Front antypolski wciąż utrzymywany
Środa, 7 października 2020 (20:30)Ze Stanisławem Ożogiem, senatorem Prawa i Sprawiedliwości, rozmawia Mariusz Kamieniecki.
Jak odebrał Pan słowa wiceszefowej Parlamentu Europejskiego Katariny Barley o finansowym zagłodzeniu wymierzone w Węgry, ale także w Polskę?
– Nie da się tego opisać. Przyznam, że łatwiej byłoby mi komentować, gdyby takie słowa – choć haniebne –wypowiedział dajmy na to Francuz, Włoch czy Portugalczyk, natomiast słowa o zagłodzeniu w ustach polityka niemieckiego mają zupełnie inny wydźwięk. Takie słowa w ogóle nie powinny paść. Co więcej wypowiada je nie jakiś szeregowy polityk, tylko była minister sprawiedliwości Rządu Republiki Federalnej Niemiec, a obecnie wiceprzewodnicząca Parlamentu Europejskiego, czyli osoba z pierwszego szeregu polityków niemieckich. Dla mnie, zasiadającego w ubiegłej kadencji europarlamentu, słowa, które padały wówczas z ust przewodniczącego Martina Schulza były przerażające – zwłaszcza, kiedy poznałem, kim byli jego rodzice, dziadkowie, ale nigdy nie przypuszczałem, że po tym lewackim polityku, ktoś jeszcze będzie w stanie je powtórzyć, czy przebić. Dla mnie jest to szok.
Nie sposób uciec od refleksji historycznych, dlatego ma być głosowany wniosek posłów PiS, należących do Grupy Europejskich Konserwatystów i Reformatorów, dotyczący odwołania Katariny Barley ze stanowiska wiceszefowej Europarlamentu. Trudno jednak liczyć na jej odwołanie?
– Wniosek o odwołanie Katariny Barley z tego, co słyszymy wpłynął już do przewodniczącego Parlamentu Europejskiego. Czy będzie rozpatrywany na Sali plenarnej i poddany pod głosowanie, zależeć będzie od konferencji przewodniczących, a więc Davida Sassoli i szefów wszystkich frakcji zasiadających w europarlamencie. Znając lewackie poglądy większości posłów PE, nie wierzę, że Katarina Barley zostanie odwołana ze stanowiska. Nie wierzę, że wśród tej większości pojawi się jakaś refleksja, nie wierzę też, że sama zainteresowana znajdzie w sobie dość odwagi, dość zwykłej przyzwoitości, żeby stanąć przed polskim narodem, przed narodem węgierskim i powiedzieć przepraszam. Tego od niej nawet nie oczekuję.
Współczesna, liberalna Europa wybiórczo traktuje wartości...
– Dlatego jestem przekonany, że żadna krzywda nie stanie się Katarinie Barley, że znajdzie się wystarczająco dużo europosłów, którzy ją obronią, wytłumaczą – już ją tłumaczą. Zatem nie ma co liczyć, że sama Katarina Barley przeprosi. Proszę zwrócić uwagę, iż to nie ona, a dziennikarze niemieccy publicznego, państwowego nadawcy Deutschlandfunk na antenie, którego Katarina Barley wezwała do wywierania na Węgry i Polskę większej presji w celu utrzymania zasad praworządności, próbowali ją tłumaczyć, mówiąc, że jej słowa zostały źle zinterpretowane, że Barley miała na myśli, co innego niż faktycznie powiedziała.
Europosłom zwłaszcza Koalicji Obywatelskiej, trudno się wprost odnieść do słów Barley, co wskazuje, że będą głosować przeciwko jej odwołaniu?
– Niestety, obawiam się, że także grupa europosłów z Polski obroni Katarinę Barley. Dla mnie nawet wstrzymanie się od głosu czy też unik w postaci nieuczestniczenia w głosowaniu, co też może się zdarzyć, jest jednoznaczne z opowiedzeniem się pod stronie Barley i poparciem słów wypowiedzianych przez niemiecką polityk. Zasiadając czy to w europarlamencie czy w polskim Sejmie, z ust polityków z poziomu europejskiego czy krajowych słyszałem wiele słów krytycznych pod adresem własnego kraju. Dlatego obawiam się, że po złej stronie znajdą się także polscy europosłowie, którzy nie poprą wniosku o odwołanie Barley, tym samym dając świadectwo przeciwko własnemu państwu. Warto jednak dodać, że nie tylko Katarina Barley tak radykalnie wypowiada się przeciwko Polsce i Węgrom, bo w klimat atakowania Polski po Fransie Timmermansie wpisuje się w tej kadencji jego następczyni, wiceprzewodnicząca Komisji Europejskiej Vera Jourova. Widać, że front antypolski i antywęgierski jest cały czas utrzymywany.
Dzisiaj Parlament Europejski opowiedział się za rezolucją – nowym mechanizmem, który ma uzależnić wypłatę funduszy unijnych z praworządnością. Do czego zmierza Bruksela i niemiecka prezydencja, forsując mechanizm warunkowości w budżecie Unii Europejskiej?
– Konia z rzędem temu, kto mi wskaże jakieś umocowanie prawne, dajmy na to w traktatach o Unii Europejskiej, np. traktatach fiskalnych, które pozwalałyby na uzależnianie wypłaty unijnych funduszy od tzw. praworządności. Coś takiego nie istnieje, natomiast w ewidentny sposób łamane jest prawo. Projekt Europy dwóch prędkości jest realizowany w najlepsze. Jestem przekonany, że w przyszłym roku będziemy mieć prowizorkę unijnego budżetu, że wieloletnie ramy finansowe, czyli siedmioletni budżet Unii Europejskiej na lata 2021-2027 nie zostanie uchwalony. To pokazuje ile hipokryzji i oszustwa było w ponaglaniu, aby jak najszybciej doprowadzić do jego przyjęcia – bo Europa jest w wielkim kryzysie i kryzys ten będzie się pogłębiać w związku z pandemią koronawirusa. W tej chwili widzimy, jak elity europejskie podchodzą do dramatycznej sytuacji – mam na myśli kryzys gospodarczy oraz kryzys epidemiologiczny szczególnie w krajach południa Europy takich jak Włochy czy Hiszpania.
Pierwsze miesiące tego roku mogły zwiastować pewne uspokojenie, widać jednak, że teraz idea bata politycznego – tzw. praworządności, którym mają być smagane niepokorne państwa, odżyła na nowo, co ciekawe wraz z objęciem przez Niemcy prezydencji w Unii Europejskiej…
– Proszę zwrócić uwagę, jaka jest polityka Europejskiego Banku Centralnego, gdzie w celu ratowania strefy euro wydrukowano ponad trzy biliony euro. Jasne jest, że te kraje – na czele z Niemcami – wpisują się w politykę Europy dwóch prędkości. Moim zdaniem z tamtej strony mamy dążenie do wysadzenia Unii Europejskiej, dlatego że kraje Europy Środkowej, które mówią coraz głośniej, są po prostu niewygodne dla tzw. starej Unii. Dlatego szuka się pretekstu, żeby strofować, podjąć próby podporządkowania niepokornych państw, bo gdyby poddać dokładnej analizie system prawny w Polsce oraz w większości krajów Europy Zachodniej, to okazałoby się, że jest on bardzo podobny, a w niektórych momentach nawet tożsamy. Tylko że nikt tego nie bierze pod uwagę, bo wygodnie jest krytykować i atakować Polskę czy Węgry.
Jak długo może potrwać ta presja, która nie ma nic wspólnego z merytoryką?
– Polska i Węgry stały się dziś ostoją wartości katolickich, na których została posadowiona Unia Europejska w zamysłach ojców założycieli. Sięgnijmy w nie tak odległe czasy i spójrzmy, jaka była kiedyś Irlandia, Hiszpania czy Malta, o których mówiło się, że są to kraje ultrakatolickie. Minęło trochę czasu i sytuacja w tych państwach wygląda diametralnie inaczej, a ostoją katolicyzmu w Europie zostały tylko Polska i Węgry. Można powiedzieć, że działania wobec Polski i Węgier – jeśli chodzi o walkę ideologiczną – są sprzężone, co więcej, do tej walki została wprzęgnięta broń w postaci środków finansowych. Biorąc pod uwagę względy ekonomiczne czy gospodarcze, może się to wydawać bardzo dziwne działanie, bo jeśli chodzi np. o wydatkowanie środków unijnych, to Polska ma jeden z najlepszych wyników w całej Unii.
To tylko utwierdza w przekonaniu, że smaganie Polski i Węgier należy tłumaczyć wyłącznie ideologią. Proszę spojrzeć na budżet europejski, to jest 1 proc. PKB, ale nie dla wszystkich – o tym się głośno nie mówi. Przecież Niemcy, Austria, wcześniej także Wielka Brytania korzystają z rabatów. Zatem nie jest to 1 proc. PKB, tylko dużo mniej. Po drugie, jeśli prześledzimy los jednego euro, które otrzyma w ramach jakiegoś programu, np. Polska, to możemy powiedzieć z całą pewnością, co potwierdził w poprzedniej kadencji europarlamentu komisarz ds. budżetu Unii Europejskiej, Niemiec Günther Oettinger, że 87 eurocentów wraca, i to w większości do kasy Niemiec. To pokazuje, że dzisiaj w Unii Europejskiej nawet gospodarkę czy pieniądze używa się w imię walki ideologicznej.