• Środa, 4 marca 2026

    imieniny: Kazimierza, Łucji, Witosławy

Krytykować zawsze łatwo

Środa, 27 czerwca 2012 (11:42)

Z Jerzym Brzęczkiem, byłym kapitanem piłkarskiej reprezentacji Polski, wicemistrzem olimpijskim z Barcelony, rozmawia Piotr Skrobisz

Jest Pan spokojny o przyszłość reprezentacji Polski po tym, co pokazała na Euro 2012, czy przeciwnie - pełen obaw?

- Doceniam to, co zaprezentowała w pierwszych połówkach meczów z Grecją i Czechami oraz w prawie całym z Rosją. Szczególnie przeciw tej ostatniej pokazała się z bardzo dobrej strony. Być może rywale prezentowali wyższą kulturę gry, a jednak to Polacy byli bliżsi zwycięstwa, grając z ogromnym zaangażowaniem, ambicją i determinacją. Pamiętajmy, że kilka dni wcześniej Rosja rozbiła Czechy 4:1 i wyrosła na jednego z faworytów turnieju, imponując chyba wszystkim. Dodam od razu, że nie ma znaczenia jej późniejsze niepowodzenie i odpadnięcie już po fazie grupowej. Widziałem wiele pozytywów w poczynaniach naszych reprezentantów, aczkolwiek podobnie jak oni i kibice byłem zawiedziony, że nie awansowali do ćwierćfinału. To na pewno zostawiło spory niedosyt, zwłaszcza że, bądźmy szczerzy, grupa A nie należała do najmocniejszych. Z drugiej strony zabrakło niewiele, bo w każdym meczu Polacy mieli po co najmniej kilka sytuacji, z których mogli zdobyć bramki, a wtedy rozmawialibyśmy pewnie w innym tonie.

Było na pewno lepiej niż na mundialu w Niemczech czy Euro 2008, były momenty świetne, ale momenty. Dlaczego piłkarze nie potrafili przez 90 minut grać tak jak w pierwszych połowach meczów z Grecją i Czechami?
- Każdy z nas, stojących z boku, zadaje sobie to pytanie. Doskonale pamiętam mecz z Grecją. W przerwie zastanawiałem się, w jakim stosunku zwyciężymy, nawet nie wyobrażałem sobie, że może wydarzyć się coś złego. Chyba zresztą nie tylko ja, ale wszyscy kibice oglądający to spotkanie. Pierwsze 45 minut w wykonaniu Polaków było niesamowite. Potem gra totalnie siadła. Przecierałem oczy ze zdumienia i pytałem, czy ogromne tempo, determinacja, zaangażowanie tak wyżyłowały chłopaków, że nie byli w stanie dać z siebie więcej. Z pewnością zabrakło im trochę wyrachowania, cwaniactwa, może większego spokoju.

Czego jeszcze? Bo przecież te mecze wyglądały niewiarygodnie, jakby na boisku pojawiały się dwie różne drużyny.
- Przeciw Grecji wydawało się, że wszystko układa się po naszej myśli. Prowadziliśmy 1:0, mieliśmy sporo okazji do podwyższenia wyniku, wreszcie graliśmy z przewagą jednego zawodnika. Potem się zastanawiałem - prócz tego, o czym wspomniałem - czy czasami ta gra w przewadze naszych zawodników trochę nie uśpiła. Czy nie pomyśleli, że nic złego nie może się wydarzyć, skoro wynik jest korzystny, a rywal musi sobie radzić w dziesięciu. I nagle wszystko się posypało. Polacy oddali całkowicie inicjatywę, nie potrafili utrzymać piłki, stracili gdzieś agresywność. Dlaczego? Może zabrakło im siły, a może się zdekoncentrowali, zlekceważyli nieco przeciwnika, poczuli zbyt pewni siebie. Wyszli na boisko po przerwie, a tu Grecy zaczęli atakować, szybko wyrównali. To mogło wpłynąć na psychikę, mógł pojawić się strach, niepewność, pytania, co się dzieje, dlaczego rywal w osłabieniu dominuje, dlaczego my nie potrafimy nic sobie ułożyć. Znowuż w meczu z Czechami po pół godzinie powinniśmy prowadzić 2:0, może nawet 3:0. Sytuacji nie brakowało, parę razy kotłowało się pod bramką rywali po dośrodkowaniach, ale gol nie padł. Wielu potem mówiło, że Franciszek Smuda zagrał asekuracyjnie, że powinien zdecydować się na inną, odważniejszą taktykę. Ja patrzę na to w ten sposób: w pierwszej połowie mieliśmy na boisku trzech defensywnych pomocników, a jednak atakowaliśmy i stwarzaliśmy okazje. Po przerwie trener posłał do boju ofensywnych zawodników, a przez niemal całe 45 minut, z wyjątkiem kilku końcowych, praktycznie nie zagroziliśmy rywalom. Bramkę straciliśmy po próbie ataku i niepotrzebnym, prostym błędzie w rozegraniu. Zastanawiałem się, co by było, gdybyśmy cały czas grali w ustawieniu pozornie defensywnym, nie stracili bramki, Czesi musieliby się mocniej odkryć. Oczywiście to wszystko tylko gdybanie.

Spodziewał się Pan, że Polski może zabraknąć w ćwierćfinale?
- Nie. Ale ja zawsze jestem optymistą, człowiekiem patrzącym z wiarą w naszą piłkę, w naszych zawodników. Dziś można krytykować, wypominać, wskazywać, co było złe. Co chwilę słyszę głosy przeróżnej maści fachowców niezostawiających na reprezentacji suchej nitki. Z wieloma nawet się zgadzam, ale też pytam, czy ci, którzy łatwo krytykują i udzielają wskazówek, zrobili coś, by w polskiej piłce było lepiej. By poprawić szkolenie, warunki pracy z młodzieżą itd. Mówić łatwo, ale po czynach się poznaje człowieka, nie po tym, że potrafi wygłaszać najpiękniejsze nawet teorie.

Co Panu podobało się w grze naszej drużyny?
- Agresja, konstruowanie akcji, zdyscyplinowanie, realizacja założeń taktycznych, odbiór piłki. Niestety, graliśmy tak tylko fragmentami, nie przez pełne 90 minut. Tego zabrakło, to legło u podstaw końcowego niepowodzenia. Podobała mi się, i tu może pana zaskoczę, postawa naszych środkowych obrońców. Bardzo obawialiśmy się o nich, a tu zarówno Wasilewski, jak i Perquis spisali się naprawdę poprawnie.

Niektórzy uważają, że mistrzostwa Polaków przerosły. Zgadza się Pan?
- Nie. Można by tak powiedzieć, gdyby w każdym meczu grali fatalnie, nie potrafili konstruować akcji, nie stwarzali sytuacji. Tymczasem z Rosją przez 90 minut spisywali się bardzo dobrze, w połówce z Grecją i Czechami także. Gdzieś został popełniony błąd, coś lub ktoś zawiódł, że nie potrafili utrzymać podobnej dyspozycji, tempa, do końca.

Smuda?
- Trener odpowiada za drużynę. Jeśli ta wygrywa, jest chwalony, gdy przegrywa, nie może niestety liczyć na pobłażliwość. Musi przeanalizować to, co wydarzyło się w ciągu ostatnich tygodni, miesięcy, ale z pewnością w którymś momencie się pomylił. Gdyby było inaczej, zagralibyśmy w ćwierćfinale, co było obowiązkiem.

Zaśpiewałby Pan piłkarzom na pożegnanie "nic się nie stało" czy raczej "chłopaki, zawiedliście"?
- Zachowanie kibiców i fakt, że śpiewali "nic się nie stało", świadczyły o tym, że docenili postawę piłkarzy, ich serce i zaangażowanie. Gdyby ci zagrali fatalnie, na pewno nikt by im nie podziękował. Reprezentacja dostarczyła sporej dawki sportowych emocji, zawodnicy walczyli do końca, ostatni mecz decydował o wszystkim. Nie było ani jednego spotkania bez stawki, o "honor". Nie udało się zrealizować celu, szybko odpadli, ale, jak widać, zdobyli serca fanów.
W ogóle mało kto się spodziewał, że mistrzostwa i gra reprezentacji Polski będą źródłem aż takiej euforii. Zachowanie kibiców podczas całego turnieju było wręcz fantastyczne i tak naprawdę atmosfera, która się wytworzyła w ciągu ostatnich tygodni, była naszym największym zwycięstwem. To dzięki kibicom staliśmy się inaczej postrzegani w świecie, bez krzywdzących stereotypów. Gdyby tylko do tego doszedł awans do ćwierćfinału...

Ta drużyna, która chwilami porywała, a jednak nie zrealizowała swojego celu, ma przyszłość?
- Tak. Piłkarze zdobyli na Euro ważne doświadczenie, które z pewnością im pomoże. Po turnieju byli rozgoryczeni, wręcz wściekli, że zmarnowali szansę, jaką mieli. Ale to była dobra złość, pozytywna, zdrowa, która może i powinna przełożyć się na coś trwałego.

Dziękuję za rozmowę.


Jerzy Brzęczek jest wielokrotnym reprezentantem Polski, byłym kapitanem narodowej drużyny. Na igrzyskach w Barcelonie (1992) zdobył z nią olimpijskie srebro. Jest wujem Jakuba Błaszczykowskiego, obecnego kapitana Biało-Czerwonych.

Piotr Skrobisz