• Czwartek, 21 maja 2026

    imieniny: Kryspina, Wiktora, Jana

Zwycięstwo Bidena pogłębi istniejące podziały

Niedziela, 8 listopada 2020 (14:55)

Z dr. Krzysztofem Kawęckim, politologiem, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Wciąż do końca nie wiadomo, kto będzie 46. prezydentem Stanów Zjednoczonych, Trump czy Biden. Jednak sytuacja prezydenta Trumpa staje się bardzo trudna.

W momencie, kiedy rozmawiamy, wciąż trwa liczenie głosów, ale wydaje się, że zdecydowanym faworytem jest Joe Biden. I można w tej chwili postawić tezę, że zwycięzcą wyborów prezydenckich będzie jednak kandydat Demokratów. Oczywiście to zwycięstwo nie będzie wielkie, spektakularne, bo różnice są naprawdę nieduże – podobnie zresztą jak to miało miejsce w poprzednich wyborach, kiedy niewielką większością głosów, a ściślej większością głosów elektorów Donald Trump pokonał Hillary Clinton. Tak czy inaczej podział w Stanach Zjednoczonych na zwolenników Republikanów i Demokratów jest widoczny przynajmniej od trzech kadencji, ale w tej chwili niewątpliwie się pogłębił.

Ton debaty publicznej w Stanach Zjednoczonych od jakiegoś czasu bardzo się zaostrza. Dlaczego?

Powodem zaostrzenia debaty i podziałów, które w tej chwili są bardzo głębokie, są przede wszystkim kwestie polityki wewnętrznej. Dotyczą one bardziej wartości, kwestii kulturowych, a nie kwestii polityki zagranicznej. Jeśli chodzi o politykę zagraniczną, to można powiedzieć, że jeśli jest jakiś spór, to dotyczy on bardziej rozłożenia akcentów i przebiega w gronie polityków obu formacji, w gronie ekspertów, mediów, dziennikarzy, a nie dotyka zwykłego Amerykanina. Zatem te sprawy nie są przedmiotem sporu społeczeństwa amerykańskiego. Natomiast są nimi przede wszystkim kwestie kulturowe, które zostały podgrzane rebelią po śmierci George’a Floyda, do której doszło z końcem maja tego roku. Śmierć Floyda w Minneapolis była – rzec można – pewnym pretekstem, impulsem, który rozpalił emocje i zarysował podziały. Kwestie podłoża etnicznego, czy nawet rasowego, to niewątpliwie jest problem w Stanach Zjednoczonych, ale w żaden sposób nie można tu mówić o polityce Apartheidu czy polityce zawierającej elementy rasowe ze strony jakiejkolwiek administracji amerykańskiej. Tak czy inaczej te podziały społeczne, podziały etniczne są mocno ugruntowane. Można zatem powiedzieć, że bardzo mocno wzrosły aspiracje polityczne grupy etnicznej nazywanej Afroamerykanami, którzy aspirują do tego, żeby odgrywać znaczącą rolę w wewnętrznej polityce amerykańskiej. Z drugiej strony jednak wydaje się, że jeśli chodzi o społeczność afroamerykańską – szczególnie tę aktywną grupę, zaangażowaną w sprawy społeczne – to tutaj trudno mówić o podziałach, nie można też powiedzieć, że np. są oni związani z Partią Demokratyczną w kontrze do Partii Republikańskiej czy odwrotnie. Zatem te podziały nie przebiegają między Republikanami a Demokratami, aczkolwiek w szerokich warstwach społecznych Afroamerykanów można dostrzec poczucie pewnego wyalienowania, wykluczenia.

Tylko czy to ma głębsze uzasadnienie?        

Wydaje się, że nie ma, ale ten konflikt – nazwijmy go etnicznym – ma swoje odniesienia i te ostatnie wydarzenia miały – trochę na tym tle – społeczne podłoże. Oczywiście są też inne grupy etniczne, mniej znaczące, które kontestują porządek społeczny, nie do końca polityczny, ale te działania mają raczej charakter destrukcyjny, anarchizujący. Tak czy inaczej ten konflikt jest.

Druga kwestia dotyczy religii. Nie tyle jest związana z podziałami religijnymi, bo jak wiemy Stany Zjednoczone to konglomerat przeróżnych grup religijnych. Często podkreśla się, że Stany Zjednoczone powstawały w wyniku koegzystencji, asymilacji różnych grup wyznaniowych – przede wszystkim różnych grup czy sekt protestanckich, ale też innych wyznań, co miało być siłą tego państwa. Tymczasem okazuje się, że społeczeństwo amerykańskie rzeczywiście było społeczeństwem religijnym – może nie katolickim, ale religijnym – i Stany Zjednoczone były jednak ostoją pewnej tradycji – bardziej zbudowanej na wartościach protestanckich, często nawet purytańskich, a więc rygorystycznych. Owszem, był też podział na Południe – bardziej tradycyjne i Północ, co widać teraz w głosowaniach, gdzie stany południowe częściej głosują na Partię Republikańską, a północne na Partię Demokratyczną. Natomiast od mniej więcej 40 lat mamy w Stanach Zjednoczonych proces daleko idącej laicyzacji życia publicznego. Warto też pamiętać, że niezależnie od tych podziałów między Demokratami a Republikanami ogromną rolę w polityce amerykańskiej odgrywa masoneria ze wszystkimi swoimi planami, oczekiwaniami – i to jest znaczący czynnik. Zresztą działania masonerii zawsze prowadzą do laicyzacji i odrzucenia wartości chrześcijańskich, nawet szeroko rozumianych. I wydaje się, że również ten czynnik odegrał w polityce amerykańskiej znaczącą rolę niezależnie od tego, czy ostatecznie gospodarzem Białego Domu będzie kandydat Republikanów czy – jak wszystko wskazuje – Demokratów. Powiem więcej, że to lobby czy czynnik masoński nadal będzie odgrywał znaczącą rolę.

Walka kulturowa, jaka się rozgrywa, nie ominęła również Stanów Zjednoczonych…

To prawda. I Donald Trump stał się w pewnym sensie symbolem konserwatywnej kontrrewolucji, która jest odpowiedzią czy reakcją na działania antychrześcijańskie, laicyzacyjne podejmowane przez polityków Partii Demokratycznej. Zatem ta kontrrewolucja konserwatywna – jeśli w ogóle można użyć takiego określenia – jest tylko reakcją na wspomniane działania antychrześcijańskie, ale nie jest to działanie pozytywne, inicjujące. Można powiedzieć, że z chwilą przegranej Donalda Trumpa przegra też koncepcja neokonserwatyzmu amerykańskiego. Koncepcja, która w dużym stopniu kształtowała elity polityczne i społeczeństwo od lat 60. ubiegłego wieku. Trzeba też dodać, że w tej kontrrewolucji konserwatywnej uczestniczą różne odłamy protestanckie i o wiele bardziej liczne odłamy chrześcijańskie, które rzeczywiście wspierają Republikanów, a w tym wypadku także Donalda Trumpa.

Jest też pewien paradoks, o którym chciałbym powiedzieć. Mianowicie, jeśli wygra Joe Biden, co jest coraz bardziej prawdopodobne, to będzie on drugim po Johnie Kennedym prezydentem Stanów Zjednoczonych katolikiem.

Tylko czy, zważając na lewicowe postawy Kennedy’ego i Bidena, ma to większe znaczenie?        

Większego znaczenia nie ma, bo poglądy obu polityków sytuują ich w nurcie zdecydowanie lewicowym. Natomiast poglądy związanego z odłamami baptyzmu Trumpa są znacznie bliższe zasadom cywilizacji chrześcijańskiej niż poglądy liberalnego katolika Bidena, który z katolicyzmem ma chyba już niewiele wspólnego – przynajmniej jeśli chodzi o sferę publiczną. W kwestii aborcji czy związków jednopłciowych poglądy Joe Bidena są sprzeczne z nauczaniem Kościoła. Nawiasem mówiąc, niewielka większość katolików w Stanach Zjednoczonych jednak popiera – wprawdzie z pewnymi ograniczeniami – aborcję, podczas gdy większość, bo trzy czwarte protestantów jest przeciwna zabijaniu nienarodzonych dzieci.

Czy wygrana Joe Bidena jest w stanie zasypać podziały istniejące w amerykańskim społeczeństwie, czy może przeciwnie –pogłębi je?

Pogłębi je. Oczywiście zwycięstwo Trumpa też nie oznaczałoby zaniku istniejących podziałów, ale na pewno nie byłoby ich pogłębienia. Polityka wewnętrzna Trumpa dawałaby jednak szansę uzyskania wsparcia większości dla szeroko rozumianego konserwatyzmu. Natomiast zwycięstwo Bidena absolutnie będzie oznaczało daleko idące podziały, podziały, które nigdy wcześniej w historii Stanów Zjednoczonych nie występowały z takim natężeniem, i to spowoduje daleko idące konsekwencje dla spójności Stanów Zjednoczonych. Niewykluczone zatem, że w perspektywie kilkudziesięciu lat Stany Zjednoczone czeka poważny kryzys społeczny.

Jakie znaczenie ma to, że w przypadku zwycięstwa Joe Bidena wiceprezydentem będzie Kamila Harris…?

To jest bardzo ważna kwestia, bo wiceprezydenci odgrywają ogromną rolę i to nie tylko jako pewien symbol. Natomiast nominowana przez Partię Demokratyczną Kamila Harris, która jak wszystko wskazuje będzie wiceprezydentem, jest znana ze skrajnie lewicowych wystąpień. W przeszłości krytykowała też niektóre wystąpienia Bidena, oceniając je jako zbyt umiarkowane. Jednakże biorąc pod uwagę wiek Joe Bidena – nawet jeśli będzie się cieszył dobrą kondycją fizyczną i zdrowiem – to bardzo możliwe, że to wiceprezydent Harris będzie kandydatem Demokratów w kolejnych już wyborach prezydenckich. Tak czy inaczej myślę, że w najbliższych latach Stany Zjednoczone czeka przesunięcie na lewo w kwestiach światopoglądowych, kulturowych, które reprezentuje Partia Demokratyczna.

Wybory odbyły się kilka dni temu. Oficjalnych wyników wciąż nie znamy. Tymczasem dochodzą do nas informacje o możliwych fałszerstwach. Czy w tej sytuacji mowa o Stanach Zjednoczonych jako wzorze demokracji nie jest przesadzona?   

Stany Zjednoczone zawsze dawały przykład, nawet utrzymanej w ramach tzw. kultury politycznej pewnej postawy, że przegrywający prezydent uznawał zwycięstwo kontrkandydata. Był to gest, w którym uznawał też swoją porażkę, gratulując zwycięzcy. Tymczasem teraz – bodajże po raz pierwszy w historii – Donald Trump zakwestionował wiarygodność wyborów i to, że Joe Biden mógł wygrać w sposób uczciwy. Zarzucił też, że mogło dojść do fałszerstw – jak powiedział – ukradzenia tych wyborów. Owszem, co by nie powiedzieć, jest to dość zaskakujące stwierdzenie, dlatego że nigdy takiego tonu w polityce amerykańskiej nie było. Jest to zatem pewien zwiastun, zapowiedź tego, że nie będzie – jak to wcześniej bywało – pewnej kurtuazji w relacjach obu polityków amerykańskich, że w tym obszarze zaszły poważne zmiany. Przy czym wydaje mi się, że wypowiedź Trumpa podgrzała jeszcze bardziej i tak wysoką temperaturę emocji wśród wyborców.

Co to może oznaczać?

Mogą wystąpić gwałtowne reakcje społeczne. Ze strony Republikanów należy się spodziewać ochłodzenia relacji, zwlekania z uznaniem przegranej, o czym świadczy fakt, że mamy już zapowiedziany protest ogłoszony dziś w Filadelfii przez byłego burmistrza Nowego Jorku, prawnika Donalda Trumpa, Rudy’ego Giulianiego. Tak czy inaczej wszystko, o czym powiedzieliśmy, pokazuje, że Stany Zjednoczone, które miały być ostoją demokracji, pewnym wzorem demokracji, pragmatyzmu, niekoniecznie pokazują taki obraz. Tym samym zjawisko tzw. Pax Americana, gdzie Stany Zjednoczone na swoich sztandarach niosą hasło demokracji, praw człowieka, wolności, które w świecie cieszyło się nawet uznaniem, teraz to się chyba skończyło. Stany Zjednoczone nie mogą dzisiaj pokazać, że są dobrym wzorcem demokracji, co zresztą widać po reakcjach niektórych polityków – jak chociażby Łukaszenki – dyktatora z Białorusi, który wydarzenia w Ameryce nazywa kompromitacją demokracji. Oczywiście jest to złośliwość białoruskiego dyktatora, czym chce on odwrócić uwagę od siebie i niedemokratycznych wyborów na Białorusi, ale to pokazuje, że Stany Zjednoczone straciły chyba moralne prawo, żeby nieść wysoko sztandar demokracji. Zresztą w Ameryce nastąpiła już redefinicja praw człowieka, która jest zbliżona, czy wręcz tożsama, z rozumieniem liberalnym.

Trumpa można lubić bądź nie, można się z nim zgadzać lub nie, ale trzeba przyznać, że przez całą kadencję miał on złą prasę, był też – chyba jak żaden inny przywódca – krytykowany w mediach, ale to, co ostatnio zrobiono podczas jego wystąpienia w telewizji, było przesadą. Bez względu na to, czy potwierdzą się informacje medialne o zwycięstwie Bidena, to przerywanie przez prezentera CNBC przemówienia Trumpa –wciąż urzędującego prezydenta – i komentarz, że mówi on głupoty, jest nie na miejscu.

Owszem, to skandal. To jest wydarzenie, które z pewnością przejdzie do historii. Jest to wydarzenie chyba jednak przełomowe, jeśli chodzi o przekroczenie pewnych zasad ze strony dziennikarzy. Co ciekawe, to przerwanie transmisji wystąpienia urzędującego prezydenta spotkało się z uznaniem amerykańskiego świata dziennikarskiego.

Nie tylko amerykańskiego, bo w Polsce jeden z liberalnych publicystów napisał nawet o „wielkiej chwili w historii dziennikarstwa”…

Owszem, to prawda. Tak czy inaczej takie potraktowanie głowy największego światowego mocarstwa pokazuje, że w Stanach Zjednoczonych mamy dominację dziennikarzy o poglądach lewicowych. Pojawiły się wręcz głosy, że jest to standard, przykład, że tak powinno wyglądać dziennikarstwo. Tymczasem jest to bezsprzecznie zaprzeczenie profesjonalnego, rzetelnego dziennikarstwa. Dziennikarz nie ma absolutnie prawa tak postępować. Jeśli nawet ktoś uznał, że wypowiedź prezydenta Trumpa jest sprzeczna z prawdą, to dziennikarze mają czas, okazję do komentarzy po zakończeniu wystąpienia prezydenta. W tym przypadku mamy do czynienia z cenzurą prewencyjną, która jest nieuprawniona. Ten przykład pokazuje też, w jakim kierunku zmierza współczesne dziennikarstwo, co nasuwa analogię z systemem dziennikarstwa, które prezentują także w Polsce niektóre stacje tzw. komercyjne, gazety i cała grupa komentatorów, którzy nie przekazują rzetelnej informacji, tylko starają się zastępować obraz, relacje tendencyjnymi komentarzami. Wypada tylko współczuć.

Choć oficjalne ogłoszenie wyników wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych poznamy pewnie za kilkanaście dni, może za kilka tygodni, to wszystko wskazuje na to, że nowym prezydentem będzie jednak Joe Biden. Co o tym zdecydowało?

Warto podkreślić, że na razie zwycięstwo Bidena ogłaszają nie powołane do tego instytucje, ale media i to też jest pewnym kuriozum. Ale nawet jeśli pominąć ten fakt, można powiedzieć, że zwycięstwo Joe Bidena jest niewielkie. Są dwa powody, które zdecydowały – jak się wydaje – o wygranej Bidena. Po pierwsze, jest to wpływ lewicowych, ale dominujących dziennikarzy i mediów amerykańskich, które od początku kadencji były bardzo niechętne Donaldowi Trumpowi i robiły wszystko, żeby podważyć jego kompetencje, jego politykę, w ogóle wszystkie działania administracji prezydenta Trumpa. Po drugie, jest to efekt działania różnych pracowni sondażowych, które przewidywały znaczące zwycięstwo Joe Bidena – podawały nawet dwucyfrowe zwycięstwo kandydata Demokratów, co się nie potwierdziło. Nie można tu jednak mówić o braku umiejętności oceny, ale o świadomym działaniu tych sondażowni. Pokazywały one nie tyle rzeczywiste preferencje wyborców, jak się rozkłada poparcie dla poszczególnych kandydatów, ile starały się wpływać na wybory. I w tym sensie zarówno dziennikarze, jak i sondażownie mogą mówić o sukcesie, ponieważ przyczynili się do zwycięstwa Joe Bidena, ale jednocześnie przyczynili się do osłabienia systemu politycznego w Stanach Zjednoczonych. Oba te ośrodki – świat dziennikarski i sondażownie – mają określoną rolę do wypełnienia w tym systemie, tymczasem ta rola została przekreślona na rzecz jednostronnego zaangażowania politycznego.

            Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki