• Poniedziałek, 8 marca 2021

    imieniny: Jana, Beaty, Wincentego

Bądźmy dziećmi Kościoła!

Wtorek, 23 lutego 2021 (18:34)

Homilia wygłoszona podczas Mszy św. w intencji Ofiar katastrofy smoleńskiej, 10 lutego 2021 r. w Warszawie, w bazylice archikatedralnej św. Jana Chrzciciela.

Kolejny raz gromadzimy się w archikatedrze św. Jana  Chrzciciela w Warszawie, a także przed odbiornikami radiowymi i telewizyjnymi, łącząc się z tym, co dzieje się w archikatedrze, by polecić Bogu tych, którzy prawie jedenaście lat temu zginęli w katastrofie pod Smoleńskiem. Również by polecić Bogu ich rodziny i razem z nimi opłakiwać, współczuć, żałować i tęsknić oraz modlić się za naszą Ojczyznę i za nas wszystkich.

Dzisiejsza liturgia jest szczególna z dwóch powodów: z powodu okoliczności historycznych i z powodu czytań, które Kościół podaje nam pod rozwagę. Co się tyczy okoliczności historycznych, dokładnie dzisiaj przypada 81. rocznica pierwszej masowej deportacji Polaków z Kresów Wschodnich na Syberię i stepy Kazachstanu. 10 lutego 1940 roku –  były silne mrozy w tamtą noc, jak wspominają ci, którzy przeżyli – na rozkaz władz Związku Sowieckiego rozpoczęto masowe deportacje Polaków. W pierwszej deportacji przewieziono około ćwierć miliona naszych rodaków. Po niej nastąpiły trzy potężne fale –  aż do czerwca 1941 roku. Pierwsza deportacja była szczególna, bo zabrano do wagonów towarowych rodziny więźniów osadzonych w Ostaszkowie, Kozielsku i Starobielsku. Dwa miesiące później zabijano tych więźniów. Żeby ich uczcić, delegacja Rzeczypospolitej z Prezydentem Lechem Kaczyńskim na czele 10 kwietnia 2010 roku udawała się do Smoleńska i Katynia.

Miałem wielu bliskich w tym samolocie…  Czasami myślę, jaka była ich śmierć? Ile trwała? Kiedy zdali sobie sprawę z tego, co się działo? Czy to były sekundy, czy minuty? Myślałem o tym również dzisiaj, mając w pamięci deportacje rozpoczęte 81 lat temu i kontynuowane przez kilkanaście miesięcy. Śmierć tysięcy tamtych naszych rodaków była inna, nie tak szybka, jak w katastrofie pod Smoleńskiem, lecz powolna i w męczarniach. Jeden z zesłańców wspomina, że jego dziadek umierał w wagonie dwa dni. „Pochowaliśmy go – wspominał –  obok toru kolejowego, na trasie między stacjami, gdzie strażnicy specjalnie w tym celu zatrzymali pociąg i dali nam do rąk kilof i łopatę do wykopania grobu. »Pomior i wsio« – powiedział jeden z konwojentów, gdy po »ceremonii« pogrzebowej wsiadaliśmy do wagonu”[1]. Odnosi się wrażenie, że przez całe lata o tych naszych braciach i siostrach mówiono mniej więcej tak samo, i nie tylko w rosyjskiej mowie: „Pomiorli i wsio”,  lecz i w naszej: „Umarli i wszystko”…

A oto jeszcze jedno wspomnienie, utrwalone w książce Zniewoleni przez Stalina, wydanej ponad trzydzieści lat temu, która powinna być lekturą obowiązkową młodzieży i dzieci, tak jak młodzież izraelską i żydowską karmi się nieustannie pamięcią o holokauście:

„Wchodząca do szopy podobnej do ubikacji kobieta wyskoczyła stamtąd z przeraźliwym piskiem. Głos przerażenia dobywał się z jej gardła, choć zatykała dłonią usta. Radziecki żołnierz zbeształ ją za to, że bez zezwolenia oddala się. – Przecież tam stoją ludzie zamarznięci na śmierć – wykrztusiła. W ubraniach, w czapkach, nawet w kapeluszach, a zamarznięci.

Okrążyliśmy kobietę, pytając, jacy ludzie? Przybiegł oddział żołnierzy. Nie wpuszczono nas do tej szopy, a starszy lejtnant uniósł do góry ręce, chcąc coś powiedzieć. – Spokojnie, towarzysze Polacy! Ludzie wszędzie umierają, w transportach też. Wyciągamy martwych z wagonów, nie mogą przecież jechać z żywymi, to chyba zrozumiałe, a transporty z Polakami przyjeżdżają tędy codziennie. Nie ja je wysyłam. Ludzie umierają wszędzie. Polak nie Polak. Co mamy robić z trupami? Przechowujemy w budce ubikacyjnej, innej nie mamy. A na wiosnę, jak śnieg stopnieje i ziemia rozstaje, zakopiemy jak obywateli.

A dlaczego przechowujecie w ubikacji?    

Nie mamy innej szopy! Zresztą ta ubikacja jest już nieczynna.

Dlaczego na stojąco? – zapytała przerażona wciąż kobieta.

A dlaczego na leżąco? – odpowiedział pytaniem lejtnant i odszedł.

Nasz major Grodzicki wyjaśnił. Obliczyli, że na stojąco więcej się zmieści”[2].

Jaki może być komentarz do tego dramatu? Myślę, że ten z III części Dziadów naszego Wieszcza: „Jeśli ja zapomnę o nich, Ty, mój Boże na niebiosach, zapomnij o mnie!”.

Potrzebna jest i musi trwać osobista, indywidualna pamięć nas, Polaków, żeby z tej pamięci pojedynczych osób rodziła się i utrwalała pamięć zbiorowa, współtworząc naszą wspólnotę narodową. Musimy myśleć, mówić, uczyć i pamiętać o Rodakach, których gehenna była nie do opisania. Istnieje silny splot i mocna więź między tamtymi deportacjami i męczarniami a tym, co wiosną 1940 roku wydarzyło się w Katyniu, Ostaszkowie, Starobielsku i wielu innych miejscach kaźni, oraz tym, co 10 kwietnia 2010 roku wydarzyło się na przedmieściach Smoleńska. Dopiero w tym kluczu Tragedia Smoleńska nabiera właściwego znaczenia. 

**

Przejdźmy do dzisiejszych czytań. Gdybyśmy ich szukali na tę uroczystość, nie znaleźlibyśmy lepszych. Najpierw to z Księgi Rodzaju: Bóg stworzył człowieka z prochu ziemi i tchnął w jego nozdrza tchnienie życia. Zasadził piękny ogród na Wschodzie, a ogród to znak dostatku, pomyślności i pokoju, umieścił w nim człowieka i dał mu pierwsze przykazanie. To bardzo ważne: nie rozkaz, lecz przykazanie. Rozkazy są wydawane w wojsku i nie wymagają wewnętrznej akceptacji, lecz zewnętrznego posłuszeństwa. Natomiast przykazanie wymaga akceptacji sumienia, czyli świadomego przyjęcia i wykonania. Przykazanie, które Adam otrzymał, brzmiało: „Z wszelkiego drzewa tego ogrodu możesz spożywać do woli”. Oto jaki jest Bóg wobec nas: wobec pierwszego człowieka oraz każdego człowieka. Najpierw widać obfitość Jego darów i błogosławieństwa. Po czym dalej: „Ale z drzewa poznania dobra i zła,  z niego nie spożywaj, bo gdy z niego spożyjesz, na pewno umrzesz!”. Bóg daje przykazanie, na które składają się dwie części: dar i ostrzeżenie. Nie zakaz, lecz ostrzeżenie, które można złamać. I – niestety – zostało złamane.

Pierwsze przykazanie daje życie, zapewnia człowiekowi bezpieczeństwo i pomyślność. Taki jest Bóg wobec nas! Bóg nie jest w świecie zbytecznym emigrantem, zaś w miejsce posłuszeństwa Jego woli i opartej na nim wolności nie można stawiać swobody i swawoli. Nieszczęściem człowieka jest to, gdy te porządki myli, miesza i wypacza. Jednak po pierwszym przykazaniu pojawił się bunt i każde pokolenie wyznawców jedynego Boga przeżywa taką samą pokusę. Ten bunt znalazł najpierw wyraz w przewrocie teologicznym, polegającym na wypaczeniu wizerunku Boga. To wielkie niebezpieczeństwo i groźne schorzenie nie omija Kościoła. Przeciwnie, chce się w nim zadomowić i go pustoszyć, przedstawiając wizerunek Boga nie takim, jaki On naprawdę jest, ale według własnego widzimisię. Zamiast wyznania „stworzył Bóg człowieka na swój obraz” panoszy się uzurpacja polegająca na tworzeniu obrazu Boga przykrojonego na miarę człowieka. W 1972 roku, prawie pół wieku temu, podczas jednej z audiencji generalnych Papież Paweł VI powiedział: „Wygląda to tak, jakby z jakiejś tajemniczej szczeliny swąd szatana wdarł się do świątyni Boga”. To słowa Papieża, wypowiedziane wtedy, gdy – jak ujął to Benedykt XVI – rozeszły się drogi Soboru ojców zgromadzonych w bazylice św. Piotra w Rzymie i „soboru mediów”, czyli środków masowego przekazu stojących na usługach propagandy uprawianej przez ich właścicieli i ideologów.

Kościół i wiara w Boga, który objawił siebie w Jezusie Chrystusie, nie dla wszystkich są wygodne. Posłuszeństwo Bożej woli i Bożym przykazaniom wielu ludziom uwiera. Słyszeliśmy niedawno głośne nawoływania: „Dym w kościołach!”. Doświadczyliśmy wdzierania się do świątyń, ich oszpecania i profanowania, a także szyderczej pogardy wobec kapłanów oraz braku poszanowania dla świętości, szykanowania pobożności, kpiny z pojęcia grzechu i potrzeby zbawienia. Co więcej, pojawiały się bluźniercze kpiny i szyderstwa z ukrzyżowanego i zmartwychwstałego Jezusa Chrystusa! Patrzyliśmy na to jakby bezradnie, zszokowani, że coś takiego w Polsce jest możliwe. Przeciwstawiając się zdradzieckiemu naporowi zła, musimy powtarzać, że każdy bunt przeciw Bogu i świętości zawsze obraca się przeciw człowiekowi! Przewrót teologiczny idzie zawsze w parze z przewrotem antropologicznym. Kiedy do niego dochodzi, a jest tak właśnie teraz, mamy do czynienia z karygodnym wołaniem o zmianę natury człowieka w tym, co dotyczy płciowości, cielesności, macierzyństwa, ojcostwa i prokreacji. Celem jest zepsucie i wypaczenie człowieka tak, żeby był skoncentrowany wyłącznie na doczesności, na seksie i na używaniu bez żadnych hamulców ani miary.  

Na usługach tej propagandy stoi pycha, arogancja, bezwstyd i rozwiązłość, a także wymuszana bezkarność. Widać dobrze, że aby ludzi zmienić, trzeba ich zepsuć, a więc zerwać z przeszłością i tradycją, z tym, czego uczył ojciec i matka, czego uczyła dobra szkoła i Kościół. Dlatego na naszych ulicach pleni się wulgarność, przekleństwa, nawoływania do przemocy, wypaczanie wizerunku kobiety i kobiecości, pogarda wobec czystości życia, skromności i wierności, wobec życia małżeńskiego i rodziny. Myślę, że na tym, czego doświadczyliśmy, chyba najwięcej straciły dobre kobiety.

Antychrześcijańska rewolucja 1789 roku we Francji, Komuna Paryska roku 1870, rewolucja bolszewicka w 1917 roku i inne podobne rewolty zawsze miały swoich skrytych mocodawców, którzy nimi kierowali, opłacali je i pilnowali ich skuteczności. Kto stoi za tym, co obecnie dzieje się w naszej Ojczyźnie? Komu zależy na nieustannej polaryzacji i podsycaniu konfliktów i podziałów? Także w Kościele! Kto zajmuje się nieustannym oszpecaniem wizerunku kapłanów? Skąd się biorą i kim są „postępowi” i „otwarci”, którzy tworzą w Polsce i w Kościele mętne siatki wpływów i zależności? Tworzą fundacje, organizują sympozja i narady we własnym gronie, rozdają „swoim” nagrody i w kółkach wzajemnej adoracji wygłaszają pompatyczne laudacje, nagłaśniane – jakże by inaczej – przez „swoje” agencje, gazety, stacje telewizyjne internetowe portale i media społecznościowe. To groźny proceder, i nie wolno go lekceważyć. Większość ludzi sprytnie nakręcanych i sterowanych przez wytrawnych ideologów i graczy zawsze wybierze Barabasza!

***

Arogancka rewolta wobec wiary i obyczajów skutkuje przewrotem mentalnym, który jak wirus rozkłada życie społeczne i to, co duchowe w Kościele. Czym różni się rewolta, którą obserwujemy na naszych ulicach, od wcześniejszych wielkich krwawych rewolucji? Tym, że tamte zabijały ciało człowieka, ale jego duch pozostał nietknięty. W sytuacjach prześladowań rodzili i dojrzewali wielcy bohaterowie wiary, umacniając się w heroizmie jej wyznawania. Obecna rewolta chce pozostawić człowieka przy życiu i używaniu, ale zatruwa i zabija jego ducha. Dlatego zamiast symboli i znaków religijnych mnożą się  tatuaże, bzdurne gadżety, zabobony, zaklęcia, wisiorki, a na końcu… „licznik apostazji”. W tym niecnym procederze nie brakuje takich, którzy lokują się na obrzeżach Kościoła. Kibicują apostazji i wbrew wszelkiej logice i przyzwoitości chcą ją usprawiedliwić!

Jak mamy się zachować wobec tego, co się dzieje? Czy nie ma wyjścia? Otóż Kościół i wyznawcy Jezusa Chrystusa w liczącej dwa tysiące lat swojej historii przeżywali wszystko – z wielkimi odstępstwami, podziałami, prześladowaniami i apostazją włącznie. Wiemy zatem, że nigdy nie przestajemy być potrzebni tym, którzy ulegają złu. W napisanym w III wieku, a więc prawie 1800 lat temu, liście Kościoła rzymskiego do chrześcijan Kartaginy, których liczba zmalała wskutek apostazji, czytamy tak: „My jednak nie opuszczamy tych, którzy nas opuścili. Ale upomnieliśmy i nadal upominamy, aby czynili pokutę. Być może zdołają otrzymać przebaczenie od Tego, który mocen jest go udzielić. Obawiamy się natomiast, że gdybyśmy ich opuścili, to staną się wówczas jeszcze gorsi”.

Dlatego trzeba jeszcze więcej modlitwy. Dlatego potrzebne jest jeszcze bardziej wiarygodne świadectwo dawane Bogu, żeby ci, którzy włączyli swoje imiona do „licznika apostazji”, nie stali się jeszcze gorsi i nie pociągnęli za sobą innych. Dlatego tak bardzo potrzebni są ci, którzy niestrudzenie trwają w Kościele i są mu wierni. To jest również obowiązek wobec naszych braci i sióstr, którzy przed nami własnym życiem zaświadczyli o wierności Bogu, Ojczyźnie oraz tym ideałom, które wynikają z Bożych przykazań i błogosławieństw Ewangelii.

Niedawno pojawił się naiwny pogląd, że nie wiadomo czego uczył Jezus, bo nikt wtedy nie miał magnetofonu. Lecz to, czego uczył Jezus, zostało wiernie zapamiętane, bo zostało zapisane najpierw w ludzkich sercach i sumieniach! Wszystkim, którzy nakręcają spiralę relatywizmu doktrynalnego i moralnego, którzy siejąc zgubną „hermeneutykę podejrzliwości”, próbują usprawiedliwić tzw. strajki kobiet, przypominamy słowa Zbawiciela zapisane w przeczytanym dzisiaj fragmencie Ewangelii  według św. Marka: „Z wnętrza bowiem, z serca ludzkiego pochodzą złe myśli, nierząd, kradzieże, zabójstwa, cudzołóstwa, chciwość, przewrotność, podstęp, wyuzdanie, zazdrość, obelgi, pycha, głupota. Całe to zło z wnętrza pochodzi i czyni człowieka nieczystym”.  Jako dzieci Kościoła mamy do wykonania wielką pracę: wierności Bogu i Jego przykazaniom, mówienia w porę i nie w porę, powtarzania, gdy okoliczności tego wymagają, słów, które wypowiedział wielki Patron tej świątyni i nasz, kardynał Stefan Wyszyński: „Non possumus! Nie możemy!”.

Na sam koniec słowa Jana Pawła II z jego pierwszej encykliki Redemptor hominis, ogłoszonej w następnym roku po wyborze na Stolicę Piotrową: „Odczuwamy głęboko zobowiązujący charakter prawdy, która została nam objawiona przez Boga. Odczuwamy szczególnie wielką za tę prawdę odpowiedzialność. Kościół z ustanowienia Chrystusa jest jej stróżem i nauczycielem, obdarzonym szczególną pomocą Ducha Świętego, aby tej Bożej prawdy mógł strzec, aby mógł jej bezbłędnie nauczać” (nr 12).  Bądźmy dziećmi Kościoła! Przeżywajmy naszą obecność w Kościele jak obecność w rodzinie. Zachowajmy wierność wobec korzeni, z których wyrośliśmy. Pamiętajmy o skale wiary chrześcijańskiej, z której zostaliśmy wyciosani. Amen.           



[1] J. Prorok, Skazani na zagładę. Wspomnienia z lat 1939-1945, Wrocław 1992, s. 39.

[2] E. Kurowski, Zniewoleni przez Stalina. Opowieść zesłańca, Warszawa 1990, s. 19-20.

Ks. prof. Waldemar Chrostowski