• Czwartek, 21 maja 2026

    imieniny: Kryspina, Wiktora, Jana

Budujmy sojusze

Poniedziałek, 14 grudnia 2020 (16:49)

Z Andrzejem Maciejewskim, politologiem z Instytutu Sobieskiego, rozmawia Mariusz Kamieniecki.

Za nami szczyt w Brukseli, którego finałem jest porozumienie budżetowe. Pierwsze emocje opadły, jedni są zadowoleni inni mniej. Jakie najważniejsze wnioski  nasuwają z tego, co zostało ustalone?

– Trzeba powiedzieć wyraźnie, że w polityce nie zawsze osiąga się wszystkie cele, dlatego nie zawsze należy do tego podchodzić w sposób zero-jedynkowy. Oczekiwania zawsze są większe, ale nie wszystko osiąga się od razu. Warto też pamiętać, że w polityce liczy się konsekwencja oraz długofalowość pewnych działań i decyzji. I to jest pierwsza ważna puenta, o której powinniśmy pamiętać, jako społeczeństwo, oceniając działania rządzących, ale przede wszystkim powinna o tym pamiętać klasa polityczna. Druga kwestia to jasny, precyzyjny komunikat na zewnątrz – mam na myśli informowanie opinii publicznej o tym, co osiągnęliśmy podczas szczytu Rady Europejskiej.

To zadanie rządu, ale też mediów…?

– Proszę zwrócić uwagę, że najwięcej o polexicie mówiły trzy środowiska polityczne – Konfederacja oraz Platforma z Lewicą, ale przekaz medialny był taki, że do polexitu dąży Zjednoczona Prawica. I to jest ważne na przyszłość, że jeśli nie będzie jasnego, spójnego przekazu, to takie sytuacje, kiedy w jedną trąbę o polexicie, do którego rzekomo dąży rząd, dmuchały Konfederacja, Platforma i Lewica, będą się powtarzały w innych kwestiach. W większości mediów taki nieprawdziwy przekaz funkcjonował, mimo że nikt ze strony koalicji rządzącej nie ma takich planów, co więcej, podkreślali to wielokrotnie chociażby w Sejmie prezydent czy premier. Żeby uniknąć takich sytuacji na przyszłość, potrzebny jest jasny precyzyjny komunikat, bardzo konsekwentnie powtarzany.

Dzięki wspólnej grze z Węgrami udało się osiągnąć porozumienie i nie ustąpić pod presją…    

– Owszem, ale warto sobie uświadomić, że w dłuższej perspektywie sojusz z Węgrami to trochę za mało. Kończy się prezydencja niemiecka, a od stycznia rolę przewodnictwa w Unii Europejskiej przejmie Portugalia, później Słowenia, a więc państwa, które są nawet mniejsze niż Polska. Rząd powinien zacząć proces budowy większych sojuszy na gruncie europejskim. To, że Parlament Europejski jest zdominowany już nawet nie przez lewicę, co wręcz lewactwo – i ta ideologia się szerzy – jest już faktem. Tym bardziej powinniśmy budować na gruncie unijnym sojusze po to, że kiedy nadejdzie krytyczny punkt, a to się stanie prędzej, niż może się wydawać – żebyśmy nie byli osamotnieni.

To jest wyrok odroczony w czasie. Póki co mamy plus minus 3 lata na wypracowanie jasnego przekazu i komunikatu: po co była nasza i węgierska groźba weta i dlaczego domagaliśmy się konsekwentnego trzymania się ustaleń z lipcowego szczytu budżetowego bez udziwnień, które dodał Europarlament i Komisja Europejska. Ten czas powinien nam posłużyć do zbudowania sojuszy międzypaństwowych, powinniśmy też zabiegać, aby w przekazach europejskich większy nacisk kłaść na budowanie prawdziwego wizerunku Polski.

Uważa Pan, że dotychczas w sposób niedostateczny polski rząd realizował to zadanie?    

– Póki co daliśmy fory dla ugrupowań, środowisk czy mediów niechętnych rządowi i Polsce, z czego te środowiska skrzętnie skorzystały. Niestety, na tym ucierpiała Polska – nie partia jedna czy druga, ale straciła Polska.

Polityka zagraniczna to jedno, ale wróćmy na chwilę na grunt krajowy. Czy z tej lekcji nie płynie też nauka dla opozycji?

– Opozycję mamy taka jaką mamy, ale formacje opozycyjne – wszystkie – też muszą w końcu zrozumieć, że najwyższa pora wydorośleć, wyjść z butów totalności i przestać pielęgnować zgubną dla wszystkich zasadę: im gorzej, tym lepiej. Jeśli tego nie zrobią, to nie tylko z tymi partiami będzie źle, ale straci cała Polska – my wszyscy.

Po totalnej opozycji trudno oczekiwać zmian…

– Myślę, że roli mediatora powinien się podjąć prezydent Andrzej Duda. Musi dojść do spotkania wszystkich sił politycznych na polskiej scenie, aby jednoznacznie określić, że mimo wewnętrznych sporów i różnic, na gruncie międzynarodowym, na gruncie unijnym polska klasa polityczna mówi jednym głosem. To jest pewna konieczność, model, który musimy zbudować przez najbliższe 3 lata. Według mnie tu jest ogromna rola prezydenta, który powinien przejąć inicjatywę, a przynajmniej spróbować, pokazując, żeby wspomniany wcześniej sojusz spraw polskich na arenie międzynarodowej mógł być skutecznie zrealizowany. Mądrość wynika z wyciągania wniosków, z uczenia się na błędach, także zachłyśnięcie się sukcesem, cyframi, pieniędzmi, które mają wpłynąć do Polski, to jest patrzenie krótkowzroczne. Mądrość to umiejętność wyciągania wniosków i rozsądne planowanie.

Przez cztery lata zasiadał Pan w ławach sejmowych, z bliska obserwując zachowania totalnej opozycji. Czy uważa Pan, że z tymi politykami, którzy zawsze są na „nie”, można budować blok propolski, który przynajmniej na zewnątrz – jak robią to inne kraje – będzie mówić jednym głosem?

– Uważam, że doprowadzenie do rozmów, do dyskusji na ten temat jest rolą prezydenta, który ma taką możliwość. Co więcej, do tej dyskusji można by zaprosić także środowiska pozaparlamentarne, aktywne politycznie. Kto powiedział, że obecny układ w Parlamencie przetrwa blisko 3 lata do najbliższych wyborów?

Uważam, że prezydent Duda ma prawo zaprosić do stołu wszystkie siły polityczne, aby pokazać, że jest otwarty na wszystkie środowiska, a jednocześnie po to, aby uzmysłowić niektórym politykom, że w parlamencie bardzo często tylko się bywa, że nie jest to miejsce stałego zameldowania. I to – jak sądzę – jest ważna sugestia.

Oprócz unijnego budżetu na lata 2021-2027 ważną kwestią jest także Fundusz odbudowy. Niestety, mniej mówi się, że w dużej mierze jest to de facto kredyt, który trzeba będzie spłacić…?

– Otrzymaliśmy, a właściwie otrzymamy 64 mld euro, z czego bezzwrotny grant to 30 mld, a 34 mld euro – jest formą pożyczki, którą Polacy będą spłacać do 2058 roku. I o tym się nie mówi. Warto też mieć w pamięci, że nie jest to pieniądz nam dany, ale pieniądz do spłacenia, który trzeba też wydać mądrze. Tym bardziej trzeba będzie mądrego działania rządu, samorządów, przedsiębiorców, aby te pieniądze nie zostały przejedzone, ale żeby były zainwestowane dobrze.

Aby pomogły w uratowaniu miejsc pracy, a jednocześnie żeby były wsparciem polskiej myśli, polskich firm innowacyjnych, a nie stały się kolejnym elementem wyprowadzania tych środków na zewnątrz. Uważam, że jest to kwestia, która w nowej perspektywie powinna być bardzo mocno dociśnięta, przypilnowana. Jeśli nie będziemy wspierać naszych rodzimych innowacji, to w konsekwencji będziemy wspierać budżety innych mądrzejszych państw. To jest właśnie patriotyzm gospodarczy i promowanie polskich firm oraz podmiotów, i o tym koniecznie trzeba pamiętać.

Procedura dopiero ruszy, więc póki co mówimy o perspektywie. Kiedy te środki mogą trafić do Polski?

– Owszem teraz ustalenia szczytu muszą zatwierdzić wszystkie parlamenty narodowe. Później sprawa wraca na forum Parlamentu Europejskiego i Komisji Europejskiej.

Swoją drogą ciekawe, jak podczas głosowania w polskim Sejmie zachowa się Platforma?

– To, co się wydarzyło w Brukseli, oni uznają za sukces – że dzięki ich naciskom pieniądze trafią do Polski. Powtórzę to, co powiedziałem wcześniej: ze strony rządowej potrzebny jest odpowiedni przekaz, brakuje komunikatu i jasnego sprecyzowania, o co w tej batalii szło, dlaczego wspólnie z Węgrami zagroziliśmy wetem.

Przyznam, że z konferencji premierów Morawieckiego i Orbána zaraz po osiągnięciu porozumienia, więcej na temat kulisów negocjacji dowiedziałem się od premiera Węgier niż premiera Polski…

– Dlatego potrzebny jest dobry, jasny przekaz, który wykluczy możliwość nadinterpretacji przez przeciwników politycznych czy niechętnych rządowi mediów. Bardzo dobry przekaz uzmysłowi wszystkim, o co tak naprawdę chodziło, w czym była rzecz, dlaczego zagroziliśmy wetem, a jednocześnie przekaz, który pokaże ludziom, którzy na co dzień nie wgłębiają się w politykę i finanse, jak będzie wyglądał unijny budżet, jakie są jego składowe i kiedy środki te będą uruchamiane. Wiele osób jest bowiem przekonanych, że już 1 stycznia 2021 roku unijne pieniądze pojawią się w Polsce, ale tak nie będzie.

Pierwsze pieniądze – daj Boże, żeby się pojawiły pod koniec przyszłego roku, ale o tym też trzeba ludziom powiedzieć. I tu jest odpowiedzialność klasy politycznej, także mediów, żeby rzetelnie informować ludzi i nie pozwalać na manipulacje i wewnętrzne rozbijanie państwa. Trzeba sobie powiedzieć, że niejasny czy wręcz kłamliwy przekaz przed brukselskim szczytem był osłabianiem pozycji negocjacyjnej Polski i totalnym rozbijaniem państwa. Trzeba też upublicznić, za czym faktycznie głosowali w listopadzie europosłowie Koalicji Obywatelskiej, Lewicy i PSL-u w Parlamencie Europejskim; że przyjęta rezolucja była przeciw życiu ludzkiemu; i co tak naprawdę zarzucano polskiemu rządowi w kwestii łamania tzw. praworządności, jakie bzdury, np. potępiając orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego dotyczące aborcji w Polsce, oceniając, że zagraża ono zdrowiu i życiu kobiet. Większość mediów przekazuje kłamliwą narrację, a dlaczego ludzie nie mogą się o tym dowiedzieć... Pokażmy, jakie głupoty wymyślali i za czym głosowali polscy europosłowie. Niech obywatele osądzą.

Wspominając o potrzebie budowania sojuszy, kogo ma Pan na myśli?

– Włochy, Hiszpania, Portugalia, Grecja – to są kraje, gdzie naprawdę iskrzy i państwa te są coraz bardziej niezadowolone z polityki Unii Europejskiej.

Dlaczego nie przyłączyły się teraz do Polski i Węgier?

– Po co miały się wychylać, narażać skoro była już Polska i Węgry. Myślę jednak, że jest teraz czas, żeby z tymi krajami rozmawiać, przekonywać, urabiać, aby w przyszłości więcej było państw, które wyrażą swój sprzeciw wobec polityki forsowanej przez brukselskich eurokratów. To są kraje strefy euro, których sytuacja jest coraz trudniejsza, a do tego dochodzi brexit i brak umowy handlowej między Unią Europejską i Wielką Brytanią, co też nie jest bez znaczenia w tej europejskiej układance – zwłaszcza w dobie pandemii COVID-19.

Zamykając sprawę szczytu, właściwie bez większego echa przeszło porozumienie klimatyczne. Czy to była cena zgody za budżet bez forsowania zapędów Berlina i Brukseli?   

– Zgadza się. Temat ten przeszedł prawie niezauważony medialnie bądź też niedostatecznie nagłośniony – jeśli chodzi o ustalenia. Porozumienie klimatyczne wyznacza granicę 2030 roku i mówi wyraźnie, że do tego czasu emisja CO2 musi być zredukowana nie do ustalonych wcześniej 40, a do 55 proc. w stosunku do poziomu z 1990 roku. Myślę, że temat ten również wymaga bardzo jasnego przekazu i bardzo poważnych działań rządu, prezydenta i całej polskiej klasy politycznej.

Zgodziliśmy się na to, a 10 lat to bardzo krótki czas. Nie można też wykluczyć, że państwa starej Unii zgodziły się na kompromis w sprawie unijnego budżetu za tzw. klepnięcie Europejskiego Zielonego Ładu. To jest nie tylko decyzja polityczna, ale biznesowa.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki