• Czwartek, 21 maja 2026

    imieniny: Kryspina, Wiktora, Jana

Protesty się wypalają

Piątek, 6 listopada 2020 (20:49)

Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, wykładowcą z KUL i WSKSiM, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Z niepokojem obserwujemy dobowe przyrosty zakażeń. Czy i w jakim zakresie protesty mogły wpłynąć na wzrost liczby chorych na COVID-19?

– Epidemiologiem wprawdzie nie jestem, natomiast wedle wszelkich racjonalnych argumentów specjalistów, znawców tematu wynika, że dystans społeczny, dezynfekcja i noszenie maseczek oraz inne restrykcje są wprowadzane nie dla zabawy, ale ze względu na rozszerzanie się pandemii, aby zatrzymać rozprzestrzenianie się koronawirusa. Natomiast protesty, a więc działania podejmowane w sposób nieodpowiedzialny, spektakularny łamiące wszelkie zasady racjonalności, muszą wpłynąć na wzrost zakażeń i skalę zjawiska pandemii.

Jak ważne jest przestrzeganie obostrzeń i dlaczego wielu z nas lekceważy zasady dystansu, dezynfekcji oraz noszenia maseczek, czy też właściwego ich używania?

– W dzisiejszej dobie chyba żadne społeczeństwo na świecie nie potrafi być w stu procentach karne, zawsze są tacy, którzy się wyłamują z obowiązujących zasad. Natomiast żeby zrozumieć akuratnie tę kwestię, o którą pan redaktor pyta, trzeba się zastanowić, jak na psychikę ludzi wpłynął pierwszy wiosenny lockdown i czy ten dzisiejszy opór nie jest właśnie pochodną wiosennego pozostawania w domu, ograniczenia kontaktów.

Wydaje się, że wiosenny lockdown pozostawił jednak ślady w naszej psychice i w dłuższej perspektywie jest potrzeba odreagowania wszystkich stresów. Te stresy są zwielokrotnione, bo przeżywamy różne stresy w pracy, stresy związane z obawą o zdrowie własne, o zdrowie swoich bliskich, do tego jest ciągłe bombardowanie medialne związane z pandemią, wreszcie gospodarka z uwagi na pandemię też jest w trudnym momencie. Jeśli spiąć to wszystko razem, to obciążenia są ogromne, i tym większa w nas potrzeba odreagowania.

Byle odpowiedzialnie…

– Otóż to. Ludzie reagują w różny sposób – jedni nie przestrzegają pewnych zasad czy obostrzeń, a niektórzy wręcz lekceważą wprowadzane zasady, organizują wielotysięczne protesty i w sposób manifestacyjny łamią ustalone zasady, narażając siebie i innych na zakażenie. Przed nami 11 Listopada i Marsz Niepodległości, którego organizowanie w tej sytuacji byłoby trudne do zrozumienia, tymczasem z tych środowisk płyną sprzeczne komunikaty i wciąż nie wiadomo, czy Marsz się odbędzie, czy nie.

O czym świadczy zachęcanie przez polityków opozycji do wychodzenia na ulice i udziału w protestach ulicznych po orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego? Wystarczy tylko przypomnieć wypowiedź Borysa Budki, który mówił, że w obliczu protestów miejsce każdego polityka jest na marszach…

– Pragnienie, na siłę i za wszelką cenę powrotu do władzy oraz anty-PiS w szeregach opozycji jest tak silne, że aż kompromitujące. Z jednej strony Borys Budka występuje w dystansie, w maseczce przemawiając do ludzi, a z drugiej strony mówi takie rzeczy. Gdzie w tym wszystkim jest logika, gdzie jest spójność przekazu? Z kolei Rafał Trzaskowski uczestniczy w protestach, a zakazuje Marszu Niepodległości. Co pomijając względy bezpieczeństwa i trwającą pandemię, też trudno pojąć, bo albo uczestniczę w protestach i uważam, że wszystko jest w porządku, i każdemu zezwalam na organizowanie marszu, albo nie biorę udziału i zakazuję innym ze względów bezpieczeństwa. To pokazuje, że między słowami a czynami polityków totalnej opozycji nie ma żadnej logiki, która utrzymywałaby Platformę w spójnym przekazie. Formacja ta, żeby powrócić do władzy, gra wyłącznie na emocjach.

Tam, gdzie na czoło wysuwają się emocje, logika jest niepotrzebna…    

– Owszem, ale emocje działają w krótkim czasie, a logika czy rozum w końcu zawsze zwycięża. Inaczej mówiąc, emocje na ulicach wybuchają, nagle przez chwilę wszystko jest cudownie, a dajmy na to za dwa tygodnie, kiedy zaczynają chorować nasi bliscy, a zwłaszcza ludzie starsi, rodzice, kiedy widzimy, jakie są efekty braku naszej odpowiedzialności, to wtedy zwycięża rozum, nie emocje.

Statystyki pokazują, że zainteresowanie tematem aborcji, które przez krótki czas sięgało zenitu – spadło. Czyżby biorący udział w tych marszach, patrząc na wzrosty zakażeń, dostrzegli, że ktoś zrobił im wodę z mózgu i że jest naprawdę niebezpiecznie?

– Myślę, że to jest jeden z powodów, a drugi polega na tym, że niektórzy w mediach, a niektórzy na żywo podczas protestów zobaczyli skalę nihilizmu, jaka pojawiła się na tych demonstracjach. Przecież nie wszyscy uczestnicy tych marszów poniżali innych ludzi, biskupów, kapłanów, nie wszyscy używali wulgaryzmów – jakie tylko zna język – w relacji do ludzi wierzących, nie wszyscy też profanowali świątynie czy pomniki. Ci ludzi mieli swoje różne motywacje emocjonalne, ale w końcu dotarła „nafta do knota” i zrozumieli, że inicjatorka tych protestów – Marta Lempart – wcale nie jest spontaniczna, nie jest to przypadkowa kobieta, której celem są jakieś idee, ale zaczynają się zbiórki pieniędzy, pojawiają się pytania o jej przeszłość.

To wszystko powoduje, że ludzie są przerażeni, w czym uczestniczą, w co dali się wmanewrować. Ten ich wybór i udział w protestach był też spowodowany lockdownem i kiedy pojawiło się hasło, że ludzie się zbierają (dotyczy to zwłaszcza młodzieniaszków, którzy o życiu mają dość mgliste pojęcie), to skorzystali z okazji, żeby odreagować. I odreagowali, oczywiście pod bardzo groźnym hasłem rewolucji, ale jednak to zrobili. Natomiast taki sposób odreagowania długo nie może potrwać z dwóch powodów – po pierwsze pojawia się refleksja, że ten czy ów z bliskich zachorował, że wielu ludzi, którzy uczestniczyli w manifestacjach ma w swoich rodzinach takie sytuacje, a po drugie pojawia się pytanie: w czym my tak naprawdę uczestniczymy? Ci ludzie widzą, że jest społeczny sprzeciw wobec przerywania Mszy Świętych, wobec bezczeszczenia miejsc świętych itd.

Mamy lockdown, powstają tymczasowe szpitale, od jutra zamknięte będą galerie handlowe, przedsiębiorcy są załamani i pełni obaw... Ale czy te działania nie są jednak spóźnione?

– Walka toczy się przede wszystkim o to, żeby nie przyblokować systemu ochrony zdrowia, który może stać się niewydolny. I gra idzie o to, żeby spłaszczyć falę zachorowań, żeby w jednym momencie nie zachorowało tak dużo ludzi, że nasz system nie będzie w stanie im pomóc. W istocie nie da się – przynajmniej na razie – zmniejszyć skali zachorowań do kilku czy kilkunastu dziennie w skali kraju, jest zatem pytanie, jak długo to jeszcze może potrwać i czy co chwilę będziemy mieli wzrosty zakażeń i zagrożenie lockdawnami?

Wobec takich sytuacji żaden kraj w Europie – ja takiego nie znam, który byłby do takiej sytuacji przygotowany – nie jest w stanie sobie poradzić. Proszę popatrzeć, że kolejne kraje wprowadzają całkowity lockdown: Wielka Brytania, obostrzenia w Niemczech, Czechach, praktycznie we wszystkich krajach, a my mamy jeszcze pewien bufor bezpieczeństwa, jak mówi premier Mateusz Morawiecki. Jak widać, są rzeczy nadzwyczajne i nadzwyczajne są także próby przeciwdziałania skutkom pandemii.

Czy rząd jednak nie zabrał się do pracy zbyt późno, czy nie został zmarnowany czas wakacji, kiedy eksperci ostrzegali przed drugą falą pandemii?

– Być może pewne rzeczy należało przygotować wcześniej, lepiej – mam na myśli służbę zdrowia. Chodzi o odpowiednio wcześniejsze wyznaczenie szpitali tzw. polowych, tymczasowych, żeby to już wcześniej było dookreślone. Dotyczy to także przeszkolenia dodatkowego personelu medycznego i zapewne można było tu zrobić więcej, ale czy można było zrobić wcześniej obostrzenia – lockdown, co do tego nie jestem przekonany.

Proszę pamiętać, że ludzie są zmęczeni i w pewnym momencie przestali już rozumieć te obostrzenia i to wszystko siłą rzeczy wymyka się spod kontroli, bo ludzi nie da się aż tak długo trzymać w izolacji, niepewności. Tak czy inaczej widziałbym raczej braki w przygotowaniu bazy – szpitali polowych oraz personelu, a więc w sensie organizacyjnym. Natomiast czy lockdowny są w stanie załatwić sprawę? Nie do końca. Owszem chwilowo mogą zahamować wzrost, transmisję zakażeń, ale kolejne luzowanie spowoduje kolejne zachorowania. Co z tego, że był lockdown na wiosnę skoro dzisiaj mamy blisko 30 tysięcy zachorowań dziennie, a tak naprawdę może to być dużo więcej, tylko wiele przypadków się nie diagnozuje i tych przypadków nie obejmują statystyki.

Czy da się wyważyć między troską o zdrowie a ochroną gospodarki, czy możliwe jest znalezienie balansu?

– Ciężko jest znaleźć ten balans, bo zbyt głębokie obostrzenia, zamknięcie może zarżnąć gospodarkę. Wszystko stanie i ludzie mogą zacząć umierać z innych powodów niż zarażenie COVID-19. I tu jest poważny dylemat. Natomiast otwarte jest pytanie, czy zrobiono wszystko przez okres luźny, wakacyjny, by na nadejście drugiej fali koronawirusa przygotować maksymalnie dobrze służbę zdrowia? I wydaje mi się, że w tym obszarze można było zrobić dużo więcej. Do tego oczywiście dochodzą zaniedbania z lat ubiegłych, z czasów rządów koalicji PO-PSL, gdzie w wielu przypadkach – z niewiadomych powodów – zamknięto dostęp, ograniczono możliwość kształcenia lekarzy, a absolwentom wydziałów lekarskich zamykano możliwość uzyskania specjalizacji poprzez ograniczenie miejsc tzw. rezydenckich. Rząd Donalda Tuska czy Ewy Kopacz miał świadomość, że mało jest w Polsce lekarzy, a mimo to nie zrobiono nic w kierunku poprawy tej sytuacji. Te lata zaniedbań dzisiaj odbijają się czkawką. Owszem za rządów Prawa i Sprawiedliwości zwiększono liczbę miejsc na studiach medycznych i owszem dzisiaj kształci się więcej lekarzy, ale wcześniejszych braków nie da się nadrobić w krótkim czasie. Studia medyczne trwają sześć lat, kolejnych kilka specjalizacja, a więc ponad dziesięć lat potrzeba, żeby wykształcić lekarza specjalistę.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki