Polsko-węgierska narracja zyskuje sojuszników
Poniedziałek, 30 listopada 2020 (21:22)Z dr. Tomaszem Rzymkowskim, posłem PiS, wiceprzewodniczącym sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Wygląda na to, że w trakcie niedawnego szczytu Rady Europejskiej nie tylko Polska i Węgry, ale także Portugalia były krytyczne wobec forsowanego przez Niemcy mechanizmu tzw. praworządności. Czy to może oznaczać pewien rozłam w twardym jądrze Unii?
– Według mnie może to oznaczać spóźnioną refleksję na szczytach władzy w poszczególnych państwach członkowskich. Widać, że część państw Unii Europejskiej dokonuje analizy powiązania środków budżetowych z mechanizmem praworządności, który jest mechanizmem bardzo nieprecyzyjnym, bardzo płynnym i co najważniejsze – bardzo niebezpiecznym dla poszczególnych państw członkowskich. Próba powiązania środków budżetowych z czymś, co jest niepoliczalne, niemierzalne, bo praworządność taka właśnie jest, to jest, można powiedzieć, poleganie na czyimś humorze – w tym wypadku liderów europejskich.
Nic zatem dziwnego, że państwa europejskie dostrzegają podstawowy mankament, który wiąże się z unijną praworządnością traktatową, która mówi, że organy unijne powinny działać na podstawie i w granicach traktatów. Tymczasem traktaty o Unii Europejskiej nic nie mówią o tym, żeby pieniądze budżetowe były wiązane z jakimikolwiek mechanizmami warunkowymi. I ta refleksja, co prawda spóźniona, ale jednak przychodzi. Dzisiejszy dzień przynosi informacje dotyczące stanowiska Portugalii, która przejmuje z dniem 1 stycznia przyszłego roku prezydencję w Radzie Unii Europejskiej. Wiemy również o tym, że prasa opiniotwórcza hiszpańska też podnosi głos na ten temat i punktuje stanowisko Królestwa Hiszpanii w tej sprawie, ale to nie wszystko, bo wpływowi publicyści francuscy również na to zwracają uwagę.
I to jest, moim zdaniem, najbardziej istotny element, ponieważ Francja w tzw. duopolu czy tandemie europejskim – jak lubi mawiać kanclerz Angela Merkel – jest kluczowym graczem. Jeśli zatem Paryż już dostrzega, że forsowany mechanizm wcale nie jest taki fajny, jak go Holandia maluje, to znaczy, że na ten temat jakaś refleksja jednak następuje. To z kolei może oznaczać daleko idące ustępstwa w myśl sugestii, które zgłaszały rządy Polski i Węgier.
Sprawa jest już przesądzona, czy porozumienie jest wciąż możliwe? Tak czy inaczej ruch jest po stronie prezydencji niemieckiej.
– Tak, to prawda – ruch jest teraz po stronie prezydencji niemieckiej, natomiast trudno jest powiedzieć, czy sprawa jest przesądzona. Dopóki wszyscy sygnatariusze, wszyscy szefowie rządów, którzy są członkami Rady Europejskiej i reprezentują poszczególne państwa członkowskie, nie złożą swoich podpisów pod budżetem Unii Europejskiej, to trudno jest powiedzieć, że sprawa jest przesądzona w tę czy inną stronę. Moim zdaniem weszliśmy w tej chwili w kulminacyjny moment negocjacji budżetowych. Strony widzą, że część państw, takich jak Polska czy Węgry, się nie cofnie. Natomiast pojawiają się głosy w innych państwach, które do tej pory weta nie przedstawiały. Można zatem powiedzieć, że polsko-węgierska narracja zyskuje sojuszników. Takim sojusznikiem jest już Słowenia, można też powiedzieć, że Portugalia, a za chwilę może się okazać, że do tego grona dołączą Hiszpania i Francja. Realizacja takiego scenariusza oznaczałaby fiasko próby powiązania środków budżetowych Unii Europejskiej z jakimkolwiek warunkowym mechanizmem.
Czy zatem Niemcy, którzy liczyli na sukces swojej prezydencji, forsując ten mechanizm, sami sobie nie naważyli piwa, które być może będą musieli wypić?
– Należę do mniejszości, która uważa, że Niemcy nie były tu motorem napędowym – mówię o rządzie federalnym, o Angeli Merkel, o urzędzie kanclerskim i o jej zapleczu parlamentarnym, które akurat nie było największym orędownikiem powiązania wypłaty środków finansowych z mechanizmem praworządności. Owszem, była milcząca zgoda ze strony Niemiec, ale Niemcy się przy tym akurat nie upierały. Natomiast na rynku niemieckim oliwy do ognia na pewno dolewały ugrupowania lewicowe czy skrajnie lewicowe jak Partia Zielonych, jak po części SPD, które tworzy zaplecze dla rządu Angeli Merkel, a najbardziej komuniści z Die Linke.
Te formacje najgłośniej krzyczały w Niemczech, cytując wprost Katarinę Barley – czołową działaczkę SPD i wiceszefową Parlamentu Europejskiego – o konieczności zagłodzenia Polski i Węgier. Natomiast głównym zagończykiem przeciwko Polsce jest Holandia, która lideruje państwom Beneluksu. To właśnie państwa Beneluksu zwane klubem skąpców, czyli państwa, które chcą korzystać ze swobody gospodarczej, jaką stwarza Unia Europejska, czyli z możliwości ekspansji towarami i usługami na rynki wschodzące unijne – takie chociażby jak rynek Polski. I te państwa chcą tylko i wyłącznie korzystać z tych przywilejów, ale absolutnie nie chcą się składać proporcjonalnie do PKB danego kraju.
Pamiętajmy, że składka członkowska jest uzależniona od PKB państwa członkowskiego, to oznacza, że państwa, które najwięcej zarabiają na obywatela – z różnych powodów historycznych czy natury społecznej, a przede wszystkim natury gospodarczej, płacą relatywnie wyższą składkę. Ale z drugiej strony te państwa najwięcej też zarabiają, mają wyższy PKB dzięki temu, że ich gospodarki mają olbrzymie rynki zbytu na swoje towary i usługi. Nie ma takiej sytuacji, że idąc do sklepu i biorąc towar z półki, za niego nie płacimy. Tymczasem Holendrom się wydaje, że wszystko im można, że do tego przysłowiowego sklepu mogą wejść, zabrać towar i nie płacić. Tak być nie może.
Promotorzy mechanizmu praworządności nie zdają sobie sprawy, że lewicowo-liberalna większość, która dominuje dzisiaj w Europie, kiedyś straci władzę i wpływy, a mechanizm praworządności niczym broń obosieczna może posłużyć do rozliczeń właśnie tych, którzy go przygotowali?
– Typowe myślenie lewicowo-liberalnych elit ogranicza się tylko do tu i teraz. To nie jest myślenie pokoleniami, to nie jest myślenie wybiegające w przyszłość do naszych dzieci czy wnuków. W tych środowiskach nie ma perspektywicznego myślenia. Tam liczy się teraźniejszość, liczy się odczuwanie bodźców doraźnych, liczą się przyjemności – te drobne i większe, ale nie myślenie o przyszłości, o kolejnych pokoleniach. Jeśli już, to ewentualnie podpierają się przyszłością pokoleń, aby wytłumaczyć swoje propozycje, które będą miały daleko idące konsekwencje gospodarcze dla całej wspólnoty europejskiej.
Co konkretnie ma Pan na myśli?
– Myślę tutaj chociażby o utopijnym planie walki z CO2. Co z tego, że Europa ograniczy emisję 8 czy 9 procent swoich gazów cieplarnianych, skoro Chiny, Indie i Stany Zjednoczone wyemitują dodatkowe, dajmy na to, 25 procent gazów cieplarnianych do klimatu kuli ziemskiej. Tak to już jest, że mamy jedną wspólną atmosferę z innymi państwami, no chyba że eurokraci zadekretują, że Europa ma swoją autonomiczną część planety i przepływ powietrza nie ma miejsca. Mówię, to oczywiście z przekąsem, ale taki jest sposób myślenia eurokratów, którzy nie wyciągają wniosków ze swoich poprzedników ideowych – myślę tutaj o rewolucjonistach francuskich i słynnym powiedzeniu, które zostało też przetransponowane na polski grunt, że „rewolucja pożera własne dzieci”. I podobnie będzie z tymi mechanizmami. To znaczy lewicowo-liberalne instrumenty, które stworzono, instrumenty, które mają kneblować i ingerować w życie polityczne suwerennych państw i narodów w ramach Unii Europejskiej, które dzisiaj są nie w smak elitom brukselskim, za chwileczkę te właśnie instrumenty mogą się obrócić przeciwko nim.
Czy kwestia polskiego i węgierskiego weta do unijnego budżetu może być przyczynkiem do szerszej dyskusji na temat przyszłości Unii Europejskiej? Czy Europa coraz bardziej skręcająca na lewo w ogóle dojrzała do głębszej refleksji?
– W tej chwili w Europie ścierają się trzy wizje Europy: Europa wierchuszki brukselskiej, która ma ochotę tworzyć supernowoczesne państwo na gruzach dotychczasowej cywilizacji europejskiej, stworzyć nowego Europejczyka, który nie ma nic z tożsamości swoich ojców i dziadów, stworzyć Europę, która będzie jednym państwem, z jedną kulturą, z jednym systemem prawnym, z jednym systemem walutowym oraz z jednym językiem. I to jest wizja najbardziej utopijna, skrajna, postulowana przez aparat brukselsko-strasburski.
Mamy też wizję francusko-niemiecką, która zakłada Europę metropolitalną i Europę postkolonialną, czyli to wszystko, co jest niejako na obrzeżach na wschód i południe od Niemiec. I to ma być strefa ekspansji gospodarczej, rezerwuar taniej siły roboczej, strefa do zrzutu swoich towarów i usług, strefa umiarkowanego dobrobytu, ludzi średnio wykształconych, służących za tanią siłę roboczą. I temu ma służyć właśnie postulat warunkowania środków budżetowych od mechanizmu praworządności.
Jest też i trzecia wizja, która najczęściej przyświeca poszczególnym państwom członkowskim. Polega ona na tym, że bierzemy tyle pieniędzy, ile się da, i słuchamy mędrków z Brukseli, ile można. W tej chwili doszliśmy do tej granicy, gdzie interes finansowy został przeciwstawiony konkretnej wizji politycznej Unii Europejskiej, i to może się wielu suwerennym państwom oraz ich rządom nie podobać. Chodzi o to, że ten forsowany mechanizm jest swoistym precedensem i za chwilę zamiast mechanizmu praworządności może się pojawić kwestia marksizmu kulturowego czy chociażby kwestia podważenia prawa własności w poszczególnych państwach członkowskich. Nie można tego wykluczyć, bo co stoi na przeszkodzie, żeby jakiś marksista czy neomarksista wymyślił jakąś kolejną horrendalną bzdurę w stylu: wybijmy wszystkie wróble w Europie, bo wyjadają ziarno. Świat zna przecież takie przykłady, kiedy marksiści próbowali zmienić prawa Boskie, więc dlaczego nie mieliby mieszać przy ziemskich…