Nie damy się sprzedać za garść srebrników
Wtorek, 17 listopada 2020 (20:50)Ze Stanisławem Ożogiem, senatorem Prawa i Sprawiedliwości, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Ambasadorzy Polski i Węgier wyrazili sprzeciw wobec wiązania unijnych funduszy z tzw. praworządnością. Czy w tej sytuacji weto jest przesądzone?
Zaczekajmy jeszcze do czwartku, kiedy dojdzie do telekonferencji szefów rządów państw Unii Europejskiej. Natomiast nie ulega wątpliwości, że postawa Niemiec i jej dążenia muszą budzić duży niepokój. Jeśli ktoś miał choć odrobinę wiary w lojalność niemiecką, to dziś chyba pozbył się wszelkich złudzeń. Odkąd Niemcy przejęli prezydencję w Unii Europejskiej, dokonali zmiany i usiłują powiązać wypłatę funduszy europejskich z tzw. praworządnością. To nic innego, jak łamanie solidarności europejskiej. Jako europoseł poprzedniej kadencji europarlamentu miałem okazję obserwować z bliska to, co się dzieje w Brukseli, wszystkie debaty, także te o Polsce, czy raczej przeciwko Polsce. Teraz z perspektywy Senatu też śledzę to, co się dzieje w Europie, i zastanawiam się, o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi?
Na pewno nie o praworządność.
Jeśli chodzi o przestrzeganie tzw. praworządności, to należałoby przede wszystkim poszukać tego pojęcia w traktatach unijnych, w których nie ma o tym mowy. Natomiast jeśli chodzi o traktaty, to kto jak kto, ale Polska przestrzega zawartych tam zapisów, czego niestety nie można powiedzieć o niektórych państwach, a także urzędnikach brukselskich. Mechanizm warunkowości, który się tworzy jako narzędzie presji, miałby być swoistym biczem na niepokorne państwa, które przestrzegają systemu tradycyjnych wartości. Chrześcijaństwo, tradycyjne wartości stały u podstaw tworzenia Unii Europejskiej, a teraz ten system próbuje się zastąpić rewolucją obyczajową. Unijni decydenci powinni sobie zdać sprawę z tego, że jeśli chodzi o tradycyjne wartości, jeśli chodzi o tożsamość narodową, to ceny, za którą można sprzedać swoją suwerenność, wolność, nie ma. Kto jak kto, ale my, Polacy, wiemy najlepiej, ile kosztuje wolność, ile kosztuje niepodległość. I nikt, a zwłaszcza Niemcy, nie będą nas uczyć, czym jest wolność.
Dzisiaj w Wilnie prezydent Duda, odnosząc się do dyskusji związanej z nowym unijnym budżetem i powiązaniem go z tzw. praworządnością, powiedział jasno, że jako Polska nie zgadzamy się na dyktaty, na wprowadzanie rozwiązań pozatraktatowych.
Rzeczywiście, mamy do czynienia z próbą narzucenia nam rozwiązań pozatraktatowych, i to musi budzić niepokój. Warto się zastanowić, do czego zmierza Unia Europejska – teraz, pod prezydencją Niemiec. Niemcy w historii wielokrotnie próbowali „jednoczyć” Europę i strach bierze, jeśli Berlin bierze się za coś takiego. Unia Europejska w zamyśle ojców założycieli miała być wspólnotą narodów o różnej tożsamości, miała to być wspólnota niepodległych, suwerennych państw, a nie superpaństwo i nowy Związek Sowiecki. Natomiast dzisiaj w Unii Europejskiej dzieją się dziwne rzeczy. I to musi budzić obawy. Prezydent Andrzej Duda to dostrzega. Nie ma żadnego aktu, żadnej podstawy prawnej, w oparciu o które miałyby być dokonywane oceny, czy dany kraj przestrzega bądź nie praworządności. Sytuacja jest napięta i grozi to tym, że wieloletnie ramy finansowe, że budżet unijny na lata 2021-2027 może nie być przyjęty, a co za tym idzie – przyszłoroczny budżet może się opierać na prowizorium budżetowym. Gdyby na horyzoncie rysował się choćby zalążek współpracy, to nawet w tej sytuacji można by liczyć, że agendy Unii Europejskiej będą normalnie funkcjonować i że podczas kolejnej prezydencji konsensus zostanie wypracowany, ale tak może nie być. Na razie na Unii Europejskiej najbardziej zarabiają Niemcy. Jeśli chodzi o Polskę, to oficjalnie mówi, że z każdego ero ponad 80 eurocentów wraca do Niemiec, a zatem weryfikacja tego, co się dzieje, jest potrzebna. Ponadto w Unii, w obliczu pandemii koronawirusa, brakuje jedności, a mowa o wspólnocie to tylko puste słowa.
Niemcy robią wszystko, żeby osiągnąć sukces w czasie swojej prezydencji. Z jednej strony Heiko Maas, szef niemieckiego MSZ, ma nadzieję na porozumienie, ale z drugiej Manfred Weber, przewodniczący europarlamentarnej frakcji Europejskiej Partii Ludowej, nie pozostawia złudzeń. Mówi wprost, że rezygnacja z mechanizmu powiązania wypłaty funduszy z praworządnością nie wchodzi w grę, że nie ma tu miejsca na kompromisy. Wygląda na to, że Berlin nie ustąpi. Jaki jest Pana komentarz w tej sprawie?
Politycy niemieccy zawsze słynęli z dosadnych, wręcz niebezpiecznych określeń czy wypowiedzi. Manfred Weber do tego chóru polityków – takich jak chociażby Martin Schulz – z pewnością należy. Można by też sięgnąć po wypowiedź obecnej szefowej Komisji Europejskiej – także Niemki – Ursuli von der Leyen, z czasów, kiedy piastowała funkcję ministra obrony Niemiec, kiedy też wypowiadała się niedwuznacznie na temat Polski, mówiąc o wspieraniu demokratycznych ruchów młodzieży (ruchów oporu) myślącej inaczej niż rząd. Wprawdzie były tłumaczenia, że słowa Ursuli von der Leyen zostały wyrwane z kontekstu, ale niesmak pozostał. Jeśli zaś chodzi o Webera, to znam tego polityka i wiem, że najczęściej jest on wyrazicielem stanowiska politycznego opcji, którą reprezentuje. Tym bardziej jego wypowiedź jest według mnie niebezpieczna, bo wyraża on – jak się wydaje – nie tylko opinię Niemiec, ale mówi w imieniu największej siły politycznej w Parlamencie Europejskim, czyli socjalistów i Europejskiej Partii Ludowej. To pokazuje, jakie są tendencje.
Czemu ma służyć powiązanie funduszy europejskich z praworządnością?
Obawiam się, że ma być to pręgierz, swojego rodzaju bicz na kraje niepokorne, które ośmielą się mieć swoje zdanie. Za tym pójdzie ograniczenie dostępności do funduszy europejskich, przez co będzie się próbowało wywierać nacisk, dajmy na to, na krnąbrnych Polaków bądź też Węgrów. Warto też zwrócić uwagę, że państwa zachodniej Europy mają dziś potężne problemy gospodarcze, prognozy są bardzo niekorzystne i chodzi też o zatamowanie możliwości korzystania ze środków finansowych. Jeśli zaś chodzi o Węgry, to warto wspomnieć, że partia Fidesz jest w Parlamencie Europejskim członkiem Europejskiej Partii Ludowej i jestem przekonany, że jeśli weto dojdzie do skutku, to albo zostaną wyrzuceni z szeregów EPL-u, albo też premier Viktor Orbán wcześniej sam zareaguje i opuści tę formację. Mechanizm warunkowości ma być też próbą wpływania na kształt sceny politycznej w poszczególnych krajach i doprowadzenia do sytuacji, kiedy – w dobie kryzysu – poprzez naciski finansowe i cięcia w budżetach unijnych ludzie, widząc, że polityka danego rządu jest niekorzystna, że dane państwo traci środki unijne, będą się odwracali i wybierali zgodnie z wolą Brukseli. Taki jest zamysł. Jest to zatem działanie obliczone na wywołanie protestów społecznych i fermentu w danym kraju. Politycy Koalicji Obywatelskiej, którzy nie potrafią przekonać Polaków do poparcia dla swojej formacji, już zacierają ręce, licząc, że uda się im powrócić do władzy.
Jakie mogą być konsekwencje naszego weta?
Prowizorium budżetowe na przyszły rok. Na poziomie Europy dalej awantura i pokazywanie, wytykanie dwóch złych narodów – polskiego i węgierskiego oraz podejmowanie działań, które mają wpłynąć na sytuację wewnętrzną w danym kraju.
A jeśli ustąpimy?
To wtedy za każdym razem Berlin i Bruksela będą nam grozić cięciem środków, wchodzić na głowę i wymuszać zgodę na polityczny dyktat, także ideologiczny, za tym może pójść wymuszanie przyjęcia polityki migracyjnej w rozumieniu Berlina. W tej sytuacji Polacy sami muszą sobie odpowiedzieć na pytanie: czy jest jakakolwiek cena wolności, tożsamości narodowej? Nasi przodkowie na przestrzeni wieków walczyli o wolność, niepodległość Polski, w której dzisiaj żyjemy. I tę wolność próbuje się nam dzisiaj odebrać. Pamiętając o ofiarach naszych przodków, o ich dążeniach niepodległościowych, nie możemy się na to zgodzić. Nie możemy, mówiąc wprost, łamać prawa, tylko dlatego, że tak się Niemcom podoba. To, co się mam próbuje dzisiaj narzucić, to nic innego jak łamanie unijnego prawa, łamanie traktatów.
Jaka jest przyszłość Unii Europejskiej, która robi wszystko pod dyktando Berlina? Czy w sytuacji łamania traktatów polexit jest jedną z opcji?
Polacy w referendum zdecydowali, do jakiej Unii Europejskiej chcą przystąpić. Nie było tam mowy o ideologicznym projekcie, o dyktacie. I to Polacy powinni zdecydować, co dalej w sytuacji, kiedy tamtej Unii, do której przystępowaliśmy, już nie ma. Wolność, niepodległość, tożsamość mają ogromną cenę i jako Naród nie możemy się sprzedawać za garść srebrników.
A może ktoś celowo robi wszystko, żeby nas wypchnąć z szeregów Unii Europejskiej?
Tego wariantu też nie można wykluczyć. Przypomnę tylko, że wchodząc do Unii Europejskiej, otwarliśmy dla Wspólnoty wszystko – rynek – i uczyniliśmy to pierwsi, zanim Europa otwarła się na nas. Unia Europejska, a zwłaszcza Niemcy, mają z naszego członkostwa ogromne korzyści, jesteśmy bowiem ogromnym rynkiem zbytu. Tym bardziej trudno zrozumieć działania polityczne, gdzie nie widać zdrowego rozsądku, czy nawet gospodarczych kalkulacji. Przypomnę, że wspólną walutę euro wymyślili nie ekonomiści, ale politycy. I nawet Niemców zmuszono do rezygnacji z marki i przyjęcia euro, co było ceną za zjednoczenie Niemiec. Podobnie dzisiaj w Unii działają siły, które być może wykalkulowały, że Polska, czy w ogóle Europa Środkowa, nie jest już potrzebna Unii Europejskiej… Warto zauważyć, że na przestrzeni ostatnich kilku lat w Unii pojawiają się różne pomysły dotyczące scentralizowanej Europy, a jednym z pierwszych propagatorów tego projektu, inicjatorem spotkań, które odbywały się we Francji z udziałem Włoch, Niemiec, Austrii, krajów Beneluksu i oczywiście Francji, był – na szczęście były już – prezydent François Hollande. Pozostaje mieć nadzieję, że wszystkie plany, które de facto rozbijają Unię Europejską, się nie spełnią, że wśród lansujących tego typu pomysły nastąpi otrzeźwienie, refleksja.
Dziękuję za rozmowę.
Mariusz Kamieniecki