• Czwartek, 21 maja 2026

    imieniny: Kryspina, Wiktora, Jana

Polityczna emerytura Tuska coraz bliżej

Sobota, 19 grudnia 2020 (08:56)

Ze Stanisławem Ożogiem, senatorem Prawa i Sprawiedliwości, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Donald Tusk porównał zapowiedź wprowadzenia po świętach lockdownu przez rząd premiera Mateusza Morawieckiego do stanu wojennego. Zastanawiam się, jak wysoko mogą jeszcze sięgać szczyty hipokryzji?

Przyznam, że jeśli chodzi o Donalda Tuska, to nie wiem, czy są jakieś granice hipokryzji, tupetu, cwaniactwa, już niekoniecznie nawet politycznego. Zastanawiam się, czy w jego przypadku można mówić o jakichkolwiek granicach nawet dobrego smaku. Zresztą, spoglądając na dokonania tego polityka, trudno się dziwić, że ma takie skojarzenia, skoro już przed 30 laty pisał czy mówił, że „polskość, to nienormalność” – kpiąc sobie z patriotyzmu. Innym razem kreował się na gorliwego patriotę czy nawet gorliwego katolika, kiedy po wielu latach od ślubu cywilnego zdecydował się wziąć ślub kościelny – jak się to mówiło – z powodów politycznych, bo tuż przed wyborami prezydenckimi w 2005 roku, zresztą przegranymi z Lechem Kaczyńskim.

Nie tak znowu dawno na swój prywatny użytek wydał książkę, w której dokonywał interpretacji, czy też przekazywał „szczegóły” ze swojego życiorysu. Co ciekawe, jego syn też mu wystawił świadectwo podczas przesłuchania przed komisją śledczą do spraw wyjaśnienia afery Amber Gold. Dlatego słowa, jakie teraz wypowiada Donald Tusk na Twitterze, absolutnie mnie nie dziwią. Zresztą ten człowiek po tym, co robił jako premier Polski, a później jako szef Rady Europejskiej, już niczym nie jest w stanie mnie zaskoczyć. Dziwne natomiast jest to, że przyszło mu podawać w wątpliwość konieczność wprowadzenia lockdownu w Polsce, kiedy znacznie bardziej restrykcyjne obostrzenia, jeśli chodzi o walkę z koronawirusem, obowiązują na przykład w Niemczech.

W czasie kadencji Donalda Tuska na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej był Pan posłem do Parlamentu Europejskiego i miał Pan okazję z bliska obserwować pracę Tuska. Jak to wyglądało?

Donald Tusk zasłynął na pewno z jednego, mianowicie – z haratania w gałę. Natomiast robił bardzo dużo, żeby się zbytnio nie przemęczać pracą, zarówno jako parlamentarzysta, jak i później jako premier. Nie jest przecież żadną tajemnicą, kiedy po „wydłużonym” weekendzie przylatywał z Gdańska do Warszawy i kiedy wracał na odpoczynek. Wychodziło na to, że funkcję premiera pełnił przez niecałe trzy dni, a resztę tygodnia spędzał poza Warszawą, w Gdańsku. Zresztą tego stylu nie zmienił, kiedy objął stanowisko przewodniczącego Rady Europejskiej, gdzie w Brukseli też zasłynął z tego, że za jego kadencji posiedzenia szefów państw i rządów były przygotowywane byle jak. I to nie jest moje zdanie, tylko zdanie wielu polityków, premierów rządów z zachodniej Europy, którzy niejednokrotnie bardzo lekceważąco wypowiadali się na jego temat, czy to jego zdolności organizacyjnych, czy też sposobu wypowiadania się podczas sesji plenarnych Parlamentu Europejskiego, których – nawiasem mówiąc – unikał jak ognia.

Wyznawał chyba zasadę, że im rzadziej będzie się wypowiadał publicznie w sprawach ważnych, tym później się zorientują, że nie ma nic do powiedzenia. Natomiast starał się zaskarbić łaski – oczywiście oprócz kanclerz Angeli Merkel, z której protekcji został szefem Rady Europejskiej, także ówczesnego przewodniczącego Komisji Europejskiej Jean-Claude’a Junckera, któremu a to pomagał zakładać marynarkę, a to asekurował jego, nazwijmy to delikatnie, nieskoordynowane ruchy, żeby ten luksemburski polityk nie zrobił sobie krzywdy.

Skoro drążymy ten temat, to proszę powiedzieć, jak zachowywał się Tusk podczas spotkań z grupami parlamentarnymi? Wiemy przecież, że takie się w Brukseli odbywały.    

Przypominam sobie jedno takie spotkanie, kiedy Donald Tusk pojawił się na zaproszenie Grupy Europejskich Konserwatystów i Reformatorów, której jako europosłowie Prawa i Sprawiedliwości byliśmy członkami, a z którą to grupą Tusk nie sympatyzował. Jako wcześniej poseł na Sejm RP znałem jego możliwości jako premiera z polskiego parlamentu i muszę powiedzieć, że w Brukseli nic, a nic się nie zmienił. Nie miało znaczenia, że w Grupie Europejskich Konserwatystów i Reformatorów nie byli sami Polacy, tylko również eurodeputowani z różnych państw Unii Europejskiej, m.in. z Wielkiej Brytanii. Jego arogancja na sali była wyróżnikiem spośród innych polityków, z którymi też się spotykaliśmy i którzy potrafili się zachować godnie. W przypadku Tuska tego nie było. Pamiętam, że zadałem mu kilka konkretnych pytań, ale na żadne nie raczył odpowiedzieć, czym dał świadectwo swojej buty i arogancji.

Nie przeszkadzało to jednak Platformie, żeby na pewnym etapie umieszczać Donalda Tuska w gronie najwybitniejszych Polaków…

Platforma, przeżywając wieczny kryzys, sama siebie chciała dowartościować, szukając jakiegoś wyróżnika czy fundamentu, na którym mogłaby się podeprzeć. Tusk był tutaj wygodnym narzędziem jako współtwórca Platformy – jak się to wówczas mawiało – jeden z trzech tenorów. Dotykając tego tematu, trzeba mu jedno przyznać. Mianowicie, że jeśli chodzi o pozbywanie się czy eliminowanie konkurentów, to był w tym wprawiony. Co więcej, był bezwzględny i skuteczny. I tak po drodze pozbył się wszystkich konkurentów, którzy mogliby mu przeszkadzać w karierze politycznej.

Czy poważny polityk spotykałby się z liderką tzw. strajku kobiet Martą Lempart, znając jej wulgarny język i wręcz chamski sposób zachowania? A może w przypadku Tuska słowo „poważny” jest na wyrost?

Poważny polityk, który ma szacunek do samego siebie i do swoich choćby dawnych wyborców, z całą pewnością nie szukałby tego typu spotkań. Tym bardziej że zachowania, wulgaryzmy, atakowanie symboli naszej wiary, profanowanie świątyń, jakich jesteśmy świadkami ze strony sympatyków Marty Lempart oraz jej otoczenia i młodych kobiet, które to środowisko wciągnęło w swoją grę, takie zachowania chyba nigdy wcześniej w publicznej debacie w Polsce nie występowały.

Afiszowanie się ze skandalistką, która ubliża policjantom, także dziennikarzom, którzy mają inne niż ona zdanie, spotykanie się z osobą, od której w ostatnich tygodniach odwracają się właściwie wszystkie siły polityczne, które wcześniej ją popierały, wspierały te protesty, jest wyrazem braku wyczucia politycznego ze strony Tuska, albo frustracji. Proszę zwrócić uwagę, że nawet lewica nie utożsamia się już z Martą Lempart, podobnie Platforma, która dzisiaj wręcz wypiera się, jakoby była zaangażowana w tworzenie programu, który miałaby firmować Lempart razem z grupą sfrustrowanych kobiet.

Myślę, że od człowieka, który był premierem Polski, który piastował – mniejsza już o to jak – jedno z najważniejszych stanowisk w strukturach Unii Europejskiej – należałoby oczekiwać więcej powagi. Skandalem jest również jego komentarz po spotkaniu, kiedy powiedział, że „dla mnie najważniejszą rzeczą jest budować mosty pomiędzy tymi wszystkimi, którzy mają odwagę i determinację walczyć ze złem, jakie dzisiaj w Polsce się panoszy”. Te słowa – zważając na to, co robi Marta Lempart ze swoją grupą – dyskredytują Tuska jak polityka.

Co z powrotem Donalda Tuska do polskiej polityki?

Na razie sprawdza się jako internetowy troll, a najczęściej jako nieudolny komentator wydarzeń na scenie politycznej, zresztą nie tylko polskiej. I to mu chyba pozostało. Myślę, że Donald Tusk zdaje też sobie sprawę, że w polityce znaczy już coraz mniej, że nie niewiele może i nawet nie będzie podejmował ambitniejszych działań. Uważam, że funkcja, jaką piastuje – szefa Europejskiej Partii Ludowej, to jest jego kres jako polityka. Jego możliwości – jakiekolwiek one były – dziś już się skończyły. 

                 Dziękuję za rozmowę.  

 

Mariusz Kamieniecki