciał wyjaśnić przyczyn i okoliczności tego, co wydarzyło się w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 roku. Nie oszukujmy się jednak, bo cała ta sprawa – te zdjęcia – pokazują miałkość intelektualną Platformy, Donalda Tuska, Ewy Kopacz, brak wyobraźni. Mamy potwierdzenie, jak słabe i jak szkodliwe dla Polski były to rządy i jak niewielkie znaczenie dla tej ekipy miała Polska. Próba tłumaczenia, że to służby rosyjskie podsuwają te informacje, dla mnie nie ma żadnego znaczenia, bo te zdjęcia są prawdziwe. Gdyby było inaczej, szum byłby już ogromny.

Jak to jest, że osoby, które w 2010 roku zrobiły tyle błędów, tak długo utrzymywały się przy władzy, dziś też nie poczuwają się do winy, co więcej – sprawują ważne funkcje na arenie międzynarodowej?

– Proszę zwrócić uwagę, że w tamtym czasie ogromna większość mediów w Polsce nie była w polskich rękach. To sprawiało, że duża część przekazu była nakierowana na tworzenie w świadomości wyborców informacji na modłę niemiecką, rosyjską, ale na pewno nie polską, nie patriotyczną. To wszystko powodowało, że w kampanii wystarczyły niebieskie krawaty, koszule, garnitury, żeby ludzie głosowali na Platformę. Natomiast ich rządy pokazały wyprzedaż majątku narodowego, tej ekipy kompletnie nie interesował rozwój Polski, ale wystarczyło im bycie klientem, petentem, a nie udział przy stole, gdzie decydowały się ważne sprawy. I to, że ta grupa doszła do władzy, to była jedna wielka manipulacja mediów, które zbudowały narrację, którą ludzie zajęci pracą, niezorganizowani, niezdecydowani, bez większej politycznej świadomości, kupili i dali się nabrać. Co więcej – ludzie bali się podnieść głowy do góry i powiedzieć, że się rozkrada majątek narodowy.

To, że na chwilę się udało z nimi wygrać w 2005 roku, to był swojego rodzaju cud i dopiero w 2015 roku, po dwóch kadencjach rządów koalicji PO – PSL, dzięki Zjednoczeniu Prawicy odnieśliśmy sukces, którego nie powinniśmy roztrwonić. Wiele jednak wskazuje, że niektórzy nie są do końca świadomi, jakie zagrożenia się pojawią, jeśli ta lewicowo-liberalna grupa wróciłaby do władzy. Na całe szczęście klasa polityczna Platformy jest coraz bardziej obnażana, co pokazuje, że mamy do czynienia z grupą ludzi niemających nic wspólnego z dobrem Polski.

Czy film Ewy Stankiewicz może być remedium na oficjalne kłamstwa smoleńskie?

– Uważam, że tak. To jest poważny film od strony dokumentacyjnej, warsztatowej. Dobrze uzasadnione są stawiane tam tezy. Zatem jest to wiarygodny obraz i moim zdaniem uzupełnieniem tej części będzie druga, bo jak słyszymy, Ewa Stankiewicz pracuje nad kolejną. Myślę, że będzie równie ciekawa. Tym bardziej że wiele osób, które miały coś do powiedzenia w sprawie katastrofy smoleńskiej, już nie żyje – odeszły nagle, mieliśmy też samobójstwa.

Jeśli chodzi o wyjaśnianie przyczyn i okoliczności tego, co się wydarzyło w Smoleńsku, to są głosy, że nasi zachodni sojusznicy mogą posiadać informacje na temat tego, co wydarzyło się 10 kwietnia 2010 roku. Co sprawia, że nie dzielą się z nami tą wiedzą? Czyżby nie chcieli prowokować coraz śmielej poczynającego sobie rosyjskiego niedźwiedzia?

– Interesy międzynarodowych grup biznesowych dotykają świata polityki. Te grupy mają przemożny wpływ na rządzących zarówno w Moskwie, jak i w Stanach Zjednoczonych. Na przykład banki, wielkie korporacje medialne decydują i powodują, niestety, że politycy stają się ich zakładnikami i nie mogą mówić prawdy o tym, co się faktycznie zadziało m.in. w Smoleńsku. Prawda jednak zwycięży. Tak stało się w przypadku pierwszego Katynia i tak będzie, jeśli chodzi o nasz drugi dramat – smoleński.

Największym dowodem, że grupy interesów nie chcą rzetelnego wyjaśnienia katastrofy TU-154M, jest to, że nie powstała międzynarodowa komisja. Myślę, że każde wyjaśnienie takiego gremium byłoby bardziej wiarygodne niż to, co kazał mówić Putin Donaldowi Tuskowi, Ewie Kopacz i innym polskim klakierom, którzy obawiali się, że prawda może wyjść na jaw. Zatem przyjęto narrację Putina i niestety świat zamilkł, zarówno ten amerykański, jak i Europa Zachodnia.

Politycy powinni być bardziej niezależni, a nie skorumpowani przez biznes, jak to się dzieje chociażby w Stanach Zjednoczonych. Donald Trump został odrzucony właśnie przez biznes, który się go obawiał. Kanały medialne były przeciwko niemu i dlatego przegrał. Wydaje się, że w drugiej kadencji Trump mógłby nam pomóc, jeśli chodzi o wyjaśnienie okoliczności katastrofy smoleńskiej, ale wielkie interesy biznesowe na to jak dotąd nie pozwoliły.

        Dziękuję za rozmowę.  

Mariusz Kamieniecki