• Czwartek, 13 maja 2021

    imieniny: Ofelii, Roberty, Serwacego

Łyżwiarstwo szybkie

Nie boję się marzyć

Czwartek, 15 kwietnia 2021 (15:28)

Z Natalią Czerwonką, medalistką olimpijską i mistrzostw świata rozmawia Piotr Skrobisz.

Za Panią wyjątkowy sezon: ciężki, szalony, ale – paradoksalnie – naprawdę dobry. A nawet więcej niż dobry.

– Na początku było bardzo ciężko. Przez listopad, grudzień żyliśmy w zawieszeniu, nie wiedząc, co się wydarzy i czy cokolwiek się wydarzy. Pierwsze zawody Pucharu Świata zostały odwołane, przez pewien czas nie było gwarancji, czy jakiekolwiek zawody dojdą do skutku. Nas uratowała hala lodowa w Tomaszowie Mazowieckim, jedyny w Polsce obiekt, na którym możemy trenować. Spędziłam tam w sumie sześć tygodni, od października do grudnia. W końcu okazało się, że sezon uratuje specjalnie utworzona „bańka” w Heerenveen, gdzie zaplanowano mistrzostwa Europy i świata oraz Puchary Świata. Nie mieliśmy pojęcia, czy ten pomysł się sprawdzi. Na prawie sześć tygodni zostaliśmy zamknięci w pokojach, bez możliwości kontaktu ze światem zewnętrznym, co chwilę przechodziliśmy testy na obecność koronawirusa, mogliśmy tylko trenować i startować, ale się udało. Sezon, krótki i wyjątkowy, rozpoczął się i zakończył, zawody doszły do skutku. Dla mnie okazał się najlepszym w karierze, z najmniejszymi stratami do podium.

Zanim o tym porozmawiamy, zatrzymajmy się na chwilę przy arenie w Tomaszowie. Przez dziesięciolecia łyżwiarskie środowisko domagało się budowy takiego obiektu, teraz praktycznie uratował on dyscyplinę.

– No tak, gdyby go nie było, to albo jeździlibyśmy na rolkach, albo udawali, że trenujemy łyżwiarstwo szybkie. Arena się rozwija, jest w niej coraz lepszy lód, mechanicy uczą się go przygotowywać w różnych warunkach. W nowym sezonie w Tomaszowie odbędą się inauguracyjne zawody Pucharu Świata.

Wróćmy do Pani. Nie miewała Pani momentów zwątpienia, gdy wszystko tak naprawdę wisiało na włosku, gdy sezon wyglądał na jedną wielką niewiadomą?

– Miałam. W październiku czy listopadzie przeszłam jeden z największych kryzysów sportowych i mentalnych w życiu. Po okresie wzmożonej pracy, gdy, mówiąc sportowym żargonem, miałam już startową wagę i nie mogłam doczekać się początku rywalizacji, okazało się, że nic nie wiadomo. Wtedy na moment pojawiła się w mojej głowie myśl, dlaczego mam sobie czegoś odmawiać, skoro i tak nikt nie jest w stanie przewidzieć, co wydarzy się jutro, a co dopiero za miesiąc.

Pamiętam też początek mistrzostw Europy… Może nie był związany z jakimś kryzysem, ale miał pewien symboliczny wymiar. Hala w Heerenveen jest jedną z moich ulubionych. Zawsze gromadzi pełne trybuny, przeszło 12 tysięcy widzów tworzących niesamowitą atmosferę, zakochanych w łyżwiarstwie szybkim. Tymczasem teraz, gdy wyszliśmy wszyscy na ceremonię otwarcia, trybuny były całkowicie puste. Panowała przejmująca cisza, a gdy nagle organizatorzy zgasili światło w trakcie przemówienia prezydenta federacji, poczułam się – przepraszam za porównanie – jak na przejmującym pogrzebie…

Kiedy Pani poczuła, że sezon może okazać się tak udany?

– Jeszcze na mistrzostwach Europy wystartowałam zmęczona treningami, ale jak zaczęła mi się „kręcić” noga na treningach, jak poczułam luz psychiczny, jak spadło napięcie, to nagle okazało się, że uzyskuję życiowe czasy na torach europejskich. Okazało się, że ja, 33-latka, nadal się poprawiam, biję rekordy życiowe, a nie ukrywam, że to jest dla mnie najważniejsze, bo postęp daje mi ogromną ochotę do dalszej pracy.

W czym tkwiła tajemnica tego, że sezon najtrudniejszy okazał się najlepszy?

– Bardzo długo zabiegałam w Polskim Związku Łyżwiarskim o to, by i w kadrze mógł mnie prowadzić trener klubowy, Arkadiusz Skoneczny. Teraz stało się to faktem, porozumiał się z głównym szkoleniowcem reprezentacji Wiesławem Kmiecikiem, i myślę, że ten duet stał u podstaw takiego, a nie innego sezonu. Trener Skoneczny zna mnie jak nikt, wie doskonale, jak reaguję na pewne bodźce, a trener Kmiecik to ikona polskiego łyżwiarstwa. Zaczęłam też pracować z grupą, z młodymi, niezwykle zdolnymi dziewczynami. A przy okazji myślę, że sporo zmieniło się i w mojej głowie. Niedawno nawet rozmawiałam z trenerem Kmiecikiem i powiedziałam mu, że może nie złoty medal olimpijski, ale brązowy znajduje się w moim zasięgu. Przestałam bać się mówić głośno o swoich marzeniach. Sportowcy często boją się tego robić, wychodząc z założenia, że zwiększą w ten sposób presję, że będą surowiej oceniani z tego, co dokonali. Mam świadomość, że w Pekinie do walki o trzy krążki stanie około 40 kobiet, wszystkie z takimi samymi marzeniami. Ale ja nie obawiam się otwarcie przyznać, że wybiorę się do Chin po życiowy sukces w biegu indywidualnym. Po medal. A co więcej, niewykluczone, że powalczymy o niego również w drużynie. W tym sezonie, pierwszy raz od bodaj 2018 roku, przejechałyśmy bowiem bieg drużynowy, z którego byłam naprawdę dumna – na mistrzostwach świata.

Miło słyszeć Panią tak optymistycznie i odważnie opowiadającą o celach i marzeniach.

– Swoje już przeżyłam, niejedno usłyszałam, więc czemu miałabym milczeć? Mam swoje lata, gdybym nie kochała tego, co robię, gdybym nie kochała się męczyć, to by mnie już tu nie było. Jestem sportowcem spełnionym, mam swój medal olimpijski, niczego nie muszę udowadniać, ale… Ale chcę! Nadal chcę!

Poza tym… Za nami wyjątkowy sezon, trudny, inny niż wszystkie, ale jestem też typem człowieka, który uważa i wie, że czasami musi być ciężko, żeby było się z czego odbić. W minionych miesiącach się odbiłam. Wysoko.

Dziękuję za rozmowę.

Piotr Skrobisz