• Czwartek, 21 maja 2026

    imieniny: Kryspina, Wiktora, Jana

Na barbarzyński dyktat nie możemy się zgodzić

Poniedziałek, 16 listopada 2020 (18:18)

Z dr. Tomaszem Rzymkowskim, posłem PiS, wiceprzewodniczącym sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Czy to jest ten moment, kiedy Polska może, powinna zgłosić weto do wieloletniego budżetu unijnego, tym samym nie zgadzając się na polityczny dyktat Berlina i Brukseli?

– Negocjacje cały czas trwają. Uważam, że w tym momencie podejmowanie jakichkolwiek decyzji jest przeciwskuteczne. Proszę zwrócić uwagę, że realizacja takiego scenariusza dla Niemców będzie niewątpliwie wielką klęską, dlatego będą robić wszystko, aby jednak doprowadzić do kompromisu w sprawie budżetu Unii Europejskiej na lata 2021-2027.

Tylko czy Niemcy muszą zawsze wygrywać, mieć ostatnie słowo?

– W Unii Europejskiej są państwa o wiele bardziej agresywnie nastawione w stosunku do Polski aniżeli Niemcy. My mamy czas do momentu unijnego szczytu, kiedy zapadnie decyzja o ostatecznym kształcie budżetu i innych mechanizmów finansowych, stworzonych w oparciu o budżet Unii Europejskiej, w których już partycypujemy. Jest to bowiem nie tylko kwestia naszej składki, wpływów z tytułu ceł na polskich granicach wschodniej i północnej – polskiego obszaru morskiego, ale to jest również zobowiązanie solidarne, które powzięliśmy w związku z mechanizmami finansowymi, gdzie Unia Europejska jednak się zadłuża celem wsparcia finansowego wspólnej gospodarki. I w tej chwili byłoby dla nas niezwykle niekorzystne, gdybyśmy partycypowali we wszelkiej maści zobowiązaniach – zarówno wewnętrznych, jak i zewnętrznych, a jednocześnie środki finansowe, które są w tym budżecie rekordowe dla Polski, byłyby uzależnione od widzimisię urzędników z Brukseli. Ponadto propozycje, jakie się pojawiły w ubiegłym tygodniu, żeby w zamian za te pieniądze jeszcze narzucić Polsce i innym krajom agendę neomarksizmu stosowanego, który miałby być implementowany do polskiego i nie tylko polskiego systemu prawnego, są nie do zaakceptowania.

Premier Morawiecki wystosował list do najważniejszych osób w Unii Europejskiej. Jaki może być odzew?

– W tej chwili trwają negocjacje. List do trzech najważniejszych osób w Unii Europejskiej – do kanclerz Angeli Merkel, która jest szefem rządu niemieckiego aktualnie sprawującego prezydencję w ramach Unii Europejskiej, do przewodniczącego Rady Europejskiej Charles’a Michela i przewodniczącej Komisji Europejskiej, Ursuli von der Leyen, z polskim stanowiskiem w tej sprawie, wystosowany w ubiegłym tygodniu przez premiera Morawieckiego jest teraz – jak sądzę – analizowany. Stanowisko Polski jest jasne, jeśli nasze postulaty nie zostaną zrealizowane, to Polska będzie miała prawo nie tylko wynikające z traktatów, ale również prawo moralne do tego, aby unijny budżet zawetować. Wydaje się jednak, że nie będziemy jedynym państwem, które taką decyzję podejmie.        

Polskę wspierają Węgry, które też zapowiadają weto. Na ile ten sojusz polsko-węgierski jest mocny i na ile możemy liczyć, że w ostatecznej rozgrywce nie zostaniemy sami?

– Te same instrumenty, które są proponowane przez Niemcy, mogą również uderzyć w Węgry, tym bardziej że to Budapeszt przez lata był głównym chłopcem do bicia w związku z tzw. praworządnością, czyli kwestiami dotyczącymi reform podejmowanych przez premiera Viktora Orbána, ze zmianami prawnymi, jakie były tam wprowadzane w interesie narodu węgierskiego. Teraz do tego całego wachlarza dochodzi jeszcze agenda neomarksistowska i tutaj jest bardzo zdecydowana reakcja ze strony Węgier, tzn. mamy nowelizację węgierskiej Konstytucji, wprowadzającej na wzór Konstytucji RP instytucję małżeństwa jako związku kobiety i mężczyzny. Jest też kwestia wprowadzenia do ustaw węgierskich – zajmujących się prawem rodzinnym i opiekuńczym – monopolu na kwestię przysposobienia dzieci przez małżeństwa heteroseksualne, a nie związki jednopłciowe.        

Sprawa rozbija się o mechanizm warunkowości uzależniający przyznanie środków unijnych od tzw. praworządności. Czym byłaby polska zgoda na ów de facto represyjny mechanizm?

– Przede wszystkim na taki barbarzyński dyktat, jaki próbuje się narzucić, absolutnie nie można przystać. Nie można się zgodzić na warunki, kiedy tworzy się bardzo niejasne mechanizmy, które nie są w żaden sposób przeliczalne, mierzalne, jak osławiona praworządność, gdzie ten czy ów urzędnik brukselski, który lubi bądź nie lubi jakiegoś państwa, może tego instrumentu użyć przeciwko danemu państwu. Uważam, że część państw członkowskich, która albo zachowuje milczenie w tej kwestii, albo nie okazuje emocji, ma świadomość, że ten kij ma dwa końce. Są świadomi, że dzisiaj presja może dotknąć Polskę i Węgry, a jutro może dotknąć również inne kraje. Nie ulega wątpliwości, że mechanizm warunkowości to przycisk, który jest w stanie wyłączyć finansowanie danego państwa członkowskiego, co spowoduje, że choć dane państwo partycypuje w kosztach, to może nie mieć z tego tytułu żadnych profitów. W sytuacji takich państw jak Polska, gdzie przez lata – niezależnie od tego, kto rządził, oprócz elementu bezpieczeństwa, a gospodarka jest takim elementem bezpieczeństwa państwa – pieniądze płynące z Unii Europejskiej w ramach różnych projektów zasilały naszą gospodarkę i polskich obywateli różnej maści programami. Był to zatem jeden z dwóch fundamentalnych elementów polskiego członkostwa w Unii Europejskiej, ważny z punktu widzenia naszego interesu narodowego. I jeśli teraz jeden z tych filarów odpadnie albo z filaru podtrzymującego zamieni się w tykającą bombę, to może to być poważny problem.

Jak poważny?

– Bardzo poważny. Jeśli Polska będzie płacić, będziemy swoją przestrzeń gospodarczą otwierać na ekspansję innych państw, to musimy sobie odpowiedzieć, czy chcemy z równorzędnego, a przynajmniej w miarę równorzędnego partnera zamienić się w państwo kolonialne? Czy mamy być kolonią w środku Europy, terenem ekspansji, rezerwuarem taniej siły roboczej, i czy chcemy być kołem zamachowym dla wzrostu gospodarczego innych państw nie patrząc w ogóle na swoje interesy i swoją przyszłość? Dlatego myślę, że teraz jest jeden z najważniejszych okresów naszego członkostwa w Unii Europejskiej. Dyskusja na temat kształtu budżetu unijnego – nie w sferze finansowej, tylko w sferze wszystkich obostrzeń mechanizmów, wszystkich niejasności i próby wytworzenia kompetencji, których traktaty nie przewidywały, jest to czas, który można porównać wyłącznie do kwestii naszej akcesji czy też traktatu lizbońskiego. Mamy do czynienia z rubikonem i jeśli go przekroczymy, to Polska stanie się państwem trzeciej kategorii w ramach Unii Europejskiej. Tym samym rozpocznie się proces federalizacji czy wręcz nawet centralizacji Unii Europejskiej.           

Widać, że Berlin i Bruksela są zdeterminowane, aby dążyć do tego celu. Co w tej sytuacji możemy zrobić sami i czy w ogóle pasujemy do tej nowej ideologicznej formuły, tego układu, który zarysowuje się coraz wyraźniej?

– Rzeczywiście sojuszników w tej materii nam ubywa. Natomiast nie byłbym tutaj aż tak wielkim pesymistą. Patrząc na dzieje XX wieku, zauważymy, że fale marksizmu, które ustawicznie wybuchały, miały – jak to z falą bywa – swój początek, kulminację, ale też swój koniec. Ważne jest, żebyśmy tę falę, która się teraz pojawiła, przeżyli, żebyśmy się stali bastionem, państwem, które nie ulega tęczowej zarazie. I to jest w moim odczuciu nasze zadanie – musimy być punktem odniesienia dla wielu narodów europejskich. Podobna sytuacja – nawet gorsza – ma miejsce w krajach tzw. starej Unii, i jeśli chodzi o społeczeństwa Francji, Hiszpanii, Niemiec, Włoch, to tam są dostrzegalne te absurdy. Widać to także po nastrojach społecznych i politycznych w tych państwach. W reakcji na zakusy i absurdalne decyzje Brukseli wobec rządów poszczególnych państw powstają zupełnie nowe środowiska polityczne. Tak czy inaczej myślę, że sytuacja nie jest tragiczna – wręcz przeciwnie, uważam, że na tej rewolucyjnej fali może się zrodzić nowa fala, fala sprzeciwu wobec dyktatury poprawności politycznej i marksizmu, którego pochód mamy w tej chwili.

Czy przed Unią Europejską jest przyszłość?     

– Oczywiście, że jest. Wszystko jednak zależy od tego, w którą stronę Unia będzie podążać. Czy będzie kroczyć w stronę bizantyjskiego, superrozwiniętego molocha, który chce być omnipotentny w każdej sprawie i chce przekroczyć ramy traktatowe, które tworzyły Unię Europejską. Wówczas – moim zdaniem – reakcja państw członkowskich będzie dosyć zdecydowana i wtedy grozi rozpad i upadek Unii, albo też nastąpi zatrzymanie tego procesu, dokonana zostanie pewna korekta dotychczasowych traktatów, zwiększenie mechanizmów demokratycznych w ramach samej Unii i większe upodmiotowienie państw członkowskich względem elit brukselskich. Czy tak się stanie, czy w tym kierunku to pójdzie, to jest pytanie, na które eurokraci muszą sobie odpowiedzieć. Czy chcą – mówiąc językiem obrazowym – wykonać zwrot ku górze lodowej i się rozbić, czy też wypłynąć na otwarte morze i próbować funkcjonować w zgodzie z narodami i państwami, które tworzą Unię Europejską?

Polska jest krytykiem polityki lansowanej przez Berlin i Brukselę. Opozycja totalna twierdzi, że to rząd Zjednoczonej Prawicy chce wyprowadzić Polskę z Unii, ale czy nie jest tak, że to właśnie unijnym lokomotywom zależy, żeby się pozbyć krytyka – Polski?    

– Uważam, że teza ta jest przesadzona, że nikomu tak naprawdę nie zależy na wypchnięciu Polski z szeregów Unii Europejskiej – ani czynnikom wewnętrznym w Polsce, ani czynnikom zewnętrznym w innych państwach członkowskich. Moim zdaniem jest jeden przeciwnik, to znaczy te państwa Unii czy te elity polityczne, które uważają, że rolą Polski w ramach Unii Europejskiej jest bycie rezerwuarem taniej siły roboczej, obszarem ekspansji gospodarczej, gdzie można upłynniać swoje towary lub produkować śrubki i nakrętki, ewentualne skręcać gotowe podzespoły wyprodukowane w innych państwach członkowskich. I tu formacje opozycyjne w Polsce są tylko emisariuszami tej wizji, zgodnie z którą Polacy mają być po prostu robotnikami, i to wykształconymi, którzy mają kupować towary wyprodukowane na Zachodzie i cieszyć się z tego powodu, że mają chlebek i masełko. Tylko że to są ludzie, którzy nie mają żadnych większych ambicji i dla nich to, czy państwo polskie jest, czy go nie ma, nie stanowi najmniejszej różnicy. Ważne jest tylko, żeby u nich bilans przychodów i wydatków na rachunku bankowym w zachodnim banku się zgadzał.

              Dziękuję za rozmowę.   

 

Mariusz Kamieniecki