• Sobota, 23 stycznia 2021

    imieniny: Rajmunda, Ildefonsa

Nie ma polityki bez etosu

Czwartek, 14 stycznia 2021 (12:44)

Z prof. dr. hab. Wiesławem Wysockim, kierownikiem Katedry XIX i XX wieku w Instytucie Nauk Historycznych Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Prawo do wolności słowa i wyrażania opinii jest podstawowym prawem. Czy zatem można w nie ingerować bez podstaw? Pytam o to w kontekście ograniczania wyrażania opinii urzędującemu prezydentowi Stanów Zjednoczonych…

– Każde ograniczenie prawa winno mieć istotne uzasadnienie. W tym wypadku jest to coś niebywałego, bo oto przywódca najważniejszego państwa, mającego wpływ na wszystko, co dzieje się w świecie, zostaje pozbawiony głosu. Co więcej, tego głosu zostaje pozbawiony jako urzędujący prezydent, i tylko dlatego, że ktoś stwierdza, iż jego wypowiedzi są niewłaściwe, niepoprawne politycznie. To, czego wszyscy jesteśmy świadkami w odniesieniu do Donalda Trumpa, jest czymś nieprawdopodobnym. Myślę, że w tle pojawia się tu jakiś „trzeci brat”, który próbuje kontrolować sytuację.

Mogę mieć zastrzeżenia do systemu amerykańskiego, bo jako historyk wiem, jak niejednokrotnie głosy tych, którzy byli niewygodni dla władz Stanów Zjednoczonych, byli wyciszani, eliminowani – choćby ci politycy polscy, którzy wyrażali się głośno i niechętnie o ZSRS wtedy, gdy trwał romans Waszyngtonu i Moskwy. Ale potraktowanie w ten sposób prezydenta Trumpa, to jest jednostkowy przykład, który jednak stwarza pewien mechanizm, który będzie działał w przyszłości. Przy wszystkich zastrzeżeniach, jeśli władza ogranicza komuś prawa, to występuje niejako z urzędu, natomiast jeżeli ktoś stojący z boku ogranicza tejże władzy władzę, to jest to coś niepokojącego, niedobrego. W tym momencie pojawia się swoista agentura, która próbuje wpływać na kształt władzy – skądinąd wybranej w demokratycznych wyborach.

Jakie to może mieć reperkusje?

– Mamy do czynienia z czymś nieprawdopodobnym, co może mieć olbrzymie skutki, bo skoro powstał pewien precedens, to tych precedensów może być wiele. Co więcej, może się to stać pewnym niedobrym zwyczajem, gdzie ów „trzeci brat” będzie faktycznie rządcą dyktującym swoją wolę z ukrycia. Ten mechanizm do złudzenia przypomina loże masońskie działające w konspiracji, które decydują o pewnych działaniach.

Wygląda na to, że po doświadczeniach komunizmu – również dzisiaj nawet takie państwo jak Stany Zjednoczone będzie zmuszone walczyć o wolność słowa?

– Ameryka często mówiła o sobie, że jest tzw. wolnym krajem, tymczasem teraz okazało się, że jest krajem zniewolonym, bo jak widać, o wielu sprawach to nie władza decyduje. Jeśli chodzi o mechanizm, możemy się zżymać na to, co się dzieje np. na Białorusi, która jest państwem niedemokratycznym, rządzonym przez satrapę, gdzie siłą władza narzuca społeczeństwu pewien styl, natomiast w przypadku Stanów Zjednoczonych ten styl próbuje narzucić ośrodek będący poza władzą. I to jest bardzo niebezpieczne zjawisko. W przypadku Mińska można krytykować dyktatorską władzę, dążyć do zmiany tejże władzy i to jest oczywiste, natomiast w przypadku Stanów Zjednoczonych mamy coś zgoła nieoczywistego, bo chciejstwo kogoś – nie wiemy dokładnie kogo – decyduje o tym, co można mówić, co ma być ujawniane z wypowiedzi urzędującego prezydenta, a co nie. I to według mnie jest najbardziej niebezpieczne.

Korporacje, koncerny, które mają ogromne pieniądze często przekraczające budżet średniego państwa, są dzisiaj silniejsze od państw narodowych czy federalnych. Czy nie doszło do pomieszania wartości, i czy to nie kapitał powinien służyć państwu, a nie odwrotnie…?

– Pieniądz dzisiaj rządzi światem – niestety. Okazuje się, że państwo dla tych, którzy mają olbrzymie pieniądze jest tylko atrapą i ma wypełniać ich polecenia. Mamy zresztą kolejny raz dowód na to, że wszystkie mądrości Monteskiusza o trójpodziale władzy to archaizm, anachronizm. Dzisiaj realnie to pieniądz i media decydują o kształcie polityki, o świecie, który związany jest z władzą, polityką, z rządzeniem. Polityka w założeniu ma być służbą dobru wspólnemu, ale w tym wypadku to pojęcie ogranicza się tylko do wybranych.             

Utarło się powiedzenie – niezależne media, tymczasem przykład Stanów Zjednoczonych, ale także przykłady z naszego polskiego podwórka pokazują, że z tą niezależnością różnie bywa…?

– Utarło się, że ma to być medialna niezależność od aktualnej władzy – zwłaszcza jeśli ktoś ogłasza się totalną opozycją, będzie to szczególnie podkreślał. Tymczasem media mają swoich właścicieli, którzy potrafią doskonale pociągać za sznurki. Dlatego w Polsce mówimy o repolonizacji mediów, bo to jest rzecz pożądana i właściwa. Zresztą nie wszystkie media są uzależnione od różnych ośrodków, ale są także wolne media. Są też media społeczne – takie jak Radio Maryja czy Telewizja Trwam, które w odróżnieniu od mediów społecznościowych – komunikatorów itd. starają się służyć dobru wspólnemu. I to jest różnica, jaka dzieli je od tych mediów, które fasadowo nazywają się niezależnymi, a w gruncie rzeczy są tylko pajacem na scenie, marionetką, którą ktoś – właściciele – pociągają za sznurki.   

Jak ustrzec się przed dalszą ingerencją korporacji w sferę prywatną, w sferę wypowiedzi, co dzisiaj dotyka prezydenta Donalda Trumpa, ale za chwilę może dotyczyć każdego z nas, jak zapobiegać podobnym sytuacjom w przyszłości?

– Gdyby cała ta sytuacja, która jest mottem naszej rozmowy, wydarzyła się w niedużym kraju, to nikt, albo tylko nieliczni dostrzegliby ten problem. Uznano by, że są to rozgrywki wewnętrzne itd. i zamknięto by temat, ale ponieważ to dotyczy Stanów Zjednoczonych – światowego mocarstwa, to incydent stał się wielkim problemem. Za chwilę może to być problem w każdym państwie, to jest sprawa oczywista. Niejednokrotnie my, Polacy, czy chociażby Węgrzy doświadczamy grillowania przez Komisję Europejską na forum Europarlamentu. Media głównego nurtu też podejmują próby nacisku.

Sądzę, że ta sytuacja, jak również ostatnie wydarzenia w Stanach Zjednoczonych pokazują problem, który dzisiaj trzeba rozważyć globalnie i poczynić pewne zabezpieczenia na przyszłość. Tu nie wystarczy opracowanie i przyjęcie przepisów, tylko w jednym czy drugim kraju, potrzeba przepisów o zasięgu międzynarodowym – na przykład pod auspicjami ONZ. Co więcej, to wszystko musi zostać oparte o pewien etos. Nie ma bowiem polityki bez etosu, dlatego uciekanie od strony moralnej, od tego, co jest pewną aksjologią, pewnym poczuciem służby, nie może mieć miejsca. Polityka – także medialna bez etosu staje się niebezpieczna. Jednak, aby opracować i przyjąć odpowiednie przepisy, aby to się mogło dokonywać w sposób rzetelny, żeby taki proces przeprowadzić, potrzebna jest powszechna zgoda i współpraca.

Tylko, czy zważywszy na to, jak mocno podzielony jest świat, taki konsensus jest możliwy?        

– Niestety, ale w tej chwili wyobrażam sobie raczej chaos niż wspólne budowanie. Wynika to z podziału, z rozdarcia różnych grup, których interesy są bardzo rozbieżne, czy wręcz przeciwstawne. To grozi tym, że będziemy mieli polityków i władze wybierane przez albo pod dyktando tych, którzy mają ogromne pieniądze; władze, które będą się podobać właśnie tym zakulisowym wyborcom, którzy będą spijać całą śmietankę, a ci wybrani będą na scenie tylko marionetkami pociąganymi za sznurki przez ukrytych mocodawców.

Cóż za czasy przed nami…

– Wszystko wskazuje, że przed nami wyjątkowo brutalne czasy. Niestety, doszliśmy do momentu, gdzie wszystko, co jeszcze nie tak dawno wydawało się tylko złym snem, dzisiaj jest faktem i staje się dozwolone. Róbta, co chceta – to hasło staje się w polityce czymś, niestety, już praktycznie obowiązującym i stosowanym. To wyjątkowo smutna konstatacja, bo żeby się przeciwstawić temu procesowi trzeba zgody i współpracy wszystkich. To konieczność, w którą ja osobiście, niestety, nie bardzo chcę wierzyć.

            Dziękuję za rozmowę.  

Mariusz Kamieniecki