Umieć zastosować wiedzę ratowniczą
Wtorek, 9 marca 2021 (12:17)Z druhem Łukaszem Łopacińskim z OSP w Zawadach, uhonorowanym tytułem „Strażaka miesiąca listopada 2020”, rozmawia Jacek Sądej
Samorząd Mazowsza docenił Pana udział w akcji ratunkowej, przyznając tytuł „Strażaka miesiąca”. Proszę przybliżyć nam szczegóły tej akcji.
– Było to na początku listopada ubiegłego roku. Prowadziłem prace porządkowe wokół swojego domu. Ponieważ mieszkam na skraju Puszczy
Kampinoskiej, w pobliżu trzech jednostek ochotniczych straży pożarnych, to usłyszałem syreny z dwóch jednostek. Podjąłem decyzję, aby pojechać i sprawdzić, co się stało. Było już ciemno, ale z daleka zauważyłem światła awaryjne. Okazało się, że doszło do zderzenia trzech aut osobowych.
Służby ratunkowe jeszcze nie przyjechały?
– Nie było jeszcze żadnych służb. Zapytałem znajdujące się tam osoby, czy nie potrzebują pomocy. Usłyszałem, że nie, bo wezwano straż. Mam w swoim samochodzie sprzęt ratowniczy, więc założyłem kamizelkę ratunkową i poszedłem zbadać teren. Poszkodowanych było
sześć osób, w tym jeden mężczyzna, który jako pasażer uderzył głową w szybę i wypadł z samochodu. Leżał twarzą zwróconą do ziemi w kałuży paliwa. Udzieliłem mu pomocy, ponieważ nikt nie chciał go dotknąć, bo nie wiadomo było czy nie ma urazu kręgosłupa.
Czy udało się Panu pomóc jeszcze innym osobom, czy była taka potrzeba?
– Pomogłem tylko jemu, bo reszta była w stanie wydostać się z samochodu. Zbadałem, czy można go obrócić, sprawdziłem podstawowe czynności i zacząłem udzielać pomocy. Wtedy przyjechały pierwsze wozy ochotniczej straży pożarnej. Przy użyciu sprzętu ewakuowałem
mężczyznę z niebezpiecznego miejsca, w którym się znajdował. Potem przyjechała pierwsza karetka pogotowia.
Kiedy Pan o tym mówi, wydaje się, że brakuje nam podstawowej wiedzy, jak zachować się w takich sytuacjach?
– Panują takie przekonania, że uczestnik wypadku ma uszkodzony kręgosłup i lepiej go nie ruszać i poczekać na przyjazd służb.
Ile może trwać oczekiwanie na przyjazd służb ratowniczych?
– Jeżeli chodzi o OSP w naszym rejonie, to w miarę szybko, bo jest dużo jednostek.
W innym miejscu może być dłuższy czas oczekiwania na profesjonalną pomoc?
– Oczywiście, zwłaszcza na karetki pogotowia. U nas karetki są oddalone, więc czekaliśmy ponad pół godziny. Zapytano mnie jeszcze, czy zostanę przy tym człowieku i dopiero po przyjedzie kolejnych zespołów przekazałem im człowieka, który był sprawdzony i zabezpieczony, a były tam jeszcze dzieci i kobiety, którymi trzeba było się zająć.
Jeśli ktoś nie ma wiedzy medycznej i odpowiedniego przygotowania, to w jaki sposób może pomóc?
– Sądzę, że w takiej sytuacji trzeba ludzkiego podejścia.
Zastanowienia się, czego ja bym oczekiwał, będąc na miejscu tego człowieka. Jeżeli widzę, że jest ciemno, zimno, człowiek znajduje się w paliwie, to musimy go odsunąć, bo w momencie zapalenie nie ma
już ratunku. Nie trzeba być medykiem, czy mieć skończonego kursu ratownictwa, ale trzeba zastosować ludzkie odruchy. Trzeba sprawdzić, czy poszkodowanemu jest ciepło. Porozmawiać z nim, żeby wiedział, że jest ktoś w pobliżu, kto może pomóc.
Działalność w OSP w Zawadach jest Pana dodatkowym zajęciem, pasją, powołaniem?
– Na co dzień prowadzę własną działalność gospodarczą, a
ratownictwem w straży zajmuję się dodatkowo od 11 lat. Biorę udział w kursach i różnych szkoleniach. Wyjeżdżam też na zawody.
To procentuje?
– To, co się stało w listopadzie, to było pokłosie zawodów w
Sobótce pod Wrocławiem, na których byliśmy z kolegami z jednostki. Tam usłyszeliśmy o nowych wytycznych, które weszły do ratownictwa i ja wtedy je zastosowałem.
Jakie to wytyczne?
– Chodzi m.in. o to, że w ramach tego, co Europejska Rada Resuscytacji wyznacza, w niektórych przypadkach, wobec ofiary wypadku nie zawsze trzeba zastosować kołnierz ortopedyczny, który zakładamy na szyję. Ponieważ, jak dowiedli naukowcy, czasami potrafi on zrobić więcej
szkody, dlatego że uciska żyły szyjne, co może doprowadzić do niedotlenienia mózgu.
Jednak, żeby to rozeznać, trzeba mieć odpowiednią wiedzę i przygotowanie.
– Trzeba mieć wiedzę z kwalifikowanej pierwszej pomocy czy ratownictwa, tak jak my mieliśmy wykłady prowadzone przez profesorów uczelni medycznej z Wrocławia, którzy mówili o tym, jak to stosować. Nie jest to jeszcze ogólnie przyjęte, ale ratownicy zawodowi wiedzą,
że do takich sytuacji dochodzi i że można odstąpić od pewnych rzeczy.
Czy dużo czasu upłynęło od tego szkolenia do wypadku, przy którym wykorzystał Pan wiedzę?
– Trzy tygodnie. W tym przypadku świeżo nabyta wiedza została użyta. Zostałem pochwalony przez ratowników pogotowia, że jako strażak z OSP nie trzymałem się tak sztywno wytycznych, tylko zastosowałem coś, co jest nowością. Nie zawsze musimy się zastosować do tego, co reguła nakazuje, bo nie zawsze jest to dobre. Trzeba dostosować technikę do panującej sytuacji.