Tragiczny pożar w sercu Amazonii
Niedziela, 10 lutego 2013 (07:32)Z ks. Radosławem Zawadzkim, misjonarzem z Peru, rozmawia Marta Milczarska
6 lutego br. w Księdza parafii w Iquitos w Peru doszło do poważnych zniszczeń w wyniku pożaru. Jakie są jego skutki? Ile osób ucierpiało?
- W wyniku pożaru, do którego doszło w minioną środę, spłonęło dziewięć domów, jednak skutkami dotkniętych jest piętnaście rodzin, czyli około 50 osób. W biednych dzielnicach Iquitos zwyczajem jest, że w jednym domu mieszkają dwie, trzy, cztery rodziny. Oprócz dachu nad głową wiele osób straciło także miejsca pracy, które znajdowały się w domach – są to stolarnia, dwa magazyny dekoratorów wnętrz, bar, kawiarenka internetowa. Na szczęście nie ma ofiar w ludziach. Wszystkim udało się opuścić domy. Sąsiedzi udzielili pomocy także starszemu małżeństwu, które o własnych silach nie mogło wydostać się z płonącego domu.
Co spowodowało tak rozległy pożar?
- Wszystko prawdopodobnie zaczęło się od jednej kuchni i nieszczelnych przewodów butli z gazem. Wystarczyło kilkanaście minut, domy napełniły się dymem i stanęły w płomieniach. Nie udało się opanować ognia w kuchni.
Jednym z powodów szybkiego rozprzestrzeniania się ognia był sposób budowania domów. Były to typowe budynki amazońskie, czyli konstrukcje drewniane, które w dużej części mają dachy z wysuszonych liści i pobudowane w ten sposób, że ściany jednego domu stykają się ze ścianami kolejnego. Do konserwacji drewnianych podłóg i zabezpieczenia przed insektami używano często pochodnych oleju napędowego. Zatem na niewiele się zdało polewanie płomieni wiadrami z wodą.
Po około dwudziestu minutach przyjechała straż pożarna. Wtedy wszystkie domy już płonęły. Wody w zbiorniku wystarczyło na chwilę. Niestety, nasza dzielnica nie ma hydrantów czynnych całą dobę. Otrzymujemy wodę w godzinach porannych i niekiedy popołudniowych. Motopompa z powodu wieku i stanu technicznego nie chciała pompować wody z pobliskiej rzeki. Dopiero po kolejnych kilkunastu minutach przyjechała cysterna z wodą, kolejna jednostka straży i jako ostatni strażacy z naszego distrito, czyli ci, którzy mieli najbliżej. Jednak mogli tylko dogasić zgliszcza.
Niestety, pożar to nie jedyne nieszczęście, jakie dotknęło poszkodowanych. Pozostałości po pożarze stały się również łatwym łupem dla złodziei...
- Pierwszą reakcją poszkodowanych była oczywiście próba gaszenia pożaru. Jednak nie przynosiła rezultatu i ogień rozprzestrzeniał się bardzo szybko. Zatem właściciele domów zaczęli ratować swój dobytek, wynosząc na ulice to, co udało się unieść. Niestety, w tym samym momencie, korzystając z zamieszania, pojawili się także złodzieje, którzy szybko zabrali to, co udało się ocalić.
W rozmowie z poszkodowanymi dowiedziałem się, że niektórzy wynieśli z pożaru m.in. kilka krzeseł, telewizor, ubrania. Po kilku minutach nie znaleźli nawet brudnych ubrań. Dopiero po pewnym czasie na miejscu pożaru pojawiła się policja i pomogła zabezpieczyć teren.
Jak dzisiaj przedstawiają się losy poszkodowanych? Jak można im pomóc?
- Kilka poszkodowanych rodzin zostało ulokowanych w pobliskim przedszkolu, dwie kolejne znalazły schronienie w parafii, część przeniosła się na jakiś czas do domów przyjaciół lub bliskich, którzy mieszkają w innych częściach miasta.
W pierwszych dniach poszkodowani otrzymali pomoc w postaci posiłków i ubrań. Zaangażowały się w nią Obrona Cywilna i parafia św. Piotra. Obecnie czekają na decyzję odpowiednika polskiego urzędu dzielnicy w sprawie pomocy w odbudowie domów. Na razie obiecano im pomoc w postaci dziesięciu arkuszy blachy na każdy dom.
Kolejny problem poszkodowanych to także miejsca pracy. W ich domach znajdowały się wspomniane już warsztaty pracy. Zatem stracili nie tylko domy, ale także wszystkie narzędzia oraz materiały do pracy.
Pomóc poszkodowanym można na dwa sposoby: poprzez wsparcie duchowe, modlitwę w intencji samych poszkodowanych oraz rządzących - odpowiedzialnych za udzielenie pomocy – oraz wsparcie materialne, które jest niezbędne do odbudowy domów i miejsc pracy. Niestety możemy mówić tylko o wsparciu finansowym. Na niewiele zda się zbiorka ubrań i tym podobne akcje. Prawo nie pozwala bowiem na przesyłkę drogą pocztową ubrań. Jeśli ktoś chce udzielić pomocy, może skontaktować się ze mną drogą e-mailową.
Sami poszkodowani nie tracą czasu, czekając na pomoc. Obecnie organizują koncert charytatywny, przygotowują się także do konkursu karnawałowego i mają zamiar go wygrać, ponieważ główna nagroda to trzy tysiące soli (około tysiąca dolarów). Starają się również powrócić do swoich codziennych czynności.
Jak wygląda życie zwykłych mieszkańców Iquitos, Księdza parafian?
– Trudno jest opisać życie mieszkańców Iquitos w kilku zdaniach. Jest ono tak różnorodne, jak różnorodna jest Amazonia. Najlepiej jest przyjechać i zobaczyć je na żywo. Istnieje jednak niebezpieczeństwo zakochania się w Amazonii.
Łatwiej jest mi powiedzieć kilka słów o mojej parafii. Parafia San Pedro to parafia „rzeczna”, ulokowana na obrzeżach Iquitos w dzielnicy Bellavista Nanay. Jej terytorium to plac i kilka ulic, a także około 1,5 tys. kilometrów kwadratowych lasów obejmujących 66 wiosek rozrzuconych w amazońskiej dżungli nad brzegami Amazonki, Nanay i Momon. Parafianie to w większości biedni rolnicy uprawiający swoje poletka yuki i bananowców oraz rybacy zarabiający na życie łowieniem ryb u ujścia Nanay do Amazonki. Niektórzy z nich opuścili swoje wioski i przenieśli się na obrzeża Iquitos, aby zamieszkać w tzn. inwazjach, gdzie budują proste domki z drewna i liści palmowych. Szukają w ten sposób lepszego życia oraz możliwości ukończenia szkoły średniej dla swoich dzieci. Ci, którzy zamieszkali w mieście, szukają pracy w porcie, uczą się nowych zawodów jako pomocnicy murarzy, stolarzy, próbują sprzedawać na rynku swoje produkty. Zdecydowana większość mieszkańców parafii żyje poniżej minimum socjalnego, zarabiając około 10 soli (około 3 euro) dziennie na wyżywienie 5-10-osobowej rodziny.
Na czym polega Księdza posługa w sercu Amazonii?
– Jako parafia staramy się przede wszystkim zapewnić opiekę duchową. Organizujemy katechezę w mieście i w wioskach. Sprawujemy sakramenty. Staramy się formować animatorów i katechetów, którzy animują życie religijne w wioskach. Część naszej pracy to także opieka socjalna. Jako Kościół katolicki staramy się pomagać w miejscach, gdzie nie ma zapewnionej opieki zdrowotnej, dzieci nie mogą uczęszczać do szkoły, gdzie powstają konflikty między mieszkańcami wiosek i firmami wydobywającymi ropę naftową. To wszystko to jednak kropla w morzu potrzeb.
Dziękuję za rozmowę.
Marta Milczarska