Czysta kalkulacja
Czwartek, 8 kwietnia 2021 (19:58)Z Andrzejem Maciejewskim, politologiem z Instytutu Sobieskiego, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Jarosław Gowin twierdzi, że umowa koalicyjna de facto została jednostronnie zawieszona przez PiS w momencie poparcia próby obalenia legalnych władz Porozumienia. Czy zatem funkcjonowanie Koalicji Zjednoczonej Prawicy jest zagrożone?
– Przyznam, że kiedy czytam wypowiedzi i słucham prezesów trzech ugrupowań tworzących Zjednoczoną Prawicę, to mam wrażenie, że decyzja chyba już zapadła i teraz cała sytuacja bardzo przypomina negocjacje w procesie rozwodowym. Chodzi o to, żeby się rozejść, ale żeby jak najmniej bolało, żeby nie robić z tego wielkich scen, czyli rozstać się za porozumieniem stron i bez orzekania o winie. Tak to wygląda. I chyba powoli powinniśmy się przyzwyczajać, że jakaś część politycznej historii ostatnich lat, historii Zjednoczonej Prawicy się kończy, że ta formuła na dzisiaj się wyczerpała. Tak to chyba trzeba nazwać.
A zatem, czy skrócenie kadencji Sejmu i przedterminowe wybory to realna perspektywa?
– I tu już dyskutowałbym, bo o ile widać zmęczenie materiału wewnątrz rządzącej koalicji i definitywny koniec tego projektu jest coraz bliżej, to głosowanie nad ratyfikacją unijnego Funduszu Odbudowy będzie może tu decydujące.
Przypomnę, że Solidarna Polska od początku zapowiada, że nie poprze Funduszu Odbudowy, argumentując, że PiS przehandlowuje w ten sposób polską suwerenność. Jednakże wcale nie musi to oznaczać końca rządu premiera Mateusza Morawieckiego. Kiedyś już o tym mówiłem, a dzisiaj tylko powtórzę, że największą partią decydującą o trwaniu bądź rozwiązaniu Sejmu jest tzw. partia dietetyków, czyli partia posłów niezrzeszonych, albo ugrupowań, które mają świadomość, że balansują na granicy progu wyborczego i przedterminowe wybory (do terminowych wyborów mamy mniej więcej dwa i pół roku) oznaczają dla nich koniec politycznej kariery – w obecnym wydaniu i koniec dopływu środków z diet poselskich.
W tym momencie kształt Prawicy – formalnie już niekoniecznie zjednoczonej – może się kompletnie zmienić. Na scenie mogą się pojawić nowi gracze, którzy będą wspierać układ władzy, a rząd będzie przeprowadzał jak dotąd swoje projekty. Sytuacja wbrew pozorom jest dość korzystna dla PiS-u, bo budżet jest przyjęty, środki unijne są tak naprawdę rozdzielone, jest tylko kwestia akceptacji parlamentu. W tym momencie jest pytanie, do czego potrzebna jest stabilna większość parlamentarna? W planach rządu nie ma jakichś rewolucyjnych zmian, bo wszystkie tego typu kwestie są właściwie za nami, zostały przeprowadzone ustawowo, a wiele decyzji można przyjmować poprzez rozporządzenia premiera jako akty wykonawcze do obwiązujących ustaw, do czego nie potrzeba woli większości sejmowej. W tej sytuacji śmiało można rządzić państwem, nie mając stabilnej większości w parlamencie.
Zatem rację ma wicepremier Jarosław Kaczyński, który w jednym z ostatnich wywiadów nie wyklucza skrócenia kadencji parlamentu, ale zaraz dodaje, że nie prognozuje wcześniejszych wyborów?
– Dokładnie tak. Polityka to taki dziwny twór, gdzie zawsze obowiązuje zasada – nigdy nie mów nigdy, bo wydarzenia na politycznej scenie są bardzo dynamiczne. Jednocześnie kadencja trwająca zaledwie półtora roku to marna perspektywa, szczególnie dla tych posłów, którzy nie spłacili jeszcze zaciągniętych kredytów, nie uregulowali zobowiązań z tytułu przeprowadzonej wcześniej kampanii wyborczej. Jak wiemy, partie wciąż składają sprawozdania, i na przykład Wiosna ma problemy z rozliczeniem.
Ponadto po drodze była jeszcze kampania prezydencka i właściwie nikogo jeszcze nie stać na nową kampanię, która kosztuje. Jest za wcześnie, a z drugiej strony – jakby nie patrzeć – PiS ciągle jest liderem, ma się bardzo dobrze. Co więcej, pozycja tej formacji jest bardzo ustabilizowana, czego nie można powiedzieć o Platformie, której po piętach depcze „Polska 2050” Szymona Hołowni, czy o innych ugrupowaniach, które balansują na progu wyborczym.
Biorąc to wszystko pod uwagę, sądzę, że trzeba do tego podejść pragmatycznie i spokojnie. Pragmatyka i spokój mówią wyraźnie, że koalicja rządząca może się zmienić, może się zmienić obraz i kształt sceny politycznej, ale nie sądzę, żeby to w jakikolwiek sposób zmieniło rząd. Po prostu pewni ministrowie mogą zniknąć z orbity politycznej, pojawią się nowe osoby. Co więcej, rząd będzie bardziej techniczny, a partia rządząca będzie miała więcej czasu na zastanowienie się nad programem wyborczym. Zresztą wszyscy będą mieli więcej czasu na przygotowanie się do terminowych wyborów.
Wybory w sytuacji, kiedy wciąż trwa walka z covidem, to też nie najlepszy pomysł – zwłaszcza dla partii rządzącej?
– Pandemia i wszystko, co się z nią wiąże, to jest moment, który nikomu nie jest na rękę. Nie ma więc sensu robić wyborów w czasie piekła covidowego, bo na tym przegrają wszyscy.
Choć Jarosław Gowin uważa, że w obecnym Sejmie niemożliwa jest inna większość niż Zjednoczonej Prawicy, to prezes Kaczyński twierdzi, że w przypadku utraty kilku głosów jest zawsze możliwość pozyskania nowych. Kogo ma na myśli prezes PiS?
– Chodzi zapewne o tzw. partię dietetyków, o której już wspomniałem, a więc posłów niezależnych, niezrzeszonych, a także o mniejsze ugrupowania, które ciągle nie mają stabilnej sytuacji.
A Pawłowi Kukizowi do kogo jest bliżej? Do sojuszu z PiS-em czy z Jarosławem Gowinem?
– Paweł Kukiz w jednym jest bardzo konsekwentny. Mianowicie – zawsze bliżej mu do tego, kto pomoże zrealizować jego program. Zresztą wielokrotnie powtarzał prześmiewczo, że pod rękę pójdzie nawet z samym diabłem, jeśli tylko będzie szansa zrealizować program wyborczy.
Dlatego na obecnym etapie wierzę w to, że do tych kwestii też podejdzie w sposób pragmatyczny, i jeżeli pojawi się szansa zyskać pewien pułap realizacji swojego programu wyborczego, za cenę kilku głosowań, to on się na to zgodzi. To jest polityka, to jest pragmatyka. Polityka to nie jest małżeństwo i wierność, którą się ślubuje na zawsze. W polityce są interesy, koalicje to działanie zadaniowe, zmieniają się układy, i tak to wygląda.
Wracając jeszcze do Zjednoczonej Prawicy, chcę powiedzieć, że partie nie są monolitami. Są frakcje, zawsze są osoby, które mają wątpliwości, dylematy – i dotyczy to każdej partii. Może się zatem okazać, że owszem dana formacja wyjdzie i przestanie być członkiem koalicji, ale wielu posłów jako niezrzeszeni mogą być wciąż sympatykami PiS-u, a co za tym idzie – większość zostanie utrzymana.
Ponadto nawet w opozycji jest sporo posłów, którzy będą głosować tak jak opcja rządząca – mimo że oficjalnie jako dana formacja będą przeciw. Co niektórzy zdają sobie sprawę z tego, że ich byt parlamentarny skończy się na tej kadencji, więc skracanie jej nie ma dla nich tym bardziej sensu. Być może liczą też, że głosowanie z partią rządzącą pozwoli im zająć miejsce na listach wyborczych. To jest czysta, brutalna kalkulacja. Takie scenariusze też trzeba brać pod uwagę, one są bardzo realne, a polska scena polityczna wielokrotnie pokazała, że to się sprawdza.
O Pawle Kukizie wspomniał Pan, że pójdzie tam, gdzie będzie możliwość realizacji jego programu. Słyszymy, że trwają rozmowy z PiS-em nad ustawą antykorupcyjną i ustawą o sędziach pokoju. To ma być cena za ewentualne wsparcie Pawła Kukiza przy newralgicznych głosowaniach?
– Nie wykluczałbym takiego scenariusza, tym bardziej że bardzo radykalna ustawa antykorupcyjna byłaby na rękę dla partii rządzącej. Byłby to też sygnał, że nie ma „świętych” krów, że wymagana będzie transparentność, większa konsekwencja także wobec swoich. I ten wariant może przejść. Natomiast jeśli chodzi o sędziów pokoju, to sprawa jest bardziej problematyczna, bo aby osiągnąć cel, potrzebna byłaby zmiana Konstytucji RP, a na to – przynajmniej w tym parlamencie – zgody nie będzie. Stąd uważam, że najbardziej możliwy do zrealizowania jest temat ustawy antykorupcyjnej i ewentualnie zmiany w ordynacji wyborczej na system mieszany.
W co gra Jarosław Gowin, bo o ile sondaże pokazują, że Solidarna Polska balansuje na granicy progu wyborczego, to Porozumienie z poparciem co najwyżej dwóch procent nie ma szans na samodzielny byt? Tymczasem Gowin sam uważa, że jego ugrupowanie ma znacznie większe zdolności koalicyjne…
– Myślę, że dwa procent poparcia dla Porozumienia to i tak szczyt optymizmu. Warto sobie też uświadomić, że wszystkie małe byty polityczne są skazane na koalicje w dużych blokach, poza którymi tak naprawdę nie istnieją. I tak jest w przypadku Porozumienia, a także w przypadku Solidarnej Polski. Minister Zbigniew Ziobro ze swoim gronem też jest zbyt małą siłą, aby móc samodzielnie odegrać jakąś istotną rolę i zmienić polską scenę polityczną. Otóż wahanie się na poziomie pięciu procent poparcia oznacza, że takie ugrupowanie mogłoby realnie wprowadzić do Sejmu pięciu, może sześciu posłów. Jaki to sukces, osiągnięcie i jaka to jest szansa na odegranie jakiejś znaczącej roli w polskiej polityce? Żadna. A zatem, tak naprawdę istotą i celem działań na dzisiaj – wszystkich partii politycznych – przez najbliższe dwa lata, do wyborów parlamentarnych, to będzie okrzepnięcie i zbudowanie mocnych bloków politycznych, mocnych koalicji programowych, aby z tym pójść do wyborów. Szybkie, przedterminowe wybory nie dają takiej możliwości, natomiast bloki, o których mówię, dają szansę, że przeskoczony zostanie pułap pięciu procent z górką, co w konsekwencji daje komfort pracy w parlamencie z większą grupą posłów. Proszę pamiętać, że w parlamencie nie liczy się, kto ma więcej głosów, bo to przekłada się na rządzenie i decydowanie o losach państwa. A przecież każdej partii chodzi o to, żeby rządzić krajem.