Zdrada interesów Polski, zdrada tych, którzy zginęli
Piątek, 19 marca 2021 (16:58)Z Andrzejem Melakiem, posłem na Sejm VIII kadencji, prezesem Komitetu Katyńskiego i bratem tragicznie zmarłego 10 kwietnia 2010 r. w Smoleńsku Stefana Melaka, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Zaskoczyły Pana informacje – ujawnione przez Telewizję Polską – treść tajnej rozmowy, która odbyła się kilkanaście dni po katastrofie smoleńskiej między premierem Donaldem Tuskiem a Edmundem Klichem – szefem komisji badającej katastrofę smoleńską, który – jak mówił – nie czuł wsparcia od rządu, i w ogóle miał wątpliwości, czy państwo staje na wysokości zadania?
– Dla mnie nie są to żadne rewelacje. Już w tamtym czasie byłem przekonany i przeświadczony, że rząd Platformy i PSL-u absolutnie abdykował, że zaniedbał i zaniechał wszelkich starań o to, by przejąć czy włączyć się aktywnie w śledztwo, które wyjaśniłoby przyczyny i okoliczności katastrofy smoleńskiej. Wydaje się, że Donaldowi Tuskowi było wygodnie oddać sprawę w ręce Rosji i, mówiąc kolokwialnie, mieć to z głowy. Kilka dni po naradzie, której treść ujrzała właśnie światło dzienne, bodajże 24 czy 25 kwietnia 2010 roku, napisałem list otwarty skierowany do ówczesnego prezesa Rady Ministrów – Donalda Tuska, w którym zwracałem uwagę, że jego rząd absolutnie nie robi nic, aby wyjaśnić sprawę, że rząd Tuska abdykował, że wobec Rosjan przedstawiciele rządu zachowują się jak tchórze. Ten list, którego dostarczenie potwierdziła mi kancelaria premiera, został absolutnie bez odpowiedzi. Natomiast kilka dni później w Sejmie Donald Tusk przepuścił atak na tych, którzy żądali aktywnego śledztwa z polskiej strony itd.
Donalda Tuska – jak słyszymy – nie interesowały szczegóły sprawy, ale to, dlaczego Bogdan Klich udzielał wywiadów w mediach…
– Wypowiedzi zawarte na taśmach opublikowanych przez Anitę Gargas z narady u premiera Tuska – de facto – rozmowy wymuszonej przez Edmunda Klicha, tylko potwierdzają tę tezę. Spotkanie to było spowodowane nie troską o przebieg śledztwa, lecz właśnie obawami Tuska, że Klich został pozostawiony sam sobie, że rząd nie podjął żadnych działań i zgadza się na wszystko, co żąda czy też wymusza strona rosyjska, i że to wszystko przedostanie się do wiadomości publicznej i może zniszczyć wizerunek Tuska. Wypowiedzi Tuska są skandaliczne i absolutnie kompromitujące go jako premiera rządu, w ogóle jako Polaka. To, czego byliśmy świadkami, co wydawało się nieprawdopodobne, aby się zdarzyło, było jednak faktem. Ówczesny polski rząd nie zrobił nic, żeby aktywnie włączyć się w śledztwo – zwłaszcza że pod Smoleńskiem zginęła elita Narodu, najważniejszy przedstawiciel tego Narodu – prezydent RP oraz cała kadra oficerska z generałami NATO.
Z czego wynikała ta indolencja rządu Donalda Tuska?
– Trudno mi wchodzić w serca i umysły ówczesnych decydentów, ale wydaje mi się, że oni wiedzieli, zdawali sobie od początku sprawę z tego, co robią. Tam nie ma zaniechań, niedopatrzeń, ale w tym zachowaniu – według mnie – jest świadome działanie z premedytacją. Można to określić tylko w jeden sposób – zdrada, zdrada, zdrada! To była zdrada interesów Polski, zdrada tych, którzy zginęli 10 kwietnia pod Smoleńskiem.
Wspomniał Pan wcześniej, że zwracał się do premiera Donalda Tuska o większe zaangażowanie w sprawę śledztwa. Czy to była jedyna prośba, czy były też inne ponaglenia?
– W swoim archiwum mam trzy pisma potwierdzone przez Kancelarię Prezesa Rady Ministrów najpierw Donalda Tuska, a potem Ewy Kopacz, które nie znalazły odpowiedzi. Mam też dokument – pismo z pytaniem i odpowiedzią Macieja Laska – ówczesnego przewodniczącego Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych badającej katastrofę smoleńską, który był współautorem „kłamstwa smoleńskiego”, którego pytałem, jaki status miał lot do Smoleńska. Odpowiedź była jasna, że był to lot militarny, wojskowy. Tymczasem pamiętamy, że lot z 10 kwietnia 2010 roku traktowano jako lot cywilny. Postawa Tuska i ówczesnego rządu, 10 listopada 2010 roku, podczas spotkania w Urzędzie Prezesa Rady Ministrów – wymuszonego wręcz przez rodziny ofiar, była bardzo jednoznaczna. Odpowiedzi Tuska, które w scenopisie ukazały się dopiero po kilku latach, są tak naprawdę podstawą do oskarżenia ówczesnego premiera i jego rządu.
Jak się zachowywał Donald Tusk wobec rodzin uczestniczących w tym spotkaniu?
– Padało tam wiele pytań z naszej strony, m.in. dlaczego premier nie skorzystał z możliwości i nie zwrócił się z prośbą o pomoc w wyjaśnieniu przyczyn i okoliczności katastrofy do naszych sojuszników z NATO czy Unii Europejskiej, żeby grono międzynarodowe włączyło się w śledztwo. Odpowiedź Tuska brzmiała, że Rosjanie śledztwo prowadzą znakomicie, że współpraca z Rosjanami układa się bardzo dobrze, a on nigdy nie zgodzi się na umiędzynarodowienie śledztwa. To było tylko jedno z pytań i odpowiedzi, jakie wówczas padły. Tak to wyglądało. Dla mnie i dla wielu przedstawicieli rodzin smoleńskich nie było to zaskoczeniem, bo my wiedzieliśmy, jak się zachowuje rząd Donalda Tuska, a potem Ewy Kopacz.
Pana zdaniem śledztwo smoleńskie można było poprowadzić inaczej niż tylko przy użyciu cywilnych procedur?
– Rząd Tuska mógł, ale nie zadbał o to, aby procedura przy badaniu i samym śledztwie dotyczącym katastrofy – z polskiego punktu widzenia – była najkorzystniejsza. Świadomie więc wybrano, czy też pozwolono sobie narzucić, tzw. konwencję chicagowską, co było fundamentalnym błędem. Natomiast Tusk miał odpowiednie zaplecze, ministrów, cały sztab doradców, rzeczoznawców, prawników, którzy powinni mu podpowiedzieć, że jest porozumienie z 1993 roku, które gwarantuje stronom równe prawa przy tego rodzaju śledztwach. Przypomnę, że to porozumienie – zawarte między ministrem obrony narodowej Polski a ministrem obrony Rosji z 7 lipca 1993 roku dotyczy ruchu powietrznego wojskowych statków powietrznych Polski i Rosji. Z tego wariantu jednak nie skorzystano, natomiast wybrano wyjście (konwencję chicagowską), które absolutnie uniemożliwiło stronie polskiej ingerencję i udział w śledztwie, co pozbawiło nas decydującego głosu. Staliśmy się petentem. To, co zrobił Tusk ze swoją ekipą, to była abdykacja – umycie rąk od odpowiedzialności. Ci ludzi się poddali, zachowali się w sposób kompromitujący, tchórzliwy, niczym ci, którym jest obojętne, że zginął prezydent RP i najważniejsze osoby w państwie.
Czy te nagrania mogą mieć polityczne konsekwencje i czy wobec osób odpowiedzialnych powinny zostać wyciągnięte konsekwencje?
– Ależ oczywiście – nie tylko polityczne konsekwencje, ale także prawne. Nie ma chyba lepszego materiału, lepszych podstaw do oskarżenia Tuska i ministrów odpowiedzialnych w jego rządzie. Jeśli dodać do tego materiału inne działania tamtej ekipy, to widać, że sprawa układa się w całość, która wskazuje, że ci ludzie – w sposób świadomy – nie chcieli uczestniczyć jako strona, jako równorzędny partner w tym śledztwie, że wygodniej było im oddać sprawę w ręce Rosjan, którzy z premedytacją wykorzystali ten fakt, przejmując inicjatywę. Platforma oddała to śledztwo, bo politycznie było im to na rękę.
Oczekuje Pan jakiegoś wyjaśnienia od Donalda Tuska, który ma w zwyczaju komentować wydarzenia z polskiej sceny politycznej, ale w tym wypadku milczy?
– Osobiście niczego od Tuska nie oczekuję. Jako premier zawiódł swój Naród, nie stanął na wysokości zadania w sytuacji ogromnej tragedii, jaka 10 kwietnia 2010 roku dotknęła Polskę i Polaków. Uważam, że powinien stanąć pod pręgierzem wymiaru sprawiedliwości. Chciałbym spojrzeć mu w oczy wtedy, kiedy sąd po sprawiedliwym procesie orzeknie, iż zawinił, że nie pomógł śledczym, że sprawił, iż polscy śledczy, polscy eksperci nie mogli wziąć udziału w wyjaśnieniu katastrofy i tego, co stało się pod Smoleńskiem. Tusk zgodził się na to, co Rosjanie robili z Polską, co robili z ciałami ofiar, z ciałem najwyższego przedstawiciela Rzeczypospolitej, prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Pozwolił Rosjanom mataczyć, kłamać i fałszować, co – już wtedy – wydawało się barbarzyństwem. Proszę sobie przypomnieć, co wykazały sekcje zwłok, które dokonano po zmianie władzy w Polsce, a więc po sześciu, siedmiu latach od katastrofy, gdzie stwierdzono nie tylko pomieszanie osób czy wręcz profanacje zwłok. Przecież pamiętamy, jakie śmieci znajdowały się w trumnach. Ponadto co zrobiono z polską własnością, dowodem w śledztwie – wrakiem TU-154M, który niszczał, niszczeje, nie pozwolono nawet na rekonstrukcję jego fragmentów – jak to się robi, aby poznać przyczyny katastrofy. To, co zrobiono, to całkowite zaprzeczenie prawa i reguł, jakimi powinno się kierować śledztwo w sprawie katastrof lotniczych. Przypomnę katastrofę malezyjskiego samolotu, który kilka lat później został zestrzelony nad Ukrainą, kiedy Holendrzy odzyskali wrak, przetransportowali go z terenów ogarniętych wojną i przez pół Europy przewieźli szczątki wraku do kraju, odbudowali go z tych fragmentów, które odnaleziono, i oskarżyli Rosjan o zestrzelenie. Tak skutecznie zadziałała mała Holandia, a co zrobiła Polska wobec tragedii, w której zginęli przedstawiciele najwyższych władz państwowych… – NIC!
Ma Pan jeszcze nadzieję, że poznamy prawdziwe przyczyny tego, co wydarzyło się 10 kwietnia 2010 roku pod Smoleńskiem, że prawda ujrzy światło dzienne?
– Oczywiście, że mam taką nadzieję, i na to liczę zarówno ja, jak też pozostali członkowie rodzin, którzy stracili pod Smoleńskiem swoich najbliższych. Państwo polskie jest winne – także ofiarom – wyjaśnienie katastrofy z 10 kwietnia 2010 roku.