Pod dyktando Brukseli i Berlina
Niedziela, 15 listopada 2020 (20:40)Z dr. Krzysztofem Kawęckim, politologiem, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Unijny budżet rodzi się w bólach, trwa walka o unijną kasę z dyktatem i próbą powiązania funduszy z tzw. praworządnością w tle. Premier Mateusz Morawiecki grozi wetem i kieruje list do przywódców państw Unii. Jaki może być efekt tych działań?
– Sprawa jest bardzo skomplikowana. Została skomplikowana pod względem rozwiązań prawnych przez przywódców unijnych, i to w sposób świadomy. Specjaliści z zakresu prawa unijnego mogliby się tutaj wypowiadać, ale – moim zdaniem – sprawa wcale nie jest jednoznaczna. Sprawa ewentualnego weta też absolutnie całościowo nie rozwiązuje problemu.
Co konkretnie ma Pan na myśli?
– Przede wszystkim trzeba by powrócić do konkluzji szczytu budżetowego Rady Europejskiej z 21 lipca tego roku. Znajdują się tam zapisy bardzo niejednoznaczne, które w sensie politycznym – na użytek opinii publicznej –różnie można interpretować. Proszę zauważyć, że po zakończeniu tego szczytu z jednej strony premier Mateusz Morawiecki i premier Węgier Viktor Orbán ogłosili triumf, mówiąc, że znaczenie zasady powiązania przyznania unijnych pieniędzy z tzw. praworządnością zostały zahamowane. Jednak z drugiej strony mieliśmy ogłoszenie triumfu przez przywódców unijnych na czele z szefową Komisji Europejskiej Ursulą von der Leyen, którzy uznali ten moment za historyczny i zwycięstwo – jak oni to nazywają – solidarności unijnej. Zatem jedna i druga strona, tzn. premierzy Polski i Węgier, ogłasza sukces, ale to samo czynią unijni decydenci.
Dlaczego zapisy konkluzji Rady Europejskiej z lipca tego roku są niejednoznaczne?
– Spróbuję to wyjaśnić, analizując kilka zapisów konkluzji tego szczytu. Otóż jest tam punkt 22, który mówi, że Rada Europejska – a więc przywódcy 27 państw członkowskich – podkreśla znaczenie ochrony interesów finansowych Unii Europejskiej oraz że Rada Europejska podkreśla znaczenie praworządności. Zatem nastąpiło co prawda miękkie, absolutnie w sensie prawnym nieprzesądzające, ale jednak otwarcie furtki – pewna próba powiązania unijnego budżetu z tzw. praworządnością, notabene niezdefiniowaną. Ale to nie wszystko – mianowicie kolejny 23 punkt mówi, że na tej podstawie zostanie wprowadzony system warunkowości. I to jest – moim zdaniem – sprawa kluczowa, jak ten system warunkowości będzie wyglądał.
Ponadto w 23 punkcie konkluzji szczytu unijnego jest zapisane, że Komisja Europejska zaproponuje środki w przypadku naruszeń tej zasady, które mają być przyjmowane przez Radę większością kwalifikowaną. Co ciekawe, bardzo niejasne jest tutaj sformułowanie Rady, czyli ten zapis niekoniecznie musi się odnosić do Rady Europejskiej, bo mowa jest tylko o Radzie. Warto zwrócić uwagę, że w powszechnym odbiorze unijnym za radę uznaje się Radę Unii Europejskiej, a więc ministrów wszystkich państw członkowskich, czyli główny organ prawodawczy Unii Europejskiej.
Natomiast kolejny zapis mówi, że Rada Europejska szybko powróci do tej kwestii powiązania funduszy europejskich z tzw. praworządnością, a więc kwestia ta ma być dalej omawiana. Jestem przekonany, że interpretacja polityków unijnych będzie szła w tym kierunku, że to nie Rada Europejska, gdzie musi być jednomyślność, ostatecznie zdecyduje, tylko Rada Unii Europejskiej, czyli ministrowie wszystkich krajów, i to większością kwalifikowaną.
Czym jest mechanizm warunkowości, jaki się tu pojawia, i jak należałoby go interpretować?
– Wspomniany już budżetowy szczyt unijny z lipca tego roku mówi o tym, że decyzje o przyznawaniu środków finansowych mają być podejmowane większością, niestety, kwalifikowaną. Taka była propozycja. Proszę zauważyć, że nie jest ona zapisana, ale dyskusje w tym kierunku zmierzały do tego, żeby do podjęcia decyzji niezbędne było uzyskanie większości głosów państw członkowskich (czyli 55 procent), reprezentujących większość ludności Unii Europejskiej, 15 państw, które reprezentują co najmniej 60 procent ludności.
Zapowiedziana przez premierów Morawieckiego i Orbána kwestia weta jest oczywiście konieczna i jak najbardziej słuszna. Mam nadzieję, że jeszcze inne kraje to weto wystosują, jeśli chodzi o powiązanie tzw. praworządności z finansami, bo ten mechanizm warunkowości może uderzyć także w inne państwa, szczególnie Europy Środkowej.
Weto rozwiązuje sprawę?
– Mówi się, że w przypadku weta sytuacja będzie jasna, że weto oznaczać będzie prowizorium budżetowe i nikt na tym nie straci, a wprost przeciwnie. Moim zdaniem niekoniecznie. Sądzę, że interpretacja ze strony decydentów unijnych będzie zupełnie inna, że konkluzje podjęte w lipcu tego roku, w czasie unijnego szczytu, zostaną zinterpretowane zupełnie inaczej. Zresztą niektórzy zwracali uwagę, że świętowanie sukcesu jest przedwczesne, że trzeba skończyć z lansowaną przez nasz rząd, przez naszą dyplomację polityką propagandy sukcesu i przedstawiać rzeczywistość taką, jaka ona jest.
Mam wrażenie, że po lipcowym szczycie Unii Europejskiej premier Morawiecki chciał opinii publicznej przedstawić ustalenia szczytu jako sukces, również że Polska jest największym beneficjentem, jeśli chodzi o unijny budżet, że mechanizm łączenia tzw. praworządności z finansowaniem udało się zablokować, co, niestety, nie jest prawdą. Używając języka sportowego, można powiedzieć, że rywalizacja na szczycie unijnym w lipcu 2020 roku skończyła się remisem ze wskazaniem, ale, niestety, ze wskazaniem na stronę unijną. A zatem sprawa jest przede wszystkim bardzo niejasna i weto, choć potrzebne, niekoniecznie musi tę sytuację rozwiązać na naszą korzyść.
Nie wiem zatem, jakie będą losy wieloletniego budżetu Unii Europejskiej na lata 2021-2027, ale cała ta sprawa pokazuje, że dla Unii kwestie ideologiczne, realizacja programów ideologicznych mają duże, wręcz priorytetowe znaczenie. Natomiast zawetowanie przez Polskę i Węgry budżetu będzie sprzeciwem wobec ofensywy ideologicznej, ideologii lgbt, także polityki migracyjnej, czy – jak w naszym przypadku – próby storpedowania reformy sądownictwa. Stawka jest zatem zasadnicza, ale mogą się pojawić – jak już wspomniałem – problemy interpretacyjne, a co za tym idzie, grozi nam chaos, ale kontrolowany przez polityków unijnych, którzy są na to gotowi, aby później realizować kolejny etap i zasadę powiązania praworządności z finansami wprowadzić jako formę podporządkowywania sobie niepokornych państw. Co do tego nie mam wątpliwości.
A zatem – Pana zdaniem – to Rada Unii Europejskiej może ostatecznie decydować o przyznawaniu unijnych funduszy, a nie Rada Europejska?
– Wydaje się, że właśnie w tym kierunku mogą zmierzać unijni decydenci, którzy w tym formacie mają wsparcie większości państw unijnych. Oczywiście byłoby to złamanie pewnych zasad, ale z drugiej strony w Unii zasady już są łamane. To, o czym w tej chwili rozmawiamy, to jest dyskusja, która wykracza poza ramy, poza ustalenia traktatowe, i to już jest porażka Unii. Gdybyśmy bowiem stali na gruncie traktatów, to nie byłoby żadnych problemów, nie byłoby szczytów unijnych związanych z tą tematyką, nie mielibyśmy prób wprowadzania tych wszystkich mechanizmów, bo po prostu wszyscy trzymaliby się gruntu rozwiązań traktatowych. Natomiast przywódcy Unii Europejskiej ciągle wychodzą poza te ramy. Teraz wprowadzili dyskusję i bardzo niejasną sytuację.
Jakiego scenariusza wydarzeń możemy się spodziewać?
– Wydaje mi się, że ze strony Polski i Węgier będzie weto, co wcale nie spowoduje, że unijny budżet zostanie odrzucony, bo uznane zostanie prowizorium budżetowe, a dyskusja będzie się toczyła dalej. Będziemy mieli kontynuację pozatraktatowego gadania, bo zgodnie z przytoczonym wcześniej zapisem, 23 punktem konkluzji unijnego szczytu z lipca tego roku, Rada Europejska szybko powróci do kwestii powiązania funduszy europejskich z tzw. praworządnością i będzie robiła wszystko, żeby ten mechanizm warunkowości stał się obowiązującą normą. Natomiast jedno jest pewne, że cała ta dyskusja wykracza poza ustalenia traktatowe, ale jak widać, Unia Europejska świadomie poszła w tym kierunku i chce, aby finalnie rolę parlamentów krajowych zupełnie ograniczyć. Stąd też świadomie wkroczyła na bardzo grząski grunt. Tak czy inaczej ustalenia unijnego szczytu z lipca 2020 roku będą się w przyszłości kłaść cieniem na kwestię przyznawania europejskich funduszy.
Wychodząc poza unijne traktaty, Berlin i działająca pod jego dyktando Bruksela nie mają świadomości, że w ten sposób grają na podziały i de facto rozbijają Unię Europejską?
– Myślę, że Berlin i Bruksela chcą przede wszystkim Unii ideologicznej, i to jest absolutnie nadrzędny cel. Inne kwestie są tu mniej ważne, są tylko pochodną. Oczywiście kwestie finansowe też nie są bez znaczenia, bo przecież kraje decydenckie też po nie sięgają. Korzystają – i to bardzo wyraźnie – zarówno w sposób gospodarczy, jak i finansowy z obecności Polski i krajów Europy Środkowej w Unii Europejskiej. Realizują przede wszystkim projekty ideologiczne, a kwestia tzw. praworządności to jest absolutnie sztandarowe hasło i z całą pewnością będą nadal podążać w tym kierunku.
Dlatego jestem, niestety, pesymistą i nie widzę w tej chwili jakiegoś skutecznego sposobu odwrócenia tego ideologicznego trendu Unii Europejskiej. Owszem, w tej chwili jesteśmy jeszcze na tym etapie, że można blokować pewne decyzję, być może także, jeśli chodzi o zasadę powiązania finansów unijnych z praworządnością, ale jest pytanie, na jak długo, w jakiej perspektywie i jak to będzie dalej wyglądało. Co więcej, cały czas mamy do czynienia z defensywą, z blokowaniem, a nie działaniami pozytywnymi.
Unia Europejska chyba rzeczywiście zmierza do rozpadu. To już nie jest wspólnota państw europejskich, nie jest to wspólnota, gdzie byłaby honorowana zasada solidarności. Sytuacja jest zatem trudna, ale w tej sytuacji weto zapowiadane przez premierów Polski i Węgier jest absolutnie konieczne. I oby do tego weta rzeczywiście doszło. Oczywiście nie znaczy to, że weto zakończy sprawę, że Berlin i Bruksela podwiną ogon i wycofają się z tego mechanizmu. Podejmując działania, trzeba mieć świadomość, że Unia Europejska jest kierowana przez Brukselę, Berlin i Paryż, że jest to w tej chwili całkowicie ideologiczny projekt, który nie ma nic wspólnego z zasadami cywilizacji chrześcijańskiej czy nawet szerzej rozumianej cywilizacji europejskiej.
Czy w tej sytuacji polexit leży na stole?
– Z całą pewnością są granice wytrzymałości. Najpierw mieliśmy do czynienia z wywieraniem presji – przez kilka lat – na Polskę i inne kraje. Teraz mamy do czynienia z kolejnym etapem.
Wypychania Polski z Unii Europejskiej?
– Bardzo możliwe. Tego też nie można wykluczyć, więc jeśli mówimy o polexicie, to nie ze strony Polski, bo takich planów nie ma – jeśli chodzi o zasadniczy nurt polskiej polityki, która chce reprezentować nasze interesy. Natomiast być może w tym właśnie należy upatrywać odpowiedzi, dlaczego tak się dzieje. Stawiamy sobie pytanie: dlaczego? Nawet jeśli mają być działania ideologiczne, które mają zmienić Polskę, odebrać państwu polskiemu kompetencje, tożsamość narodową, zakwestionować polską tożsamość chrześcijańską, to Berlin i Bruksela doskonale zdają sobie sprawę, że to jest proces nie do zrealizowania.
Może w planach – nie wszystkich, ale niektórych znaczących polityków unijnych Berlina czy Paryża – jest taki scenariusz, żeby Polskę po prostu wypchnąć z Unii Europejskiej, a przy okazji także inne kraje, jak np. Węgry, i wtedy dalej już bez przeszkód realizować ten nikczemny, utopijny, ideologiczny projekt. Takiego planu, scenariusza też nie można wykluczyć. A zatem należy się zastanowić, czy polityka Berlina i Brukseli jest powodowana tylko i wyłącznie ideologicznymi przesłankami, czy też rzeczywiście unijni decydenci mają na względzie inne, szersze, geopolityczne cele, które mają zneutralizować Polskę i wypchnąć nasz kraj z Unii Europejskiej.