Wysoka stawka amerykańskich wyborów
Piątek, 23 października 2020 (08:40)Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, wykładowcą z KUL i WSKSiM, rozmawia Mariusz Kamieniecki.
Kampania prezydencka w Stanach Zjednoczonych powoli zmierza do finału. Przed nami ostatnia debata, ale przewaga kandydata Demokratów nad Donaldem Trumpem jest wyższa od tej, którą 4 lata temu miała Hillary Clinton. Czy szykuje się zmiana gospodarza Białego Domu?
– Tego nikt nie wie. Żyjemy w czasach, gdzie sondaże spełniają bardziej rolę narzędzia do walki politycznej niż lustra, w którym kandydujący politycy mogą się przejrzeć i zdiagnozować, jakie faktycznie mają poparcie społeczne. Obserwując to wszystko, nie zaryzykowałbym twierdzenia, że Joe Biden ma większe a Donald Trump mniejsze poparcie czy odwrotnie. Trzeba zapoznać się z wynikami głosowania, które odbędzie się 3 listopada. Sytuacja jest dynamiczna, bo jeszcze na początku tego roku, w obliczu spadającego bezrobocia i wzrostu gospodarczego w Stanach Zjednoczonych, mogło się wydawać, że Donald Trump ma reelekcję na wyciągnięcie ręki. Jednak zaraz po tym przyszła pandemia COVID-19, częściowy lockdown kraju i wcześniejsze tendencje się odwróciły. Owszem, dzisiaj większe szanse daje się Joe Bidenowi, ale komentatorzy, którzy odnoszą się do sondaży twierdzą, że Donald Trump na wiecach wyborczych gromadzi dużo więcej ludzi niż kandydat Demokratów, który nie elektryzuje tak bardzo ludzi jak Trump, dlatego nie bez powodu zyskał przydomek „śpiący” Joe. Tak czy inaczej kryzys po-COVID-owy uderzył w Donalda Trumpa i to bardzo mocno.
Co jest stawką amerykańskich wyborów?
– Ogólnie rzecz biorąc, stawką tych wyborów jest przyszłość Stanów Zjednoczonych, a pośrednio też przyszłość świata. Trzeba powiedzieć, że przy ewentualnym wyborze Joe Biden będzie się właściwie we wszystkim różnił od Donalda Trumpa. Jest cała masa uwarunkowań, w które wchodzą obaj politycy – powiązań, które są pochodną interesów amerykańskich, pochodną obiektywnych warunków geopolitycznych, w jakich znalazły się Stany Zjednoczone. Z całą pewnością Joe Biden nie jest tym politykiem, który chce rozbić układ globalistyczny, który w jakimś sensie osłabił też Stany Zjednoczone. Wiemy dobrze, że firmy, które wyprowadzają czy wyprowadziły się z Ameryki – chociażby do Chin, które tworzyły korporacje globalne, wspierały Hillary Clinton, a teraz Joe Bidena. Dlatego przegrana Trumpa mogłaby mieć duże znaczenie na tym polu.
Czy Joe Biden kontynuowałby politykę napięcia z Chinami zapoczątkowaną przez Donalda Trumpa?
– Nie miałby innego wyjścia, bo jeśli nie, to Chiny – i to w przyspieszonym tempie – wypromują się na największe mocarstwo na świecie, a to byłoby groźne dla wszystkich.
A jeśli chodzi o Europę, co wybór Bidena – w sensie geopolitycznym – oznaczałby dla Starego Kontynentu – zwłaszcza dla Europy Środkowej?
– Z całą pewnością wraz z wyborem Joe Bidena nasza pozycja jako lidera Państw Trójmorza czy Grupy Wyszehradzkiej zostałaby osłabiona. Stracilibyśmy wsparcie we wszystkich zmaganiach – zwłaszcza, kiedy trwa wzmożony proces centralizacji Unii Europejskiej oraz proces zmierzający do jej ideologizacji. Z pewnością wiele mogłoby się zmienić wraz ze zmianą gospodarza Białego Domu, i to niekoniecznie na lepsze.
Możliwy byłby powrót do bierności administracji amerykańskiej, tak jak to było za prezydentury Baracka Obamy…?
– Barack Obama rzeczywiście był bierny, odpuścił – zwłaszcza na początku swojej kadencji, ale potem się włączył w ten nurt spraw – chociażby w obliczu konfliktu we wschodniej Ukrainie. Ale jako prezydent Stanów Zjednoczonych popierał – żeby nie powiedzieć – brnął także w ideologię. Natomiast Polska, która się nie mieściła w planie rewolucji kulturowej, więc nie płynęła w głównym nurcie, siłą rzeczy stała się obiektem ataków. Pamiętamy też słowa Baracka Obamy „o polskich” obozach koncentracyjnych – słowa, które były dla nas bardzo bolesne. Jest jednak wiele rzeczy, które nas bolą i szokują, ale pamiętajmy, że żyjemy w takim, a nie innym świecie. Z całą pewnością zmiana na urzędzie prezydenta Stanów Zjednoczonych byłaby dla nas niekorzystna.
Za Bidena Stany Zjednoczone mogłyby dołączyć do chóru zatroskanych stanem „praworządności” w Polsce…?
– Sam Joe Biden już dołączył do tego chóru, zaliczając Polskę czy Węgry do grona państw totalitarnych. Nie ma zatem powodów, by sądzić, że jako prezydent Stanów Zjednoczonych nagle zmieniłby front o 180 stopni.
A co w sensie ideologicznym mógłby oznaczać wybór Joe Bidena?
– Biden prezentuje się jako kandydat skrajnej lewicy i z pewnością wspierałby takie nurty. Już dzisiaj są one bardzo rozszalałe – zwłaszcza w świecie Zachodu. Mając jednak dodatkowo instytucjonalne wsparcie amerykańskie – nurty te potęgowałyby jeszcze bardziej swoją siłę, i to jest kolejna rzecz, która w przypadku wygranej Joe Bidena musiałaby nas niepokoić. Warto też pamiętać, że wszelkie ruchy – rzekomo antyrasistowskie, które zaktywizowały się w Stanach Zjednoczonych – dokładnie obrazują skalę zagrożeń, które idą za wyborem Joe Bidena.
Jaki cel ma Joe Biden w obrażaniu Polski i Polaków?
– Uważam, że Bide raczej powtarza publicznie to, co się mówi w jego środowisku, czyli . W uproszczeniu to samo, co w Unii Europejskiej. Trudno się jednak dziwić, skoro jest to ten sam układ globalistyczny.
Czy i jaki wpływ na to, co o Polsce mówi Joe Biden może mieć totalna opozycja w naszym kraju?
– Totalna opozycja w Polsce jest tylko narzędziem w rękach Unii Europejskiej do tego, żeby osłabiać kraj. Totalna opozycja nie jest inspiratorem, który mógłby docierać do sztabu amerykańskich Demokratów, nie jest też głównym rozgrywającym na tym froncie. Totalni w Polsce nie mają takiej siły czy mocy. Natomiast międzynarodówka neomarksistowska atakuje Polskę, dlatego, że jesteśmy – można powiedzieć – ostatnim krajem katolickim w świecie Zachodu.
W trakcie wiecu w Filadelfii Joe Biden postawił Polskę i Węgry w jednym rzędzie z Białorusią. Stwierdził, że Warszawa i Budapeszt należą do ligi niektórych totalitarnych państw, które są popierane przez prezydenta Trumpa. Czy ten fakt może wpłynąć na głosy Polonii?
– Myślę, że postawa i słowa Bidena owszem mogą wpłynąć na stanowisko Amerykanów polskiego pochodzenia. Jednak ważniejsze jest pytanie, do jakiego stopnia Polonia amerykańska będzie zmobilizowana, żeby 3 listopada pójść na wybory...? I to – w mojej ocenie – jest główny problem. To, że Polonia ma mały wpływ na politykę amerykańską, jest pochodną słabej aktywności w wyborach. Joe Biden tą wypowiedzią z pewnością nie zaskarbił sobie głosów Polonii, a wręcz przeciwnie.
Kampania w Stanach Zjednoczonych zmierza do finału. Jaką rolę w decyzji Amerykanów mogą odegrać deale biznesowe i kontakty na Ukrainie Huntera Bidena, syna Joe Bidena?
– Według doniesień amerykańskich mediów Joe Biden brał, czy też mógł brać udział w interesach swojego syna Huntera, czemu wcześniej zaprzeczał. Głośno o całej sprawie zrobiło się wraz z odnalezieniem laptopa, na którym znalazła się korespondencja Huntera Bidena. To jest ostatnia prosta przed wyborami i ten argument z pewnością zostanie użyty przez sztab wyborczy Donalda Trumpa. Pamiętajmy też, że Donald Trump wielokrotnie był oskarżany o niecne interesy – zwłaszcza z Rosją, więc cios wyprowadzony w rewanżu może się okazać bardzo mocny dla Joe Bidena. Kto wie, czy w ostatniej debacie przed wyborami, która się zbliża temat ten nie zostanie ukazany w całej krasie… To – jak się wydaje – jest duża słabość Joe Bidena, który w ogóle jest słabym kandydatem i to nie tylko ze względu na powiązania syna, ale również dlatego, że sam sobą nie prezentuje jakiejś siły, brakuje mu charyzmy, a ponadto zalicza dużo wpadek. Tak czy inaczej, jeśli powiązania jego syna zostaną ukazane w odpowiedni sposób, to może to być ważny argument na ostatniej przedwyborczej prostej, żeby odbić z rąk Demokratów, czy zyskać większe poparcie szczególnie w stanach, w których wyborcy ciągle się wahają.
Skąd – tak słaby kandydat – Biden ma tak duże poparcie w Stanach Zjednoczonych? Czy nie przypomina to nieco sytuacji z Polski, gdzie słaby Rafał Trzaskowski uzyskał tak dobry wynik w wyborach prezydenckich?
– Wynika to z faktu, że Stany Zjednoczone są tak samo podzielone ideologicznie jak Polska. Proszę zwrócić uwagę, że u nas w kraju oddawano głosy za Rafałem Trzaskowskim, mimo że merytorycznie był to słaby kandydat, a jednak zebrał blisko dziesięć milionów głosów. W zdecydowanej większości nie był to jednak wyraz sympatii czy poparcia dla samego Trzaskowskiego, ale manifestacja i działanie na złość Prawu i Sprawiedliwości, i de facto przeciwko Jarosławowi Kaczyńskiemu. Podobnie jest w Stanach Zjednoczonych, gdzie bardziej nienawiść do Donalda Trumpa motywuje do głosowania na Joe Bidena, a nie jest to wyraz uznania dla programu czy przymiotów kandydata Partii Demokratycznej.