• Poniedziałek, 8 marca 2021

    imieniny: Jana, Beaty, Wincentego

Powrót do polityki Baracka Obamy?

Piątek, 22 stycznia 2021 (18:13)

Z dr. Krzysztofem Kawęckim, politologiem, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Jak ocenia Pan przemówienie inaugurujące prezydenturę Joe Bidena, pełne okrągłych słów, haseł i patosu. Czy były to słowa, na które czekały Ameryka i świat?

– Przede wszystkim lewicowy i liberalny świat, media przyjęły z ulgą porażkę Donalda Trumpa i tym samym z uznaniem – jak wynika z komentarzy – odnoszą się do przemówienia inauguracyjnego nowego prezydenta. Natomiast Amerykanie są mocno podzieleni w ocenach, również media są zróżnicowane w swoich ocenach – zależnie od opcji politycznej. Przemówienie inauguracyjne prezydenta Joe Bidena – wbrew komentarzom liberalnych mediów – nie przyczyni się do jedności Amerykanów. Przeciwnie, te podziały będą się pogłębiały i będą widoczne jeszcze bardziej.

Wiele było słów o pojednaniu, odbudowie jedności, o pokoju, natomiast na próżno było szukać recepty wskazania, jak Joe Biden zamierza tego dokonać…

– To prawda. Joe Biden podkreślał, że kwestia pojednania, zjednoczenia Ameryki będzie najważniejszym celem jego prezydentury, ale równocześnie mówił o walce z bliżej nieokreślonym ekstremizmem politycznym. Mówił też o przeciwstawieniu się supremacji białych – jak to określił. Proszę sobie tylko wyobrazić, jaka byłaby reakcja mediów lewicowych, liberalnych – światowych czy amerykańskich, gdyby jakiś wpływowy polityk – nie mówiąc już o prezydencie największego światowego mocarstwa – użył sformułowania analogicznego.

Wystąpienie Joe Bidena było pełne sprzeczności, a więc z jednej strony apel o jedność, a z drugiej o wyeliminowaniu – wspomnianej supremacji białych. A zatem brak konkretów, mowa w duchu poprawności politycznej pełna sloganów – tak to wyglądało. Joe Biden jest doświadczonym politykiem w zakresie stosowania takiej nowomowy, ponieważ sam jest – nazwijmy to – wytworem tej amerykańskiej klasy politycznej, która hołduje zasadom poprawności politycznej.

Jak to pojednawcze w słowach przemówienie zestawić z agresją obozu Bidena wobec Trumpa i próbą odebrania mu możliwości kandydowania za cztery lata?

– W przemówieniu prezydenta Bidena na Kapitolu – myślę, że można było odnaleźć pośrednie odniesienia do Donalda Trumpa. Mam na myśli słowa o ekstremizmie politycznym czy terroryzmie, nawiązujące ewidentnie do niedawnych protestów przed Kapitolem, o które to wydarzenia lewicowa prasa polityczna usiłuje oskarżać byłego prezydenta. Zatem jest to próba dyskredytacji politycznej Donalda Trumpa, ale nie tylko, bo jest to – rzec można – próba wyeliminowania z głównego nurtu polityki przesłania politycznego, które wyrażał były już prezydent Stanów Zjednoczonych. Zapewne chodzi o to, żeby partia republikańska również odcięła się, czy zarzuciła ten nurt polityczny, który uosabiał i wyrażał Donald Trump.

Jak odczytuje Pan pierwsze decyzje prezydenta Bidena chociażby w kwestii powrotu Stanów Zjednoczonych do Paryskiego Porozumienia Klimatycznego i do mocno krytykowanej przez Donalda Trumpa Światowej Organizacji Zdrowia (WHO)?

– Fakt, że Joe Biden w pierwszym dniu urzędowania, tuż po zaprzysiężeniu podpisał kilkanaście aktów wykonawczych – w tym powrót Stanów Zjednoczonych do Paryskiego Porozumienia Klimatycznego i Światowej Organizacji Zdrowia, to jest zwiastun tego, jak będzie wyglądała kadencja 46. prezydenta Stanów Zjednoczonych w zakresie przede wszystkim kwestii ideologicznych.

Joe Biden zapowiada walkę ze zmianami klimatu razem z poszerzaniem dostępu do aborcji, także walkę o rasową równość, słowo „walka” u Bidena pojawia się bardzo często. Przede wszystkim powrót do Paryskiego Porozumienia Klimatycznego ma absolutnie charakter ideologiczny. Może to świadczyć o tym, że jednym z charakterystycznych wyrazów prezydentury Joe Bidena może być to, że na sztandarach demokracji amerykańskiej w rozumieniu obecnego prezydenta i środowiska, które go wspiera będą wynoszone właśnie hasła ideologiczne. To także próba przenoszenia tych haseł, tych poglądów, tych zasad w przestrzeń globalną.  

Jak w relacjach międzynarodowych może wyglądać prezydentura Joe Bidena. Czy możemy się spodziewać odnowienia relacji transatlantyckich – mam na myśli głębszą współpracę z Unią Europejską i w jakim zakresie?

– Zapewne dojdzie do zacieśnienia relacji Stanów Zjednoczonych z Unią Europejską, ale jednym z elementów łączących tę współpracę będą kwestie, które znajdują się już w agendzie politycznej Unii Europejskiej. A zatem przestrzeganie tzw. praworządności, praw człowieka –oczywiście w rozumieniu nowej lewicy, a więc reinterpretacja tych praw człowieka. Ponadto obecna będzie walka ze wspomnianymi zmianami klimatu. I w tym kontekście należy się spodziewać poprawy stosunków Stanów Zjednoczonych z Niemcami i Francją, a więc głównymi państwami, które usiłują nadać kierunek polityczny, czy w ogóle kierunek rozwoju Unii Europejskiej.

Czy tych relacji nie zepsują decyzje i działania Niemiec, które ostatnio podpisały porozumienie z Chinami? 

– Niemcy mają ambicję, aby być jednym z najważniejszych graczy na arenie międzynarodowej i wspomniane przez pana redaktora porozumienie z Chinami najlepiej o tym świadczy. Trzeba też powiedzieć, że związki, relacje chińsko-niemieckie są silne i istnieją już od kilku lat, to porozumienie nie jest jakimś spektakularnym zwrotem w polityce niemieckiej. Natomiast pokazuje ono, że Niemcy prowadzą politykę wielowektorową. Zresztą sposób prowadzenia polityki niemieckiej powinien też wywołać pewną refleksję polskiej dyplomacji. Mam na myśli to, że polityka niemiecka nie jest jednokierunkowa, to nie jest tylko polityka mająca ambicje przewodzenia Unii Europejskiej, ale jest to także zaangażowanie w relacje z Chinami, ale także z Federacją Rosyjską.

Dlatego sądzę, że dyplomacja niemiecka zrobi też bardzo wiele, aby relacje ze Stanami Zjednoczonymi były jak najlepsze, aby Berlin stał się dla Waszyngtonu najważniejszym sojusznikiem w Europie, i żeby to właśnie Niemcy zastąpiły Wielką Brytanię, która – jak wiemy – wystąpiła z Unii Europejskiej. Zatem te sprzeczności czy gra polityczna, w jakimś sensie także balansowanie na krawędzi ze strony Berlina jest tylko pozorne – to konsekwentne działanie polityki niemieckiej. I nie ma znaczenia, czy to czynią tzw. wolni demokraci czy też chadecy.

Czy zatem – w relacjach niemiecko-amerykańskich możemy mieć powrót do polityki za czasów Baracka Obamy, gdzie to kanclerz Angela Merkel była nadającą ton i de facto miała wolną rękę, jeśli chodzi o Europę?

– Myślę, że nowa amerykańska administracja, to w dużym stopniu będą osoby już wcześniej związane z administracją prezydenta Baracka Obamy i ten kierunek polityki zagranicznej wyznaczony przez ówczesną administrację amerykańską – wydaje się, że będzie kontynuowany przez sztab Joe Bidena. Wskazują na to różne wypowiedzi osób, które zapewne znajdą się w kręgu doradców, współpracowników prezydenta Joe Bidena. To oczywiście oznacza, że Stany Zjednoczone – pewnie w mniejszym zakresie niż za prezydentury Donalda Trumpa – będą angażowały się w sprawy europejskie, aczkolwiek trudno tu mówić o wycofaniu się Amerykanów z Europy, o polityce izolacjonizmu.

Natomiast te relacje, które zapewne będą utrzymywane z Unią Europejską, będą polegały na tym, że Niemcy zyskają większe możliwości oddziaływania w polityce europejskiej i większe możliwości manewru politycznego – także być może w obszarze Europy Środkowej. Nie sądzę jednak, żeby tutaj nastąpiły jakieś zasadnicze zmiany, jeśli chodzi o aktywność amerykańską. Tym niemniej można się spodziewać, że swoboda działań niemieckich będzie większa niż za prezydentury Donalda Trumpa.

Co prezydentura Joe Bidena oznacza dla Polski, czego możemy się spodziewać po polityce nowej administracji amerykańskiej, czy nasze strategiczne partnerstwo ma szansę być kontynuowane?

– Przede wszystkim należy się spodziewać polityki kontynuacji w wielu kwestiach. I tak na pewno obecność wojsk amerykańskich w Polsce, a także w krajach naszego regionu zostanie utrzymana, a może jeszcze bardziej wzmocniona. Obawiam się, że Stany Zjednoczone za rządów Joe Bidena będą wspierały Unię Europejską w zakresie wywierania presji na Polskę w obszarze tzw. praworządności – w myśl założeń skrajnie lewicowych. I to – jak sądzę – jest pewne niebezpieczeństwo. Myślę, że na pytanie: czy i w jakim zakresie ewentualnie Stany Zjednoczone podejmą akcję wspierania Unii Europejskiej w wywieraniu presji na Polskę, odpowiedź da personalna nominacja na ambasadora Stanów Zjednoczonych w Warszawie. Profil ideowy konkretnej osoby będzie też w jakiś sposób pokazywał, jaki będzie kierunek polityki amerykańskiej – już nie tyle w relacjach międzypaństwowych, tylko w obszarze ewentualnej ingerencji w kwestie, które określamy jako obyczajowe, kulturowe.        

Czy możemy mieć do czynienia z prezydenturą mocno ideologiczną, zważywszy, że wiceprezydentem jest Kamala Harris?

– Nominacja Kamali Harris na wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych jest bardzo złym sygnałem. Jest to osoba znana ze swoich wypowiedzi, ze wspierania ideologicznej ofensywy środowisk lgbt. Można się też spodziewać, że Kamala Harris będzie nie tylko wiceprezydentem w obecnej kadencji, ale myślę – zgodnie zresztą z pojawiającymi się informacjami, że może być – za cztery lata – kandydatką demokratów na urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych. Społeczeństwo amerykańskie jest w tym momencie rzeczywiście mocno podzielone, i Kamala Harris będzie zapewne cieszyła się poparciem tych, którzy w ostatnich wyborach głosowali na Joe Bidena.

Jej działania, osoba i funkcja, jaką sprawuje, oraz jej poglądy powodują daleko idącą nieufność, co więcej, zaniepokojenie ze strony ponad 75 milionów Amerykanów, którzy oddali swoje głosy na Donalda Trumpa, a także tych, którzy może niekoniecznie popierali Trumpa, ale nie popierają szaleńczych pomysłów czy poglądów, którym hołduje Kamala Harris.

         Dziękuję za rozmowę.      

Mariusz Kamieniecki