• Piątek, 22 maja 2026

    imieniny: Wiesławy, Heleny, Julii

Wszystko może się zdarzyć…

Poniedziałek, 5 października 2020 (17:43)

Z dr. Tomaszem Rzymkowskim, posłem PiS, wiceprzewodniczącym sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Czy choroba – zakażenie koronawirusem – prezydenta Trumpa może zmienić kampanię wyborczą w Stanach Zjednoczonych?

– Z pewnością jest to wydarzenie nieprzewidziane, na pewno utrudnia prezydentowi Trumpowi prowadzenie kampanii wyborczej – i to na finiszu, bo do wyborów zostało raptem mniej niż miesiąc. Po części może to też uderzać w narrację Trumpa, która na początku pandemii była dość lekceważąca wobec zagrożenia. Podczas jednej z konferencji prasowych Trump nie nazywa COVID-19 koronawirusem, tylko „chińskim wirusem” albo „wirusem Wuhan”. Co więcej – domaga się od Chin odszkodowań z tego tytułu. To pokazuje, że w tych kwestiach bardzo się zradykalizował. Choroba urzędującego prezydenta zostanie przez część amerykańskiego społeczeństwa odebrana jako gest solidarności z Donaldem Trumpem, jednocześnie ten przykład pokazuje, że COVID-19 może dotknąć wszystkich – nawet najważniejszą osobę w tak potężnym państwie, jakim są Stany Zjednoczone.         

Joe Biden wprawdzie zapewniał o modlitwie i solidarności z parą prezydencką, jednak jego sztab nie omieszkał atakować Trumpa…

– Postępowanie sztabu Joe Bidena przypomina dialektykę marksistowską. Z jednej strony stara się pokazać empatię wobec chorego prezydenta Trumpa i jego małżonki, a z drugiej strony przypuszcza atak. Było to zresztą widać podczas ubiegłotygodniowej, pierwszej debaty, kiedy urzędującego prezydenta nazywał klownem, głupcem. Zresztą obaj panowie nie szczędzili sobie uszczypliwości, padały epitety, które bodaj pierwszy raz pojawiły w takich okolicznościach. Do tego Biden kierował je pod adresem głowy państwa amerykańskiego, co tylko pokazuje determinację obozu demokratów, żeby za wszelką cenę wygrać zbliżające się wybory, dlatego nerwy puszczają. Taka agresywna retoryka ma zmobilizować najbardziej antytrumpowy elektorat do pójścia na wybory i zagłosowania przeciwko obecnemu prezydentowi.

Jakie to może dać rezultaty?

– Nie wiem, czy takie działanie przyniesie wymierny, pozytywny efekt. Według danych analitycznych debata Trump – Biden była wyrównana, ale w badaniach opinii publicznej w każdym stanie wygrał Donald Trump.

Czego obawiają się Amerykanie, którzy nie stawiają na Bidena?  

– Amerykanie obawiają się przede wszystkim ponownego zamknięcia Stanów Zjednoczonych, dalszych restrykcji, których nie zapowiada Donald Trump, ale Joe Biden. Można zatem powiedzieć, że wszystkie negatywne następstwa gospodarcze, społeczne i polityczne koronawirusa gwarantuje Biden, a nie Trump. Dlatego wszyscy, którzy są przeciwni dalszym obostrzeniom we wspomnianych obszarach, nie będą głosować na Joe Bidena.

Amerykańskie rynki też nie byłyby zadowolone ze zwycięstwa Joe Bidena. Jednak najnowsze sondaże dają zdecydowaną przewagę kandydatowi Partii Demokratycznej. W badaniu dla dziennika „The Wall Street Journal” przewaga Bidena wzrosła do 14 punktów procentowych, a w badaniu dla Reutersa przewaga ta wynosi 10 procent.

– Jest to zastanawiające, bo debatę prezydencką – według badań sondażowych przeprowadzanych w poszczególnych stanach – wygrał Donald Trump. Natomiast, rzeczywiście, teraz widać tąpnięcie w sondażach i niekorzystne wyniki dla urzędującego prezydenta – teraz być może dodatkowo spotęgowane zakażeniem koronawirusem. Mówi się o tym, że Donald Trump być może niebawem opuści szpital, ale zobaczymy, jak w perspektywie będzie wyglądało jego funkcjonowanie. Osobiście szczerze kibicuję Trumpowi, bo obawiam się Bidena jako prezydenta Stanów Zjednoczonych. Gdyby wygrał wybory, to podejrzewam, że powrócilibyśmy do polityki Stanów Zjednoczonych za czasów Baracka Obamy. Przypomnę, że w tamtych czasach nie kto inny jak Joe Biden był wiceprezydentem.    

Jakie zagrożenie dla Polski popłynęłoby wraz ze zwycięstwem Joe Bidena?

– Zwycięstwo Joe Bidena oznaczałoby z całą pewnością osłabienie pozycji Stanów Zjednoczonych na arenie międzynarodowej, na pewno też wycofanie się Amerykanów z mocnej polityki na rzecz bezpieczeństwa na świecie. Ponadto osłabienie gospodarcze Stanów Zjednoczonych, a co za tym idzie – umocnienie się pozycji Chin na świecie. Niewykluczone też, że wygrana Bidena oznaczałaby wycofanie się Waszyngtonu z europejskiej polityki, co z naszej – polskiej perspektywy, gdzie postawiliśmy na Stany Zjednoczone, oznaczałoby korektę polskiej polityki zagranicznej. Wierzę jednak, że Trumpowi uda się zwyciężyć. Bądź co bądź ma on w sobie pewien pierwiastek zwycięzcy. Przypomnę, że faworytem poprzednich wyborów była Hillary Clinton, a jednak zwycięzcą okazał się Donald Trump. Choć w liczbach bezwzględnych więcej głosów zdobyła kandydatka demokratów, ale finalnie dzięki głosom elektorskim to kandydat republikanów został prezydentem Stanów Zjednoczonych.

Kampania prezydencka w Stanach Zjednoczonych – z uwagi na pandemię – jest mocno ograniczona. Czy to oznacza, że kluczowe mogą okazać się debaty telewizyjne, z których pierwsza już się odbyła?

– Debaty telewizyjnie zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i na całym świecie są show medialnym, gdzie wyborcy – niczym na meczu futbolowym w przypadku amerykańskim – kibicują jednemu bądź drugiemu kandydatowi. Niezdecydowanych wyborców jest bardzo mało i oni raczej nie oglądają tych debat, a bardziej sięgają do elektronicznych źródeł informacji. Internet bardziej ich przekonuje niż debaty. Dzisiejsze debaty mają niewiele wspólnego z pamiętną debatą Nixon – Kennedy z 1960 roku, gdzie słuchający debaty przez radio, uznając, że lepszą znajomością problemów wykazał się Richard Nixon, twierdzili, że to on wygrał. A ci, którzy oglądali debatę w telewizji, stwierdzili, że lepiej wypadł John F. Kennedy, bo od strony wizerunkowej lepiej się prezentował. Ostatecznie, w finale, to Kennedy minimalnie zwyciężył i został prezydentem Stanów Zjednoczonych. Te czasy – moim zdaniem – odeszły bezpowrotnie. W tej chwili zupełnie gdzie indziej nabierają pewności wyborcy niezdecydowani i to od nich zależy, kto wygra te wybory. Jeden i drugi kandydat ma swoich wiernych zwolenników i zatwardziałych przeciwników. A o tym, kto na przyszłą kadencję będzie gospodarzem Białego Domu, zdecydują niezdecydowani wyborcy, którzy – w mojej ocenie – nie oglądają debat, które nie budzą już takich emocji jak kiedyś.  

Co może przechylić szalę zwycięstwa na korzyść jednego z kandydatów?

– Warto pamiętać, że amerykańska kampania prezydencka jest zawsze bardzo brutalna. Jest też jeszcze sporo czasu do wyborów i mogą się pojawić nowe okoliczności, które w tym momencie do głowy nawet nie przychodzą. Moim zdaniem wszystko jest jeszcze możliwe, łącznie z tym, że Donald Trump wygra batalię o reelekcję. Nie wykluczałbym też scenariusza, że na skutek pandemii koronawirusa część stanów nie będzie mogła w sposób prawidłowy przeprowadzić procesu wyborczego i to może być zakwestionowane przez Sąd Najwyższy. Pamiętajmy, że prawidłowość przebiegu wyborów prezydenckich – czy to w Polsce, czy w Stanach Zjednoczonych – na końcu weryfikuje uchwała Sądu Najwyższego, która potwierdza bądź nie potwierdza dokonanie prawidłowego wyboru elektorów, którzy w przypadku Ameryki decydują o wyborze prezydenta. Wówczas zgodnie z Konstytucją Stanów Zjednoczonych wyboru prezydenta i wiceprezydenta w osobnych głosowaniach dokonuje Wyższa Izba Parlamentu, czyli Senat.

To byłoby korzystne dla Trumpa…

– W Senacie większość mają Republikanie, więc zapewne tak. Myślę jednak, że bez względu na to, jak będzie się kształtowała sytuacja pandemiczna, to prezydenta Stanów Zjednoczonych poznamy jeszcze w tym roku. Tylko w skrajnym wariancie brałbym pod uwagę możliwość nieuznania wyborów przez Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych. Taki przypadek był już raz w 2000 roku, kiedy na prezydenta został wybrany George W. Bush, gdzie na skutek błędu drukarskiego i technologii liczenia głosów na Florydzie o tym, czy prezydentem będzie Al Gore czy George W. Bush, zdecydowała niewielka liczba głosów. Bush wprawdzie otrzymał mniej głosów wyborców niż jego kontrkandydat, jednak wygrał wybory, uzyskując większość głosów kolegium elektorów. Tak już jest w Stanach Zjednoczonych, że o wyborze na najwyższy urząd w państwie decyduje nie bezwzględna liczba głosów, ale głosy elektorskie. Zatem wszystko jest jeszcze możliwe. Donald Trump ma – nazwijmy to – dołek wynikający z infekcji koronawirusem, co jednak wpływa na ocenę prezydenta ze strony obywateli. Słabość fizyczna, stan zdrowia kandydata na najwyższy urząd w państwie są jednak brane pod uwagę przez Amerykanów. Joe Biden, nazwany przez Donalda Trumpa „śpiącym Joe”, też nie jest okazem zdrowia. Jest dużo starszy od Trumpa, choć również Trump pod względem metrykalnym do kategorii ludzi młodych nie należy, ma przecież 74 lata. Wybory w Stanach Zjednoczonych pokazują, że mimo zmian cywilizacyjnych, które następują, to w najstarszej demokracji świata rządzą jednak ludzie leciwi, żeby nie powiedzieć – dziadkowie. Partia Demokratyczna, która mogłaby się wydawać lewicową, progresywną, nowoczesną, młodą, na swojego kandydata wybrała chyba jednego z najstarszych kandydatów, którzy wzięli udział w prawyborach. Nie wybrali nikogo z ludzi młodych reprezentujących pokolenie 40- czy 50-latków, tylko dużo starszego kandydata.

         Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki