• Czwartek, 21 maja 2026

    imieniny: Kryspina, Wiktora, Jana

Prawo stoi po stronie Polski i Węgier

Wtorek, 8 grudnia 2020 (21:29)

Z dr. hab. Mieczysławem Rybą, prof. KUL, historykiem, wykładowcą na KUL i w WSKSiM, rozmawia Mariusz Kamieniecki

W wywiadzie dla włoskiego dziennika „La Stampa” premier Mateusz Morawiecki powiedział, że liczy, iż w poszanowaniu litery i ducha unijnych traktatów w najbliższym czasie uda się wypracować rozwiązania w sprawie budżetu Unii Europejskiej i Funduszu odbudowy. To wskazywałoby, że nic jeszcze straconego?

Proszę zauważyć, że wywiad dla dziennika „La Stampa” jest adresowany do włoskich polityków, a nade wszystko do włoskiego społeczeństwa. Wiadomo, że Włosi – w sensie finansowym – są w bardzo trudnej sytuacji i z niecierpliwością czekają na fundusz covidowy, w związku z tym premier Mateusz Morawiecki – w swoim przekazie – starał się przedstawić Polskę jako to państwo, które nie jest przyczyną ani nie jest winne blokadzie tych środków, tylko jest de facto ofiarą bezprawnej i bezrefleksyjnej polityki Berlina oraz Brukseli. Nic zatem dziwnego, że padają słowa o traktatach, o tym, żeby wszystko odbywało się w zgodzie z prawem. Faktem jest, że prawo stoi po stronie Polski i Węgier, natomiast po drugiej stronie mamy próbę uzurpacji tego prawa i narzucenia mechanizmów pozatraktatowych. I co do tego nie ma złudzeń. Zresztą w ostatnim czasie, w związku z czwartkowym szczytem Rady Europejskiej, premier Morawiecki udzielił szeregu wywiadów w prasie europejskiej, wyjaśniając stanowisko Polski w sprawie mechanizmu warunkowego uzależniającego przyznawanie unijnych środków od tzw. praworządności.

Niby pole do kompromisu wciąż istnieje, ale ze strony Berlina czy Brukseli jakoś nie widać gotowości do porozumienia. Co więcej, szef niemieckiej dyplomacji Heiko Mass mówi, że sprawa jest przesądzona i kwestią nie jest „czy”, tylko „jak”. Podobnie uważa szef europarlamentu David Sassoli, który twierdzi, że porozumienia wypracowanego w europarlamencie nie można już dotykać. O jaki zatem kompromis chodzi?

Myślę, że mamy prężenie muskułów przed ostatecznym starciem. Gdyby w tej chwili – w przeddzień szczytu – ścierające się strony zdefiniowały, gdzie widzą przestrzeń kompromisu, to znacząco osłabiłyby swoją pozycję negocjacyjną. Jest oczywiste, że Niemcy grają vabank i co z tego wyjdzie, zobaczymy. Według mnie są dwa wyjścia. Oczywiście dla Berlina i Brukseli najlepsze byłoby, żeby Polska się przestraszyła, żeby zmiękła i ugięła się pod presją, a wtedy Niemcy osiągną swój cel, czyli pełnię władzy w Unii Europejskiej. Natomiast z pewnością biorą też pod uwagę ustępstwa, oczywiście w określonych granicach. Warto bowiem pamiętać, że Niemcy nie chcą uchodzić w Europie za imperatora, za państwo, które wymusza uległość na innych, dlatego wolą działać i załatwiać swoje  interesy w białych rękawiczkach. Dlatego ten ostry kurs Polski jest dla nich wygodny. Na razie prężą muskuły i pytanie jest: jaki tego będzie finał?

Unijny szczyt w czwartek, tymczasem z Polski przebija się wielogłos. Jak Pan to odbiera?       

To świadczy, że Polska jest słabym państwem. Słabym, ponieważ jej elity – zwłaszcza totalna opozycja – jest w dużej mierze ideologicznie zawłaszczona, kupiona, czy to stanowiskami, czy omamiona jakąś nadzieją na rzekomy dobrobyt, ale to złudna nadzieja. I w tym sensie, kiedy Polska negocjuje twardo, to ta część sceny politycznej osłabia nasze stanowisko. Tak czy inaczej ta sytuacja pokazuje, że jesteśmy słabym państwem, bo mamy słabe elity.

Ale rozbieżności są także po stronie Zjednoczonej Prawicy. Mam na myśli postawę wicepremiera Jarosława Gowina, który zabiera głos w Brukseli i mówi o dodatkowym protokole, który miałby interpretować rozporządzenie łączące wypłatę unijnych środków z praworządnością…?

Przyznam, że nie rozumiem takiej postawy, bo według tego przekazu prawo regulujące nasze relacje z Unią Europejską ma być interpretowane rozbieżnie. Skoro tak, to jaki ma to sens? To jest bardzo dziwne podejście, bo niby co to ma oznaczać? Że Unia nałoży na nas sankcje, a my powiemy, że oczekujemy interpretacji, dodatkowej wykładni? Właśnie o to chodzi, żeby była oczywista wykładnia dla wszystkich stron i wtedy nie będzie ciągłego poszerzania kompetencji, których traktaty o Unii Europejskiej nie dają ani Komisji Europejskiej, ani innym instytucjom unijnym. Z drugiej jednak strony można się też zastanawiać, czy stanowisko Jarosława Gowina nie jest przypadkiem uzgodnione z premierem Mateuszem Morawieckim, że być może jest to – niezrozumiała dla zwykłego odbiorcy – taktyka, która jak czasem bywa, może być dziwna. Ale jeśli tak nie jest, to rzeczywiście mamy do czynienia z działaniem, które osłabia pozycję negocjacyjną Polski. Proszę się zastanowić. Gdyby dwie firmy – nasza i obca – negocjowały dla siebie jakiś ważny kontrakt – a przecież jeśli chodzi o negocjacje z Unią, też mówimy o pewnym interesie i finansach – i nagle wiceprezes prezes naszej firmy zabrałby głos i stwierdził, że zasadniczo to on ma inne zdanie w tej materii niż prezes, to co to by oznaczało. Przecież taka rzecz nie ma prawa się zdarzyć podczas negocjowania kontraktów, a tym bardziej jeśli chodzi o stanowisko państwa i rządu. Jest to nie tylko nieprofesjonalne, ale wręcz szkodliwe z punktu widzenia interesów państwa. Chyba że – jak zauważyłem wcześniej – jest jakaś taktyka nakierowana na pewne rozegranie negocjacji. Tyle że ja tego nie rozumiem.

Może chodzi o otwarcie furtki do ewentualnych ustępstw?    

Ustępstwa zawsze można zrobić i nie trzeba dawać wcześniej sygnałów, że jest się gotowym zrobić krok wstecz. Na ustępstwa się decyduje wtedy, jeśli się nie ma innego wyjścia. Natomiast jeśli się to robi zanim usiądzie się do stołu, to taka postawa osłabia zdolności negocjacyjne strony, która do rozmów przystępuje.

Pozostaje zatem rozłam w Zjednoczonej Prawicy. Zresztą Jarosław Gowin, będąc w Koalicji Zjednoczonej Prawicy, nie po raz pierwszy zachowuje się tak, jakby był poza nią. Wystarczy tylko wspomnieć fakt przesunięcia wiosennego terminu wyborów prezydenckich, czym podał też rękę tonącej Platformie.

Jeśli chodzi o wybory prezydenckie, to był to spór wewnętrzny, ale ostatecznie wiemy, co by się działo, gdyby wybory odbyły się w maju. Opozycja z pewnością wykorzystałaby ten fakt do negowania wyniku, podnosząc prawomocność wyborów, ale również pozycja i mandat prezydenta Andrzeja Dudy byłyby słabe. Natomiast tutaj mamy do czynienia ze sporem zewnętrznym, a więc jest sytuacja, gdzie negocjuje rząd, czyli całe państwo. Zresztą jednolite stanowisko jest wręcz podstawą i abecadłem wszelkich negocjacji.   

Dlaczego szczególnie Niemcom tak bardzo zależy na wprowadzeniu mechanizmu praworządności?

Berlin chce wprowadzić monopol władzy, a praworządność jest tylko i wyłącznie narzędziem do osiągnięcia tego celu. Tak zwana praworządność jest narzędziem do tego, żeby w sposób arbitralny rozstrzygać, kto dostaje pieniądze, a de facto wpływać na to, kto ma rządzić w danym kraju, a kto nie. W istocie jest to droga do federalizacji państw członkowskich Unii Europejskiej przy silnym, imperialnym władztwie Niemiec.

Czy praworządność, mechanizm warunkowości to nie jest tylko tło, a tak naprawdę Niemcom chodzi o dokończenie Nord Stream 2 i próbę odegrania się na Polsce za jej sprzeciw?

W poważnej polityce zemsta i emocje nie powinny dominować, natomiast ważną rolę zawsze odgrywają interesy. Niemcy już od dawna planują centralizację Europy, federalizację i krok po kroku wykupowanie suwerenności poszczególnych państw członkowskich Unii Europejskiej. Dlatego zmienili paradygmat funkcjonowania Unii jako państw narodowych, państw suwerennych, gdzie prawo weta już w Traktacie Nicejskim zostało mocno ograniczone. To pozwala im na przegłosowywanie swoich interesów. Teraz idą dalej, w kierunku wykupienia niepodległości poszczególnych państw. Co ciekawe, robią to nie za pomocą wojska, tylko pieniędzy i finansowej presji, a wszystko po to, żeby objąć panowanie nad całą Unią Europejską. Natomiast kwestia zemsty, nawet za przyblokowanie projektu Nord Stream 2, to w polityce jest rzecz, która, owszem, czasem występuje, ale ona de facto prowadzi państwa używające tego narzędzia na manowce. Myślę więc, że Niemcy prowadzą chłodną politykę.

Jeśli nie zemsta, to może pamięć ekonomiczna, której wyrazem jest właśnie mechanizm praworządności?      

Berlin z całą pewnością widzi, że Polska się stawia, chodzi tu zarówno o projekt Nord Stream, jak i inne niemieckie pomysły, że ma ambicje i chce – przynajmniej w jakimś sensie – konkurować z Niemcami w pewnych obszarach gospodarczych. Tyle że Niemcy nie widzą dla nas podmiotowego miejsca, dlatego zdążają w kierunku unifikacji.

Niemcy nie widzieli też w Unii miejsca dla Wielkiej Brytanii, której przy udziale Brukseli i bezrefleksyjnej postawie Donalda Tuska w roli szefa Rady Europejskiej pozbyli się z Unii…  

Nie sądzę, żeby Niemcy od początku dążyli do wyrzucenia Wielkiej Brytanii z Unii. Owszem, Brytyjczycy byli dla Berlina – w pewnym sensie – balastem, jeśli mówimy o budowie superpaństwa europejskiego, na co się godzić nie chcieli. Natomiast finalnie brexit być może był wypadkiem przy pracy, to znaczy Niemcy z kanclerz Angelą Merkel tak mocno forsowali plan przyjmowania imigrantów, że doprowadzili przeciwne tej polityce brytyjskie społeczeństwo na skraj i stąd referendum, w którym większość opowiedziała się za wyjściem z Unii Europejskiej. I chyba nie tyle było to wypchnięcie Wielkiej Brytanii z Unii, co raczej przegrzanie atmosfery, w której Brytyjczycy źle się czuli. Obecna sytuacja i próba podporządkowania sobie Polski czy Węgier jest trochę podobna, ale tę presję dostrzegają nie tylko Warszawa czy Budapeszt, ale także inne stolice europejskich państw. Dlatego w dłuższej perspektywie, jeśli Niemcy się nie zreflektują i w dalszym ciągu będą prowadzić taką politykę, to Unia Europejska się rozpadnie.

Niemców nie stać na refleksję czy Berlin nie widzi, że na dłuższą metę taka polityka osłabia całą Unię Europejską?

Chęć dominacji jest przeogromna, stąd nowe pomysły i próby podporządkowania sobie innych. Warto też pamiętać, że w sferze światowej konkurencji Unia Europejska, która nakłada na siebie niewyobrażalne ciężary, związane chociażby z Zielonym Ładem, czyli obciążeniem poszczególnych gospodarek, zwłaszcza słabszych czy mniej rozwiniętych państw – takich chociażby jak Polska, przestaje być konkurencyjna w świecie. Jest zatem cały szereg spraw, jak chociażby ideologia, a zarazem chęć panowania i dominacji Niemiec nad innymi za wszelką cenę, ale to jest zgubne dla całej Europy.    

           Dziękuję za rozmowę.

 

Mariusz Kamieniecki