Europejscy decydenci o polityce rodzinnej Polski
Wtorek, 16 lutego 2021 (13:13)Z Kosmą Złotowskim, europosłem Prawa i Sprawiedliwości, rozmawia Maciej Stanisławski
Komisja Europejska ogłosiła, że nie znajduje dowodów na konkretne przypadki dyskryminacji osób lgbt w Polsce i w związku z tym „nie może podjąć interwencji”. Uderzenie może zatem przyjść w związku z raportami przygotowanymi dla Rady Europy.
– Rada Europy zrzesza nie tylko członków UE, tylko dużo więcej państw, dlatego może mieć odmienne zdanie od Komisji Europejskiej – to nie są ciała tej samej instytucji. Rada Europy nie ma swojego parlamentu, ma za to swoje zgromadzenie, którego członkowie raz na jakiś czas gromadzą się w Strasburgu i tam odbywają posiedzenie.
Jest to jakby instytucja równoległa. I oczywiście wszystkie one będą wykorzystywały atmosferę, która już wokół Polski została zbudowana, i będą wytykać tego rodzaju rzeczy.
Dla tych ludzi środowiska lgbt powinny być dopieszczane z każdej strony, a każde ich życzenie powinno zostać spełnione. Wtedy – w oczach urzędników, polityków, obserwatorów, np. z ramienia Rady Europy – nie byliby dyskryminowani czy wręcz prześladowani.
Andrew Boff, sprawozdawca Komisji Spraw Bieżących Kongresu Władz Lokalnych i Regionalnych Rady Europy, który z początkiem listopada ubiegłego roku przybył do Polski w ramach dwudniowej „misji rozpoznawczej”, stwierdził, że deklaracje i karty rodzinne przyjęte przez blisko 1/3 miast i regionów w Polsce „szkodzą prawom, bezpieczeństwu i dobrobytowi osób lgbt”. Nie wiadomo nawet, jak się do tego odnieść. Prawa osób lgbt stawiane są wyżej niż prawa tradycyjnej rodziny...
– Taka jest obecnie moda lewicowych środowisk na całym świecie. My oczywiście uważamy, że nikogo nie dyskryminujemy. Każdy może sobie być homoseksualistą, transpłciowcem czy kimkolwiek sobie chce być, ale z tego tytułu nie będzie nabywał żadnych ekstra praw. Natomiast
rodzina z tego powodu, że jest rodziną, że w rodzinie rodzą się nowi obywatele, i to w rodzinie ci nowi obywatele się wychowują, nabywa ekstra prawa. I nie jest to dyskryminacja tych, którzy nie żyją w rodzinach, tylko jest to przywilej dla rodzin, dlatego że to one są państwu niezbędne do rozwoju społecznego.
W jaki sposób rozmawiać z przedstawicielami Rady Europy, czy jest w ogóle szansa na prowadzenie rozmów w oparciu o rzeczowe argumenty, bo coraz częściej można odnieść wrażenie, że jakiekolwiek próby ich podjęcia mijają się z celem?
– Problem w dzisiejszej demokracji, również z tymi środowiskami, polega na tym, że oni nie chcą dyskutować. To my mamy argumenty, chcemy je przedstawiać, ale oni są na nie głusi, zamykają uszy, trzymają się swojej ustalonej opinii – a wszystkich myślących inaczej uważają
za „złych ludzi”. A ze „złymi ludźmi” się nie rozmawia. I
ten brak dialogu wynika ewidentnie z braku chęci z tamtej strony.
Proszę zresztą zwrócić uwagę na taką analogię do polskiej
sytuacji, która rozgrywa się u nas w ostatnich dniach. Opozycja występuje z postulatem likwidacji TVP i wszystkich państwowych kanałów informacyjnych. Tymczasem nasza strona nie występuje z inicjatywą likwidacji TVN czy „Gazety Wyborczej”. My uważamy, że mają prawo do głoszenia swoich poglądów, do istnienia, do przekonywania do nich ludzi. My, mówiąc kolokwialnie, się ich nie czepiamy. Natomiast mamy swoje poglądy i przedstawiamy je oczywiście w innych mediach. I
okazuje się, że to inne medium kwalifikuje się do likwidacji. Na tym polega problem dialogu podejmowanego z tamtą stroną.
W jakich obszarach można dojść do konsensusu?
– Są kwestie, w których możemy rozmawiać, ale są one techniczne i drugorzędne. Możemy rozmawiać na temat, dajmy na to, stref bezpieczeństwa lotów dronów w pobliżu lotnisk. Owszem, tutaj brane są pod uwagę wszelkie możliwe argumenty. Ale o sprawach obyczajowych czy teologicznych – już niestety nie porozmawiamy.