Ciąg dalszy ekspansji modelu federacyjnego Unii Europejskiej
Czwartek, 17 grudnia 2020 (09:41)Z dr. Krzysztofem Kawęckim, politologiem, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Za nami szczyt Rady Europejskiej w Brukseli, a dzisiaj w europarlamencie odbyła się debata i głosowanie nad jego ustaleniami. Strategia negocjacyjna zakładająca możliwość użycia weta okazała się – jak twierdzi rząd – skuteczna, ale czy do końca?
Na to pytanie w tej chwili – w sposób odpowiedzialny – bardzo trudno jest odpowiedzieć. Myślę, że będzie to możliwe dopiero za jakiś czas – nie wiem, jak długi, być może to będzie dwa lata, może nieco wcześniej albo później, i będzie to zależało od procesu, jaki się właśnie rozpoczął. Chodzi o to, że ustalenia szczytu Rady Europejskiej – przynajmniej w moim przekonaniu – nie rozwiązują problemu w całości, nie kończą sporu wynikającego z dążenia do łączenia przyznawania unijnych środków tzw. praworządnością. Dzisiaj parlament europejski dyskutował, niebawem będzie głosował i zapewne przyjmie konkluzje szczytu, aczkolwiek przyjmie, dlatego, że decydenci unijni, czyli przede wszystkim politycy niemieccy, którzy niewątpliwie sprzyjali tzw. kompromisowi i de facto są jego autorami, tego sobie życzą.
Użył Pan określenia: tzw. kompromis…
Dlatego że dopiero się okaże, jak w praktyce ustalenia szczytu będą realizowane. Bez zaangażowania Niemiec, sądzę, niestety do tego kompromisu by nie doszło mimo wykazywanej – przynajmniej werbalnie – determinacji ze strony rządów polskiego i węgierskiego. Tak czy inaczej myślę, że ten problem będzie przedmiotem postępowania przed Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Jak wiemy, rządy Polski i Węgier zapowiedziały, że skierują do Trybunału w Luksemburgu wniosek o zbadanie zgodności rozporządzenia z traktatami unijnymi w oczekiwaniu, że Trybunał uzna, iż jest ono niezgodne z prawem o Unii Europejskiej. Z drugiej strony pojawiają się również głosy, że także europarlament, gdzie – jak wiemy – przewagę mają środowiska federalistyczne – takie przynajmniej są zapowiedzi – zwróci się do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej o rozpoznanie mechanizmu warunkowości. Z tym że w tym wypadku będą oczekiwania potwierdzenia zgodności rozporządzenia z traktatami unijnymi, w przeciwieństwie do strony polskiej i węgierskiej. Jest też pytanie, kiedy – czy za dwa lata, czy może wcześniej – to orzeczenie Trybunału w Luksemburgu zostanie wydane.
Co to za konsensus, który wszystkie strony podają w wątpliwość?
Myślę, że już lipcowy szczyt budżetowy Rady Europejskiej był otwarciem szeroko drzwi na powiązanie mechanizmu praworządności z funduszami unijnymi. Zapisy są tak ogólnikowe, a zarazem dające wiele możliwości interpretacyjnych, że w wymiarze propagandowym każda ze stron zawsze może mówić, iż osiągnęła sukces. Ale wynika to z faktu, że mamy do czynienia właśnie z bardzo niewyrazistymi zapisami, które pojawiają się podczas spotkań różnych gremiów unijnych. Powiedziałbym nawet, że Unia Europejska działa w myśl filozofii Hegla, gdzie jest teza – w tym przypadku byłoby to powiązanie praworządności z unijnymi funduszami, antyteza, czyli zaprzeczenie, w tym wypadku ze strony Polski i Węgier, które nie zgadzają się na ten mechanizm, wreszcie synteza, która jeśli nawet nie wypełnia całości tezy, to realizuje ją – dajmy na to – w 50 czy 70 procentach, ale wtedy trudno jest mówić o kompromisie. Sądzę, że zasada, jaka została sformułowana – w tym przypadku przez stronę niemiecko-brukselską, została jednak w dużym stopniu zrealizowana; może nie w całości, ale architekci tego scenariusza mogą się czuć usatysfakcjonowani.
Jak w tej sytuacji mogą zachować się Niemcy, bo raczej nic nie wskazuje, żeby Berlin zrezygnował z pozycji hegemona i z dążeń do federalizacji Europy?
Z całą pewnością nie zrezygnują i trzeba mieć tego świadomość. Polityka niemiecka jest realizowana właściwie od początku kształtowania się Unii Europejskiej i jest – można powiedzieć – niezmienna. Polityka – jak definicja wskazuje – jest sztuką możliwości i jeśli byłby taki układ polityczny, że Niemcy nie byłyby hegemonem, czy też nie miałyby zdecydowanej przewagi, to oczywiście ich możliwości też zostałyby mocno zawężone. W tej chwili widać, jaki jest układ w Parlamencie Europejskim, i choć może nie jest to najważniejsze ciało, to jednak bardzo istotne. Ze strony polityków niemieckich pojawiają się głosy dotyczące wzmocnienia europarlamentu, ale to doprowadziłoby do sytuacji, kiedy rola parlamentów krajowych zostałaby mocno uszczuplona, żeby nie powiedzieć: zmarginalizowana. W tej sytuacji parlamenty krajów członkowskich zajęłyby się jedynie przetwarzaniem instrukcji i prawa wychodzącego z Brukseli i de facto pełniłyby rolę dzisiejszych parlamentów krajów związkowych (landów) niemieckich, a być może ich rola byłaby jeszcze bardziej ograniczona.
Zatem nie można mieć złudzeń, że nastawienie Niemiec się zmieni?
Oczywiście, tym bardziej że Komisja Europejska poszerza swoje wpływy i zwiększa możliwości, co ciekawe: wbrew zapisom traktatowym. Zresztą tak na dobrą sprawę też nie wiemy, jak będzie wyglądała realizacja uzgodnień i powiązanie pieniędzy z mechanizmem warunkowości. Po wyroku Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej – i taka będzie sekwencja zdarzeń – Komisja Europejska zapewne będzie chciała, co już zapowiada, określić wytyczne, jak ten mechanizm praworządności będzie stosowany, do czego będzie się odnosił, do jakich obszarów. Zatem po tym, co się stało, mamy do czynienia z dalszą ekspansją modelu federacyjnego Unii Europejskiej. Widać to po wzmocnieniu roli Komisji Europejskiej, ale również Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu. Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej ma stać na straży poszanowania prawa unijnego, tymczasem znany jest z różnych – delikatnie rzecz ujmując – wątpliwych orzeczeń. Zresztą jest to ciało absolutnie niedemokratyczne i chyba w historii nie było takiej instytucji międzynarodowej w zakresie prawa, która miałaby, czy też przypisywałaby sobie kompetencje w zakresie prawa, przewyższające kompetencje poszczególnych państw. A ponieważ kieruje się również względami ideologicznymi, to można mieć poważne wątpliwości, jakie będą kolejne orzeczenia. W tej sytuacji odpowiedzieć kompetentnie i odpowiedzialnie na pytanie, kto miał rację w ocenie działań polskiego rządu w zakresie przyjęcia ustaleń unijnego szczytu, będzie można dopiero po pewnym czasie.
To jak określić obecny stan?
Myślę, że na razie możemy mówić o pewnym rozejmie, natomiast to starcie o suwerenność się nie zakończyło i pewnie jeszcze powróci.
Przed nami na razie czas względnego spokoju. Jak powinny to wykorzystać rządy Polski i Węgier? Czy jest szansa, aby do swoich racji przekonać także inne kraje?
To jest tak, że decyzje na szczytach unijnych podejmują rządy, które mają określoną opcję polityczną. Można zatem powiedzieć, że owszem – należy wiązać pewną nadzieję z wynikami wyborów, które będą miały miejsce w poszczególnych krajach, co dałoby szansę na zmianę konstelacji politycznej. Myślę tu szczególnie o krajach nam bliskich geograficznie, o krajach Europy Środkowej. Natomiast niezależnie od racji państwowych – nawet ideologicznych czy ponadpartyjnych, które często wiążą nasze państwa i rządy tych państw – to jednak są też daleko idące rozbieżności wynikające z tego, że rządy są reprezentantami różnych opcji politycznych. Uważam, że tradycyjna przyjaźń polsko-węgierska jest oczywiście pewnym fundamentem, ale gdyby na Węgrzech władzę przejęli socjaliści, to tej współpracy między Polską a Węgrami – jaką znamy dzisiaj – zapewne by nie było. Tak więc pewną nadzieję należy upatrywać w przebudzeniu społeczeństw europejskich i wzmocnieniu tych tendencji, których nie chciałbym nazywać eurosceptycznymi, ale przynajmniej, żeby miały one charakter pewnego realizmu politycznego. Tak czy inaczej nadal musimy prezentować nasze jasne stanowisko, które oczywiście nie powinno być tylko naszym. Jak wiemy, dzisiaj szkaluje się Polskę i Węgry, ale za jakiś czas – niekoniecznie odległy – ta broń może zostać użyta przeciwko innym niepokornym krajom i zagrozić ich suwerenności. Oczywiście nie należy też zapominać, że te tendencje federalistyczne i związane z tym próby podporządkowywania sobie krajów jest poważnym zagrożeniem dla spoistości Unii Europejskiej. Nie można ukrywać, że działania Niemiec – jeśli nie zostaną zastopowane – w konsekwencji doprowadzą do końca projektu pod nazwą Unia Europejska – przynajmniej w kształcie zgodnym z wizją ojców założycieli.
W Polsce też jest opozycja totalna, która tylko czeka, żeby dorwać się do władzy, a wtedy kierunek polityki państwa polskiego z pewnością uległby zmianie…
Opozycja totalna, niestety, nie kieruje się polską racją stanu, tylko odniesieniami brukselskimi. Dlatego chciała wykorzystać spór między Polską a Brukselą dla osiągnięcia własnych celów politycznych. I w tym sensie opozycja może się czuć zawiedziona, że nie udało im się wzniecić pewnych nastrojów antyrządowych poprzez straszenie, że rząd chce wyprowadzić Polskę z Unii Europejskiej albo że stanowisko rządu może spowodować utratę przez Polskę unijnych funduszy. Taka narracja była prowadzona także w antyrządowych mediach i bardzo szkodziła Polsce w negocjacjach z prezydencją niemiecką i Brukselą. Myślę, że znów trzeba się odwoływać do opinii publicznej, do Polaków, ale przede wszystkim trzeba wyjść z jasnym przekazem. Gdyby opozycja parlamentarna i rząd, tak jak to ma miejsce w ogromnej większości państw, mówiły w sprawach polityki zagranicznej jednym, wspólnym głosem w obronie polskiego, narodowego interesu, polskiej racji stanu, to nasza sytuacja, nasza pozycja negocjacyjna w różnych kwestiach byłaby dużo lepsza. Niestety, jest inaczej i to w znaczący sposób komplikuje nasze możliwości przedstawiania polskiego stanowiska na forum europejskim.
Jednym głosem w kwestii wyniku tych negocjacji nie mówi też Zjednoczona Prawica. Jak ocenia Pan postawę Solidarnej Polski?
Myślę, że w formułowanych zarzutach przez Solidarną Polskę jest dużo racji, zwłaszcza jeśli chodzi o ocenę tych negocjacji oraz ich rezultatu. Stanowisko i racje przedstawiane przez tych polityków nie zostały uwzględnione w negocjacjach przez rząd przez premiera Mateusza Morawieckiego. I uważam, że źle się stało, natomiast dobrze, że takie stanowisko zostało wyrażone. Przypomnę też, że drugi lider obozu Zjednoczonej Prawicy – Porozumienia Jarosław Gowin też prezentował – jak się w pewnym momencie wydawało – samodzielne stanowisko, i to w Brukseli, chociaż jak się później okazało, było to stanowisko zbieżne z tym wyrażonym przez premiera Morawieckiego i prezesa Prawa i Sprawiedliwości Jarosława Kaczyńskiego.