• Sobota, 23 stycznia 2021

    imieniny: Rajmunda, Ildefonsa

Drugie życie i przełamanie

Poniedziałek, 23 listopada 2020 (16:59)

Czy po pierwszych konkursach nowego sezonu Pucharu Świata w skokach narciarskich możemy być spokojni o formę reprezentantów Polski? Raczej tak, choć nie wszyscy wyjechali z Wisły w najlepszych humorach.

Paradoks? Być może w najlepszym nastroju był ten, który w zmaganiach drużynowych nie wystąpił, a w indywidualnych zajął 19. miejsce. Powie ktoś: jak to przecież byli lepsi? Tak byli, ale Andrzej Stękała – bo o nim mowa – w niedzielę zyskał drugie sportowe życie.

Kilka lat temu uchodził za spory talent, kogoś, kto może być jednym z czołowych naszych reprezentantów. Występował w Pucharze Świata, skakał w drużynie, aż kadrę objął Stefan Horngacher i wszystko się zmieniło. Zawodnik z Austriakiem nie potrafił się bowiem porozumieć, a koniec końców został wyrzucony z centralnego szkolenia. Musiał szukać pracy i znalazł w jednej z zakopiańskich karczm. Tam zresztą pracuje do dziś, ale skoków nie rzucił, choć przez pewien czas taki krok rozważał.

W Wiśle wrócił. Znów zdobył pucharowe punkty, znów skakał daleko. Niedzielne 19. miejsce było dla niego niczym medal mistrzostw świata. A czy okaże się wstępem do czegoś trwałego, zobaczymy już wkrótce.

Drugim zwycięzcą pierwszego w sezonie weekendu był Klemens Murańka. Wielki talent polskich skoków, swego czasu okrzyknięty drugim Adamem Małyszem. Chłopak, który wydawał się mieć wszystko, by sięgać chmur, ale tych chmur nie dotknął. Głównie z powodu choroby oczu, przez lata bagatelizowanej i ukrywanej. Klimek długo nikomu nic nie mówił pewnie ze strachu, niepokoju, młodzieńczej głupoty – ale wszystko widział jak przez gęstą mgłę. Stojąc na rozbiegu, ryzykował zdrowiem, ryzykował życiem, bo jak później tłumaczył, nie dostrzegał nawet trenera machającego chorągiewką. Mimo to skakał. Słabo, coraz słabiej. Wreszcie podjął męską decyzję. Przeszedł operację, mógł na nowo realizować swoją pasję, jednak bez oczekiwanych wyników. Już wydawało się, że pozostanie zmarnowanym talentem, gdy tego lata odzyskał radość z uprawiania sportu i formę. W sobotę był mocnym punktem drużyny, która w pierwszym konkursie zajęła trzecie miejsce. W niedzielę byłby wysoko, gdyby w drugiej serii nie natrafił na koszmarne warunki. Nic w nich nie mógł zrobić, ostatecznie uplasował się na 22. pozycji, ale z całego weekendu mógł być zadowolony.

Podobnie jak Piotr Żyła, najlepszy z naszych reprezentantów w zmaganiach indywidualnych, solidny w drużynowych.

A co z Kamilem Stochem i Dawidek Kubackim? Stoch porwał w kwalifikacjach, ale potem nabawił się migreny, która skutecznie uniemożliwiła mu walkę o najwyższe cele. W drużynie skakał przyzwoicie, ale w jego wypadku przyzwoicie znaczy słabiej niż zwykle, w niedzielę pogubił się w drugiej serii, popełniając serię fatalnych błędów. Dwudziesta siódma lokata była rozczarowaniem, ale po wszystkim nie szukał na siłę usprawiedliwień. Przyznał się wprost do błędów, ale i świadomości, że piątkowe kwalifikacje potwierdziły, że wciąż może bardzo dużo. Może.

Kubacki w sobotę skakał bardzo dobrze, a w niedzielę mógł w ogóle nie pojawić się na rozbiegu. Podczas porannego rozruchu poczuł ból w plecach, spędził trzy godziny u fizjoterapeuty, okazało się, że zwichnął staw żebrowo-kręgowy. Sytuacja była podbramkowa, na szczęście zawodnika udało się postawić na nogi. W konkursie wystąpił i nawet skakał dobrze – tyle że nie miał szczęścia do warunków. W drugiej serii natrafił na tak złe, że niewiele mógł zrobić, a i tak to, co zrobił, choć na pierwszy rzut oka odbiegało od rywali, było godne podziwu. Po wszystkim był lekko zawiedziony jak pewnie każdy na jego miejscu. W zawodach zajął 11. miejsce.

W kolejnych, w fińskiej Ruce, wystąpi szóstka Biało-Czerwonych – Stoch, Kubacki, Żyła, Murańka, Stękała i Paweł Wąsek. Powołanie tego ostatniego nieco zaskoczyło, bo akurat w niedzielę był najsłabszy spośród naszych reprezentantów. Zajął 48. miejsce. Trener Michal Dolezal uznał jednak, że warto mu się z bliska przyjrzeć ponownie.

Piotr Skrobisz