• Środa, 20 maja 2026

    imieniny: Bazylego, Bernardyna

Rząd nie powinien dawać pretekstu

Piątek, 12 lutego 2021 (20:02)

Z Andrzejem Maciejewskim, politologiem z Instytutu Sobieskiego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Czy podatek od reklam proponowany przez rząd, przeciw czemu protestują media komercyjne, to dobry pomysł?

– Przede wszystkim powiedzmy sobie jasno, że nikt nie lubi podatków, nikt nie lubi wszelkiego rodzaju danin – chyba że ci, którzy je stosują i mają z tego korzyść. Pomijając jednak ten fakt – przyjętą, dobrą praktyką jest to, że nowych podatków, nowych danin nie wprowadza się w trakcie roku podatkowego. Zatem wszystko, co się dzieje na przekór tej zasadzie, łamie dobre praktyki. Świat – zwłaszcza świat finansów – lubi spokój, lubi przewidywalność. Dlatego przyjęte jest, że wszelkie nowe formy opodatkowania, nowe stawki podatkowe – jeśli już powinny obowiązywać, to nie dajmy na to od połowy roku kalendarzowego, ale od 1 stycznia. I warto to mieć na względzie. Biorąc to wszystko pod uwagę, zmiany proponowane przez rząd w obecnej formule są naruszeniem tej zasady. Jak słyszymy, mowa jest o połowie roku, projekt dopiero się rysuje i tak naprawdę nikt nie wie do końca, o co chodzi.

Zatem nie ma przesady w tym, co wietrzy opozycja, odnosząc się do tego projektu i strasząc zamachem na niezależne media? I w jaki sposób ten planowany podatek miałby naruszyć wolność słowa? Przecież intencją nie jest ograniczanie wypowiedzi…

– Opozycja i niechętne władzy koncerny medialne wykorzystują okazję, żeby uderzyć w rząd. I tutaj każdy sposób jest dobry, a im bardziej nośne hasło, tym lepsze. Ponadto wszyscy wiemy, że głównym czynnikiem – zwłaszcza w mediach prywatnych – dającym gwarancję istnienia i działania są pieniądze. Kolejną ważną kwestią w tej materii jest to, czy mówimy od podatku od dochodów, czy o podatku od przychodów… W obecnym projekcie pojawia się pojęcie podatku od przychodu, a to oznacza, że na tym etapie nie bierzemy pod uwagę naszych kosztów, a więc utrzymania pracowników, zaplecza i techniki, które są nieodłącznie związane z mediami. Zatem dostajemy pieniądze za, dajmy na to, reklamę i mamy zapłacić w pierwszym rzędzie podatek, a z reszty utrzymać cały biznes i siebie. Taka jest w tym logika. W mojej ocenie to nie jest w porządku, bo dobrą praktyką jest, że podatek płacimy zawsze po odjęciu kosztów.

Ale może to jest właśnie pole do dyskusji, jak tłumaczy strona rządowa, żeby usiąść i zacząć rozmawiać, a nie protestować?  

– Owszem. Niestety z tego przekazu, jaki poszedł w świat, zrobił się duży bałagan, bo na dzisiaj wychodzi na to, że np. lokalny portal i stacja ogólnopolska będą pod taką samą ścianą podatkową – choć wcale nie są równi. To oznacza, że obecnie mamy bałagan, który skrzętnie wykorzystuje opozycja, a strona rządowa nie potrafi tego dobrze zakomunikować i odpowiednio sprzedać. Jeśli jest inaczej, to na razie nie ma informacji, która prostowałaby oskarżenia opozycji i zamknęłaby całą tę niepotrzebną dyskusję.

To czy tym bardziej – skoro sprawa nie została przedstawiona w szczegółach – nie dziwi skala, rozmiar, a przede wszystkim hasła, pod którymi odbywa się cały ten protest, zwłaszcza że projekt jest jeszcze na etapie konsultacji?

– Co by nie powiedzieć, nie byłoby tego całego zamieszania, gdyby strona rządowa w sposób jasny zakomunikowała tę wiadomość. Co więcej, gdyby taka informacja została poprzedzona pewną formułą dialogu, być może konsultacjami i debatą publiczną, gdzie byłoby jasne sformułowanie, że lokalny portal nie będzie traktowany jak globalny komunikator internetowy typu Facebook, Google itp.

Tyle że rząd wcale nie wyklucza takich konsultacji. Dlaczego więc koncerny medialne, media, których zadaniem czy instrumentem zdobywania informacji i uszczegółowiania problemu jest stawianie pytań, nie robią tego, tylko zaczynają od protestów?

– Zgadza się, tylko gdyby protestowała, załóżmy, jedna stacja radiowa, telewizyjna czy portal, to można by to zrozumieć, że ktoś albo nie potrafi czytać, albo jest konfrontacyjnie nastawiony wobec wszystkiego, co robi rząd. Jednak jeśli mamy do czynienia z całą rzeszą nadawców, stacji, firm medialnych, które protestują, to oznacza, że coś jest nie tak z komunikacją. Zresztą jedną z niewątpliwych słabości obecnej władzy jest właśnie komunikacja. Widać to było chociażby w temacie szczepień przeciw COVID-19, przy okazji wsparcia dla firm i podejścia do przedsiębiorców, widać to było także przy „Piątce dla zwierząt”, gdzie komunikacja, najoględniej mówiąc, szwankowała.  Niestety strona rządząca nie ma wypracowanego przekazu, a jednocześnie nie stosuje zasady wyprzedzania, czyli poprzedzania wprowadzania – jak w tym wypadku – nowego podatku dyskusją, debatą publiczną. W tym momencie wszyscy wiedzieliby, o co chodzi, co więcej, zamknęłoby to pole do ataków. Tego niestety nie było, temat został rzucony, w świat poszedł przekaz, że w Polsce mamy wielki zamach na media, ich wolność itd. Proszę zwrócić uwagę, że choć wiadomo, że ma to być forma podatku, tymczasem w świat płynie przekaz: rząd walczy z mediami, rząd chce zmonopolizować system medialny w Polsce. Ale błąd wynika z braku odpowiedniej komunikacji, która ucięłaby wszelkie spekulacje. Gdyby były konsultacje i po nich rozpoczęły się protesty, to rząd miałby argument. Natomiast ktoś nie odrobił lekcji i cały czas popełnia te same błędy, niepotrzebnie dając stronie przeciwnej argumenty do ręki.

Czy mimo wszystko używanie porównania do stanu wojennego – jak czynił to wczoraj w „orędziu” marszałek Grodzki – jest na miejscu?

– To, co zrobił marszałek Senatu Tomasz Grodzki, to nic innego jak brutalne wykorzystywanie błędów popełnianych przez władzę, która nie powinna dawać opozycji takich narzędzi do ręki. Czas najwyższy zacząć korygować, wyciągać wnioski, nie popełniać tych samych błędów, bo opozycja, nie mając pomysłu na Polskę, tylko na tym bazuje.

Przekaz, jaki popłynął z tych protestów i czarnych ekranów, był taki, że jest zamach na wolne, niezależne media. Czy określenie „wolne media” w odniesieniu do niektórych nadawców nie jest przesadzone?

– Jeśli chodzi o media, to powiem tak: kto płaci, kto finansuje, ten wymaga i decyduje, jaki jest przekaz danego medium. Taka zasad obowiązuje dzisiaj, jeśli chodzi o media, zatem pojęcie „wolne media” jest bardzo na wyrost. Jest też inne powiedzenie – bardzo popularne w mediach, że ten, kto płaci, ma zawsze rację. Dlatego wszyscy reklamodawcy – czy to będą spółki Skarbu Państwa, czy reklamodawcy prywatni, zawsze będą tymi, którzy decydują, co i jak ma wyglądać. Taki po prostu jest mechanizm obowiązujący w świecie medialnym i nie jest to żadne odkrycie.  

Przy okazji warto sobie też uświadomić, że rynek medialny dzisiaj jest bardzo szeroki. Mamy media tradycyjne, jak gazety, media elektroniczne, są też wielcy gracze, jak giganci technologiczni, są grupy mediów, których właścicielami są zagraniczne koncerny, ale jest też grupa małych lokalnych portali i stron internetowych, które też mają swoich odbiorców. I wszyscy są wrzuceni do jednego kotła. Proszę zwrócić uwagę, że zaczęło się od podatku, a jesteśmy już przy dyskusji o wolności słowa i cenzurze.

Mediom komercyjnym łatwiej było sprowadzić całą tę retorykę na te tory i zagrać na czułych strunach, i wprowadzać opinię publiczną w Polsce, ale też zagraniczną, w błąd…

– Tak jak już powiedziałem, mamy do czynienia z brutalnym wykorzystywaniem przez różne ośrodki, nie tylko zresztą medialne, sytuacji, którą stworzył rząd, dając im do ręki argument. To jest efekt błędów komunikacyjnych władzy, co spowodowało, że niestety media komercyjne i politycy opozycji stworzyli wokół rządu aurę zamachowca na wolne media. Tak czy inaczej jest to błąd. Wyszło, jak wyszło, czyli źle, i dzisiaj, zamiast zająć się sprawami wychodzenia z kryzysu pandemicznego zdrowotnego i gospodarczego, zajmujemy się tymi kwestiami.

Czy ta sprawa, a wcześniej także ograniczanie wypowiedzi przez koncerny elektroniczne prezydentowi Trumpowi, nie powinno nam wszystkim dać do myślenia, że pewne ośrodki mają zbyt wielką władzę? Czy to wszystko nie zmierza w złym kierunku, czy nie należy tego uporządkować, zanim będzie za późno?

– Prawda jest taka, że „czwarta władza” jest coraz bardziej obecna w naszym życiu, jest opiniotwórcza i co bardzo niepokojące, coraz bardziej skuteczna, dlatego w żadnym wypadku nie wolno tego lekceważyć. Tym bardziej nie należy doprowadzać do sytuacji niejasnych, które ktoś mógłby wykorzystywać. W rezultacie wygląda to tak, że dzisiaj wina za czarne ekrany telewizorów i wyświetlane komunikaty o wstrzymaniu nadawania spada na władzę. Przekaz, jaki popłynął, jest jeden. Kto jest winny? Rząd. Tak to wygląda.

Swoją drogą, dlaczego koszty czarnych ekranów, braku przekazu i audycji mają ponosić użytkownicy mediów, którzy płacą abonamenty? Przecież ze strony nadawców też nie było żadnej zapowiedzi, że będą protestować, tylko wyłączyli przekaz, stawiając odbiorców przed faktem dokonanym…

– Odbiorcy, klienta nie powinno interesować to, czy taki bądź inny koncern medialny, nadawca cyfrowy ma konflikt z rządem czy z kimkolwiek innym. Dlatego – w moim odczuciu także jako klienta – kto się czuje pokrzywdzony, może domagać się rekompensaty, zwrotu kosztów za niedostarczoną usługę. Tak czy inaczej źle się stało, że do tego protestu doszło, i teraz w interesie państwa jest jak najszybciej sprawę uporządkować.

              Dziękuję za rozmowę.

 

Mariusz Kamieniecki